Przyjaciel
Agnieszka Kluba

Przyjaciel
Agnieszka Kluba

Autor Sadu rozstajnego miał wielu przyjaciół. Przyjaźnią obdarzył Wacława Berenta, Artura Oppmana (Or-Ota), Jana Lemańskiego, Leopolda Staffa, Bronisławę Ostrowską, Henryka Kunę. Był szczególnie oddany trzem ludziom, Zenonowi Przesmyckiemu (Miriamowi), poecie i twórcy pisma literackiego „Chimera”, Franciszkowi (Francowi) Fiszerowi, filozofowi bez dzieła, bywalcy warszawskich kawiarni, erudycie i mędrcowi, malowniczemu posiadaczowi farbowanej na różne kolory brody, autorowi niezliczonych bon motów i bohaterowi do dziś pamiętanych anegdot, oraz – Adamowi Szczerbowskiemu, poecie i krytykowi literackiemu, z którym przyjaźnił się w Hrubieszowie i Zamościu.

Zenon Przesmycki (Miriam) (1861-1944)

Zenon Przesmycki, fot. przed 1900.

Miriam pojawił się w życiu Leśmiana bardzo wcześnie. Ich znajomość zaczęła się od listów, które młodziutki, aspirujący poeta pisał do starszego o szesnaście lat pisarza, powierzając mu zarówno najskrytsze rozterki twórcze, jak i wyznania osobiste; korespondencja Leśmiana do Miriama to nieocenione źródło wiedzy o autorze Łąki. Przyjaźń poetów przetrwała czterdzieści lat aż do czasów, kiedy obaj uhonorowani zostali powołaniem do Akademii Literatury Polskiej.

Dwudziestoletni Bolesław pisał w 1898 roku do swojego mistrza:

Szanowny Panie!
Ponieważ jest mi bardzo ciężko na duszy, postanowiłem ulżyć sobie napisaniem listu do Pana. Mam jedno zwątpienie i jeden smutek. Zwątpienie następne: wiem i czuję, że mam talent, że jestem poetą, bo posiadam pewną „majętność duchową”, w której ciągle mieszkam. Ale boję się, że talent mój jest ani bardzo wielki, ani bardzo mały, że stoję dziesięć głów niżej od Konopnickiej i o tyleż – wyżej od Czesława Jankowskiego, słowem – gdzieś pod Tetmajerem. (Z listu do Miriama, 1898)

Miriam docenił młodego pisarza – przyjął wobec niego rolę mentora i pomagał mu (wraz z kuzynem Leśmiana, Antonim Langem) w kontakcie z redakcjami pism warszawskich. Zaprosił go także do założonego przez siebie czasopisma, programowo odcinającego się od treści pozartystycznych i dbającego o wyrafinowany poziom zarówno literacki jak i graficzny. „Chimera” ukazywała się w latach 1901-1907 i była bez wątpienia najbardziej elitarnym magazynem kulturalnym swojej epoki; Leśmian ogłosił w niej m.in. cykl Z księgi przeczuć oraz prozatorski cykl Legendy tęsknoty.

Przesmycki, znawca literatury francuskiej, wspierał Leśmiana również podczas jego pobytu w Paryżu, śląc cierpiącemu biedę poecie pieniądze na przetrwanie. Pomagał także – wraz z Langem – po powrocie Leśmianów do kraju; protekcja przyjaciół pozwoliła poecie podjąć współpracę z prasą, dzięki czemu dostawał liczne i regularne zamówienia na szkice oraz recenzje. Leśmian odwzajemnił się przyjacielowi podtrzymując go na duchu, kiedy „Chimera” została zaatakowana przez Stanisława Brzozowskiego, zarzucającemu jej redaktorowi propagowanie estetyzmu; sam został też skrytykowany. Po rozwiązaniu pisma w 1907 roku Przesmycki kontynuował zapoczątkowane wcześniej opracowywanie ocalonych przez siebie rękopisów Cypriana Kamila Norwida; w 1911 opublikował cztery tomy Pism zebranych autora Promethidionu. W 1919 roku został pierwszym ministrem kultury w odrodzonej Polsce.

Franciszek (Franc) Fiszer (1860-1937)

Juliusz Nagórski, portret Franciszka Fiszera, 1933, Muzeum Literatury w Warszawie.

