Szadchonim, czyli kojarzyciele małżeństw. Fotografia z rzeczywistości
Jakób Goldszmit

[Fragmenty][1]

Wasze pochwały niewiele więcej warte od nagany — wszystko to dźwięk próżny — a ja chcę prawdy… Toteż choćbym ją miał szukać w niepoświęconym przez was grobie, i tam pójdę i tam… znajdę.

Bohaterka obrazka

Ona — była to cudnej urody dziewica. Mamże wam opisać jej powierzchowność? Czyż me dość jeszcze naczytaliście się w swym życiu o „cudownych” bohaterkach romansów i heroinach powieści? Czyż mam wam koniecznie zapełnić kilkadziesiąt choć wierszy — ba! jeżeli już nie kartek kilka — opisem kruczych jej warkoczy i szafirowych oczu, uformowanych na podobieństwo cudnego błękitu nieba? I jak się słusznie domniemywam, wymagacie ode mnie, moi mili czytelnicy, udzielenia wam monografii zgrabnej jej kibici, myślącej twarzy, toczystego jej biustu, wymownego spojrzenia, kształtnego noska, a! i bym się obszerniej nieco zastanowił nad jej rączką „jakby ulaną” i — nóżką „jakby utoczoną” . . . Ależ na miły Bóg! nie wymagajcie ode mnie takich rzeczy, bo, przyznam się wam otwarcie, ja niezdolny do tego jestem. Ja inne obrałem sobie zadanie: zazierać w tajnie ludzkiego ducha, badać głąb serca ludzkiego, zastanawiać się nad najważniejszymi momentami jego. Owocem zaś tych badań moich jest, że chciałbym w każdym bliźnim dopatrzeć piękna boskości, chciałbym, w każdym wyśledzić ową cząstkę nieśmiertelności, którą Stwórca namaścił nas, na obraz i podobieństwo Swoje, a o śladach w każdym z nas, której świadczy Biblia, ten nieoszacowany skarbiec wszystkich wieków i narodów, Powierzchowność ludzkiej istoty, zewnętrzna strona człowieka, nic dla mnie nie znaczy; daję jej koncesję nieistnienia, jeżeli to tylko być może. A upstrzona jeszcze wynalazkami mody, nadsekwańskimi zbytkowymi fatałaszkami, powierzchowność owa to według mnie — ufryzowane zero. Ale pisząc te wyrazy, myślę tylko o takiej powierzchowności, w łonie której próżnia się nachodzi. Zresztą — chciejcie mię dobrze zrozumieć. Gotowi byście mię bowiem, mimo mej woli nawet, mianować członkiem stowarzyszenia Diogenesowskich zasad. Wcale nie! Przeciwnie — wiem, że zalecane przez higienistów: czystość, ład i porządek — to prawdziwe zdrowie duszy i ciała. Nie w wstecznym sensie przeto powyższe zdania mówione były. Ależ —przerwie wreszcie zniecierpliwiony czytelnik — wróćmy raz już do bohaterki naszej. Przepraszam przeto za . . . i — przystaję na propozycję. Nadmienić tylko winienem, że co się bohaterki naszej tyczy, a raczej pytań we wstępie niniejszego paragrafu rzuconych, to z tym prędko się ułatwię. Gdybym bowiem posiadał tajemnicę gimnastyki stylowej, którą tak łatwo czytelników oczarować można, tobym z pewnością — wierzajcie — żądaniom i kaprysom nawet waszym zadość uczynił. Ale że tak nie jest — raczcie mi przeto wybaczyć.

A teraz wracam już przecie do obranego przedmiotu: — Rzekłem wyżej, że ona była cudowną dziewicą. Nie przesadziłem wcale. Czarowała bowiem wszystkich zarówno urodą, jak i czynami swoimi. I wszyscy prawie mieszkańcy owego małego miasteczka — miejsca jej zamieszkania — jednogłośnie ją uwielbiali. A! prawda, zapomniałem nadmienić powyżej, że rzecz niniejszego obrazka w małym rozgrywa się miasteczku. Powiatowe ono czy gubernialne — co wam na tym zależy? Prowincjonalna mieścina — ot i wszystko. Nazwa sama dokładnie rzecz określa.

Rodzice jej dosyć byli zamożni. Dosyć; byli i tacy, co twierdzili, że zamożni bardzo. Dla nas jednak sprawa tych dwóch wyrazów „dosyć” i „bardzo” — które często spór nawet wywoływały na wieczornych posiedzeniach głównych reprezentantów miasteczka N. —obojętną być winna. Naszą powinnością jest tylko napomknąć, że dzięki owej zamożności, ona staranną otrzymała edukację. Na pierwszym planie stały tam: języki, historia, geografia, dalej ćwiczyła się w tańcach, muzyce, ba! sprowadzono jej nawet z Warszawy nauczyciela gimnastyki, fechtunku i konnej jazdy. Nie chciejcie mię tylko posądzić o przesadę. Znam pewne prowincjonalne miasto, które gimnastykę wprowadziło w zakres przedmiotów gimnazjalnych, jako dzielny środek do rozwinięcia sił fizycznych przyszłych matek służyć mający. Pod tym więc względem prowincjonalne miasto owo o wiele wyprzedziło Warszawę. Co ważniejsza jednak zanotować nam tutaj wypada, na cześć jej rodziców (a nie zapominajcie, proszę, że obrazek ten jest wierną kopią z rzeczywistości), iż między pierwszorzędnymi przedmiotami nie przepomniano o urządzeniu stałych, umiejętnych wykładów nauki religii i moralności — nauki, którą, niestety! w kształceniu dziewcząt, współwyznawcy nasi (a przynajmniej większa ich część) zupełnie pomijają, niepomni na to, iż wywierają tym zgubny wpływ na dalsze życie dziewicy — matki — obywatelki.

Dzięki tak umiejętnie obmyślanemu programatowi wychowania — gdy przy tym dla kształcenia się dalszego wyborową miała biblioteczkę z dzieł zacnej Hofmanowej, Wilkońskiej, Kampego i Szmita[2] uformowaną, ona — przy wrodzonej szlachetności, miłosierdziu i delikatności uczucia — łączyła więc w sobie piękność duchową z fizyczną.

Przyjaciele ich domu — a któryż dom zamożny nie liczy sporej ich liczby?— szeptali już zawczasu półgłosem zadowolonym ogromnymi postępami córki rodzicom, że ona „świetną kiedyś zrobi karierę, że „wielki los ją czeka” itd.

Ona, ale któż wreszcie jest ta ona? przerwie mi do reszty już zniecierpliwiony czytelnik.

Odpowiem na to: Rózia czy Fajga; Antosia czy Bajła; Leokadia wreszcie czy Perla — wszystko to jedno. Rzecz na tym nic nie zyskuje ani traci. Pozwólcie mi zamilczeć prawdziwe jej nazwisko.

Kanwa przedmiotu.

Jakoś z dziesiątek spory lat już ubiegł od chwili, gdy pojawienie się postępowego dzieła pani Beecher Stove, pod napisem: Chatka mego wuja Toma, na arystokratycznych salonach mglistego Albionu — ogromnej narobiło wrzawy[3]. Czy przeprowadzone w nim przez autorkę idee były oryginalne, własne, czy też były tylko odbiciem myśli większej części ucywilizowanego społeczeństwa — mniejsza o to; dość, że od tamtej pory dostrzegać się daje widoczny zwrot ku lepszemu w pojęciach o handlu… ludźmi. Poczęto od tamtej pory owych „kupczących równymi sobie” odsądzać od czci i wiary — ba! i pogardzać nimi nawet.