Zupełnie inny charakter miała przyjaźń Leśmiana z Fiszerem. Obu łączyła subtelna nić porozumienia dwu błyskotliwych umysłowości, które przed znużeniem przewidywalną realnością ratują się przy pomocy absurdalnego dowcipu, ciętych ripost i kpiny, nie omijającej samych siebie. Opowiadał na przykład Fiszer, o przygodzie, jaka spotkała go w podróży:

Na polowaniu obskoczyły nas wilki. Wlazłem na drzewo, trzymam się gałęzi. Gałąź trzeszczy, trzeszczy, wreszcie złamała się i spadłem. Oczywiście rozszarpały mnie. Została tylko ta fajka (tu pokazywał słuchaczom fajkę, z którą się nie rozstawał). (Zapamiętane przez Antoniego Słonimskiego)

Pod fasadą jowialnego oryginała kryła się nieprzeciętna inteligencja i dar niewymuszonego filozofowania. Fiszer, potomek spolonizowanej i zubożałej ziemiańskiej rodziny niemieckiej spod Ostrołęki, odebrał staranne wykształcenie filozoficzne w Lipsku, znanym ośrodku neokantyzmu. Nie pozostawił po sobie ani jednego dzieła, bowiem myśli swych z zasady nie spisywał, nad pismo przedkładając słowo żywe, najlepiej wygłaszane przed kawiarnianym audytorium, do którego zaliczali się także – poza pisarzami – przedstawiciele szkoły lwowsko-warszawskiej (Tarski, Leśniewski, Tatarkiewicz). Relacje świadków podpowiadają że wyznawał światopogląd skrajnie idealistyczny, przyjmujący, że realność jest wytworem świadomości i twórczej działalności człowieka. Bez wątpienia kwestie filozoficzne musiały być również tematem rozmów Fiszera i Leśmiana, konwersujących często zawzięcie podczas przechadzek w okolicach Zachęty, a także po ulicach Kredytowej i Mazowieckiej.

Jako para przyjaciół wywoływali mimowolny śmiech – Fiszer ogromny z wielką czarną brodą i niepozorny Leśmian, liczący zaledwie 155 cm wzrostu. Znikomość poety prowokowała jego towarzysza do kpin, które były wyrazem najwyższej czułości wobec, jak mówił o nim, Bolka; na pewnym spotkaniu oświadczył, że Leśmian nie przyjdzie, bo przejechał go jamnik. Poeta z kolei dedykował przyjacielowi balladę Dwaj Macieje:

Drogiemu przyjacielowi, Franciszkowi Fiszerowi, z pełnym wzruszenia uznaniem dla smutnych i wesołych cudów Jego cygańskiego żywota i ze szczerym zachwytem dla Jego wiecznie młodych uniesień i pomysłów metafizycznych.

Fiszer, podobnie jak Leśmian, z dystansem traktował abstrakcyjne kategorie dyskursu filozoficznego. Wraz z Janem Lechoniem ułożył zdanie parodiujące hermetyczne wywody: „Czy abrakadabryczne elukubracje immanentnej negacji transcendentują nicość samą w sobie?” Telegram tej treści zamierzali wysłać Julianowi Tuwimowi.

Wspominał Lechoń:

Franc Fiszer, większy filozof, niż myśleli ci, którzy znali go tylko z jego niebotycznych powiedzeń, często mówił o sobie, ze jest Bogiem, co było tylko paradoksalnym wykładem właśnie jego filozofii. Kiedyś na wsi w Chełmicy u Pauliny Kleszczyńskiej uskarżał się na reumatyzm, na co Paulina docięła mu: „Ładny Bóg – co ma reumatyzm”. A Franc nigdy nie stropiony: „Reumatyzm – to jest właśnie arka przymierza między mną a ludzkością”.