Nie pomału zapewne zdziwi się łaskawy czytelnik, gdy wyczyta w tym miejscu zarzut, że litując się nad murzynami, nad ludźmi, których od nas tak odległa dzieli przestrzeń, obojętnym się okazuje na niedostatki nurtujące z dawna rodzime jego gniazdo. Każdemu bowiem, co się interesuje losem nieszczęsnych Negrów, każdemu, komu idzie o prawdziwy postęp ludzkości — obfity przedstawi się materiał do rozmyślania nad klęskami i niedolą, bliżej jego nachodzących się współwyznawców, ziomków, braci, i tych wszystkich, którzy mu bliscy i krwią, i mową, i duchem. Z szeregu tych licznych, prawdziwych klęsk, ciężących nad nami i przygniatających nas centnarowym ciężarem skutków, jakie za sobą ciągną — wydobywamy na jaw jedną, dla zwrócenia na nią uwagi czytelników naszych. Ona to fizycznie i moralnie dziesiątkuje tutejszo-krajowych Izraelitów i nie mniejszą ilość ofiar wydziera rodzinom naszym niż owa od czasu do czasu się pojawiająca europejska dżuma, znana w medycynie pod nazwą cholera morbus[4]. Klęsce, o której mowa, należy przyznać wyższość nawet nad groźnymi epidemiami, bo podczas gdy one zjawiają się w jednej tylko miejscowości i dzięki najnowszym odkryciom w dziedzinie lekarskiej znane są sposoby zapobieżenia ich dalszemu szerzeniu się, wiadome są środki zabezpieczające, które zarazem o wiele na złagodzenie ich wpływają — klęska, o której mowa, grasuje jednocześnie, z jednakowym natężeniem we wszystkich niemal naszych miejscowościach. Rozumie się — tylko pomiędzy Żydami, bo piszący te słowa jest Żydem i mówi tu o swoich współwyznawcach. Słowem, nie zwłaczając dłużej wyjawimy wam źródło, skąd płynie na nas owa klęska. Źródłem jej, jej powodem, sprawcami jej — są ludzie kupczący osobistością drugich. To jest osobistością naszą. Czyli, mówiąc wyraźnie: osobistością naszych sióstr i braci, waszych córek i synów, los których i przyszłość niejako w swojej trzymają ręce, a którą dla swych egoistycznych celów wyzyskiwać się nie wahają. Wprawdzie ofiary zaprzedane przez nich idą na… froterowane posadzki salonów, zdobnych w błyszczące fatałaszki i nęcące wzrok świecidełka, ale niestety! więzienie ich bynajmniej nie jest lżejszym od niewoli zaprzedanych mieszkańców skwarnej Nubii.

[…]

§

Szadchon

Wypada nam w tym miejscu — zanim przystąpimy do opowiedzenia dalszych dziejów naszej bohaterki — skreślić nieświadomym tego czytelnikom, monografię kojarzyciela małżeństw, czyli szadchona.

Szadchon — a proszę nie zapominać, że bynajmniej nie mamy na myśli całego ogółu — to człowiek, powierzchownie tylko wyznający ustawy Mojżeszowe, jakkolwiek często, dla widoków osobistych, za najczystszej krwi ortodoksę uchodzić musi. W gruncie rzeczy bożyszczem jego jest — pieniądz. Obrał on sobie za proceder… kojarzenie małżeństw; zajęcie wcale nie trudne, nie wymagające żadnych ku temu przygotowawczych studiów, a troszki tylko, i to bynajmniej nie uciążliwych, zachodów. Rzemiosło, jakie sobie obrał, wystarcza na utrzymanie domu na przyzwoitej stopie. Warunek ten koniecznym jest dla uzyskania renomy. Bywają jednakże nierzadkie wcale wypadki, kiedy pozbawiony w początkach swego zawodu powszedniego kawałka chleba, szadchon staje się po upływie lat kilkunastu właścicielem pięknej dwupiętrowej kamieniczki, a zabezpieczywszy sobie takim sposobem byt przyszły, nie rzuca jednak złotodajnego zajęcia swego. Toteż dążąc do urzeczywistnienia swych marzeń, tj. do osiągnięcia de facto tytułu obywatela miasta, szadchon taki wierzy tylko w pieniądze. Mamona jest jego bożyszczem, jego ideałem — jego wszystkim. Nie dziw więc, że u niego ukształcenie umysłu i serca bardzo podrzędną odgrywa rolę. Jeszcze u mężczyzny — to pół biedy, bo wie z doświadczenia, że nauka dzisiaj chleb daje. Ale u dziewicy, u panny (ba a majdel „u dziewczyny”, jak powiada) — to rzecz wcale niepotrzebna. To zbyteczne. W naiwności swej pyta on rodziców ukształconej panienki, jeżeli tam wpadł „za interesem” na chwilkę: „do czego to się wam przydać może”? Nie byłożby to lepiej, gdyby wydatki na ukształcenie panienki obrócone, dodane do posagu, w dwójnasób takowy były zwiększyły? Na zasadzie wyznawanych przez niego zasad i teorii, w jego rozumieniu, połączyć dozgonnym węzłem młodzieńca z dziewicą znaczy: „3000 rubli dodać do 6000”. Bo wszak zwiększony kapitał w dwójnasób procentować może!!! Rzecz niepotrzebująca, jak sądzę, żadnego dowodzenia.

Jeżeli posiadasz na przykład córkę, jedyne dziecię, którego strzeżesz jak oka w głowie, którego byś nie pomieniał za żadne skarby w świecie i radbyś je jak najdłużej zatrzymać w rodzicielskim domu, by drogocenny ów klejnot — gdy wybije już wreszcie fatalna rozstania chwila — w najgodniejsze powierzyć ręce, szadchon, jeżeli czynione ci przez niego propozycje dobrowolnie przez ciebie przyjętymi nie zostaną, w taką potrafi cię sieć intryg uwikłać, tak ci oczy zamydlić zdoła, że w końcu, ulegając jednomyślnym namowom i natarczywym prawie naleganiom najbliższych ci krewnych i najżyczliwszych przyjaciół, choć z tajonym w sercu żalem, pozbywasz się z domu ulubionej swojej pieszczotki w tym przekonaniu, że najświetniejszą gotujesz jej przyszłość. Po upływie jednak dość krótkiego stosunkowo przeciągu czasu — widzisz się srodze w nadziejach swych zawiedzionym. Z serdecznym bólem zmuszonym jesteś być widzem tego, że wątła twa, a tym samem starannej potrzebująca opieki, roślinka w rękach męża – dręczyciela, niezdolnego ją pojąć ani ocenić, z przerażającą szybkością usycha i więdnie. Dostrzegasz tego, ale niestety! za późno otwierają ci się oczy; widzisz w całej grozie klęskę, jaka lada chwila spadnie na głowę twoją i — jeżeli wierzysz w potęgę Nauki Bożej: religii, z rezygnacją losowi się poddajesz; jeśli zaś sceptykiem lub materialistą jesteś, o! wówczas biada ci, na zawsze jesteś duchowo bardziej jeszcze zgubionym.

Z niemym wyrzutem spoglądasz na przedajnych lub łatwowiernych przyjaciół. A sprawca całego twego nieszczęścia — szadchon, który zresztą za własnym tylko goni zyskiem i uważa się jeszcze za coś wyższego od pospólstwa, jako dążący do zamiany w czyn owego boskiego przykazania: „mnóżcie i rozradzajcie się”, obojętnie, niby wcale cię nie znając, z sarkastycznym na ustach uśmiechem — mija cię na ulicy.

§

Jednemu właśnie z takich kojarzycieli (nie mogliśmy na określenie czynności, jaką wyrazić chcemy, dobrać stosowniejszego wyrazu w polskim języku) ona wpadła w oko. Powiedzmy wyraźnie. Nie tyle o nią chodziło, ile o jej posag wynoszący dziesięć tysięcy rubli srebrem. 10 000 rsr! to ładny kąsek! Z tego przyzwoity procencik okroi się przecież. Trzeba by koniecznie ten interes „doprowadzić do skutku”, rzecz bowiem sama przez się warta zachodu. Można śmiało na portoria i telegramy kilkadziesiąt złotych nawet zaryzykować. Sowicie wszak to się opłaci, jeżeli zwłaszcza jaki „porządny kawaler” się znajdzie. Takiego kawałka tak łatwo nie wypuszcza się z ręki.

Najmniejszej wątpliwości nie ulega, że przy podobnym poszukiwaniu ,,porządnego” (tj. bogatego) kawalera sumienie, ten cudowny regulator czynności ludzkich — żadnego nie przyjmuje udziału. Tam gdzie pieniądz jest bogiem, czyż może być coś świętego?

Od owej to właśnie chwili ona straconą została dla świata, straconą dla kochających rodziców, przyjaciół i rodzeństwa. Nie pomogły nic zdobiące ją zalety duszy i serca, nie wybawiły jej od nieszczęścia modły tysiąca biednych, którym często bardzo — maską niewiadomości się osłaniając — łzy ocierała, niósłszy pomoc czynną, radę i opiekę im zapewniając. Niestety! nielitosna Nemezis, jakby zagniewana, odwróciła swe oblicze od owego anioła-pocieszyciela strapionych.