Fiszer z obojętnością godną Diogenesa znosił dolegliwości i niedole biedy, w jaką popadł. Jego jedyną słabością było farbowanie brody. Kiedy powodziło mu się lepiej, traktował ją fiksatuarem (czyli brylantyną), w gorszych momentach używał najtańszych farb, a jego broda przybierała nieoczekiwane barwy, co postronni odczytywali jako jeszcze jedną prowokację i ekstrawagancję… Nie przypadkiem osoba Fiszera zainspirowała Jana Brzechwę do stworzenia postaci Pana Kleksa.
Byli do siebie niezwykle przywiązani – znana była troska Fiszera o poetę:

W stosunku Fiszera do Leśmiana wyczuwało się niemało ojcowskich uczuć. Fiszer bardzo bolał nad tym, że tak wielki poeta boryka się z trudnościami materialnymi. Pamiętam nasze ostatnie wspólne spotkanie w Ziemiańskiej. Wyszliśmy wtedy razem i czekaliśmy na Mazowieckiej, koło skweru przed Zachętą, na autobus, który miał unieść Fiszera. Pan Franciszek odciągnął mnie w pewnej chwili na bok i szepnął że smutkiem tak, aby Leśmian nie słyszał: „Opiekuj się pan Bolkiem, bo ginie”. Nadjechał autobus. Fiszer stanął na tylnej platformie. Odjechał, patrząc w sobie tylko wiadomą dal. (Leopold Lewin, Wspomnienie o Leśmianie)

Na pogrzebie przyjaciela Leśmian płakał. Przeżył ukochanego Frania zaledwie o siedem miesięcy, obaj umarli w 1937 roku.

Adam Szczerbowski (1894-1956)

W wywiadzie z 1934 roku poeta, zapytany, czy na prowincji obcuje z przyrodą, żalił się:

Obcuję z papierami w kancelarii rejentalnej, która odrywa mnie nieustannie od pracy literackiej, tak iż tylko czasem udaje mi się ukraść trochę czasu dla siebie. Pobyt w środowisku prowincjonalnym jest po prostu męką dla mnie. Umiera się powoli, ale pewnie za to. Zamość – to piękne miasto – niestety, piękno zależy nie tylko od architektury, lecz i od ludzi. Ratunkiem jest cudowny ogród zoologiczny, w którym co dzień przesiaduję. (Dialogi akademickie – w niepojętej zieloności. Rozmowa z Bolesławem Leśmianem, wywiad przeprowadził Edward Boyé, „Pion” 1934)

Częstym towarzyszem Leśmiana w Szkolnym Ogrodzie Przyrodniczym, zwanym zoologicznym lub botanicznym, był Adam Szczerbowski, legionista, poeta i pedagog. Obu los zetknął w Hrubieszowie, gdzie Szczerbowski pracował jako nauczyciel gimnazjalny, a potem w Zamościu, gdzie został dyrektorem Państwowego Gimnazjum Męskiego.

Kiedy przyjechał z Warszawy do Zamościa, po tygodniowym czy dłuższym pobycie, mimo zmęczenia dość uciążliwą podróżą, natychmiast po przyjeździe telefonami szukał mnie po całym mieście, żeby koniecznie przyjść do niego, bo ma mi do zakomunikowania pilne sprawy. Były to oczywiście sprawy tysiąca różnych wydarzeń z życia literackiego. Pamiętam, jak się niecierpliwił, że nie mógł mi zaraz po przyjeździe przeczytać kilku miejsc ze świeżo wydanych Sklepów cynamonowych (1933) Schulza. (Wspomnienie Adama Szczerbowskiego)

Szczerbowski nie tylko dzielił z Leśmianem zamiłowanie do literatury, ale jako jeden z niewielu w Zamościu rozumiał i cenił jego poezję.

Jako uczeń dyrektora Szczerbowskiego pamiętam z jego wykładów (…) Leśmiana, który urzędował wówczas w Zamościu jako rejent. Szczerbowski napisał dziełko o Łące pt. Brzegiem szału w niepojętość zieleni z podtytułem O „Łące” Bolesława Leśmiana. Był entuzjastą poety. (…) potrafił w nas rozbudzić zainteresowanie [poezją Leśmiana] do tego stopnia, że zaczęliśmy polować na jego tomiki. Zachwycał się stylem, niecodziennym językiem Leśmiana, nazywaliśmy go nawet z tego powodu Leśmianopolskim. (Wspomnienie Józefa Jakubowskiego)

Szczerbowski jest też autorem pierwszej poświęconej poecie monografii, którą opublikował rok po śmierci przyjaciela. Tuż przed wojną wyjechał z rodziną do Warszawy, gdzie podczas okupacji organizował tajne nauczanie. Walczył w Powstaniu Warszawskim, a po wojnie osiadł w Łodzi, pracując w gimnazjum i liceum; był pierwszym dyrektorem VI Liceum Ogólnokształcącego, które z oddaniem podtrzymuje pamięć o pedagogu.