§

Państwo Iks

O kilkadziesiąt mil od miejsca zamieszkania bohaterki naszej — również w niewielkim miasteczku — mieszkał od lat już dawnych niejaki pan X. Brenstein czy Jahołkowski — wszystko mi jedno. Rzekłem już powyżej i raz jeszcze tutaj powtarzam, że nazwisko, jako nieokreślające ni indywidualności człowieka, ni wyższej, szlachetniejszej jego natury — żadnego w oczach moich nie ma znaczenia, choćby ono nawet ród swój wiodło od starożytnych, zasłużonych niegdyś krajowi rodów, wspomnianych w herbarzu Paprockiego. Wracając do pana Iksa powiemy, że trudnił się on tym, czym Izraelita małomiasteczkowy trudnić się może. Był więc dzierżawcą dochodów propinacyjnych, był właścicielem piętrowej kamieniczki dość miłej powierzchowności, był wspólnikiem głównego składu tabacznych wyrobów ryskiej, zda mi się, fabryki — a zresztą, któżby tam wypisać był w stanie szereg wielu innych jeszcze jego chlebodajnych zatrudnień. Idzie więc zatem, że mu się dobrze działo — a interesa jego, dość liczne, szły najpomyślniej. Był więc bardzo bogatym i sporo zawsze gotówki miał leżącej ku wielkiej uciesze sąsiednich obywateli i całego zastępu urzędników miejskich, w pamięci których wyryte było owo dość znane przysłowie: „kiedy bieda to do…” itd. Dom swój prowadził pan X „na większą skałę” (sic!), jak mawiali zazdroszczący splendorowi jego — sąsiedzi. Przy całym tym powierzchownym blasku jednak chodziła tu i ówdzie wieść głucha, że na majątku pana Iksa nie jedna wdowia i sieroca łza

spoczywa, że więc bogactwa i pieniądze jego nieuczciwym nagromadzone były sposobem. Potwierdzała jeszcze bardziej prawdziwość owej wieści ta okoliczność, że Bóg wcale nie szczęścił mu na dzieciach. A miał ich czworo: trzy córek i jedynaka syna. Z tych dwie córki wydał już za mąż. Najstarsza jednak, po upływie niespełna roku małżeńskiego pożycia, opuściła dom mężowski. I, przyznajemy to, trafnie sobie postąpiła. Mąż bowiem jak przedtem tak i teraz nie zaniechał swojego sposobu zachowywania się i z najspokojniejszym sumieniem trawił drogi czas i żoniny posag w towarzystwie wesołego gronka przyjaciół przy zielonym stoliku. Zresztą, do wspomnianego kroku zniewoloną była koniecznością — przeczuwała bowiem nadchodzącą zmianę stanu. Przez ten więc chociażby czas chciała uniknąć brutalskiego obejścia męża i słabość odbyć w domu rodzicielskim. Niedługo potem i rozwód uzyskano religijny. Natrafiano tu wprawdzie na szkopuły, bo pod tym względem prawodawstwo Mojżeszowe wcale niezgodne jest z wymaganiami dzisiejszej epoki, gdy pozwala mężom – tyranom dręczyć nieszczęśliwe swe żony. I to dręczyć — dopóki im się żywnie spodoba. Prawodawstwo dzisiejsze, sprawiedliwość, że tak rzekę żyjąca, sądy, trybunały nasze, zanim przystąpią do wypowiedzenia stanowczej decyzji, zanim ostateczny wydadzą wyrok: wpierw radzą, analizują, debatują, rozpatrują ze wszystkich stron przedmiot sporu — przykaz zaś Mojżeszowy stoi niezachwianie, groźny, przerażający i nic go zmienić, żadna siła ludzka zmodyfikować nie jest w stanie. W myśl więc owego przykazu, jeżeli mężczyzna bez serca i sumienia chce trzymać na uwięzi niewiastę, to nie zważając na prośby, ba! na krzyki, groźby i łajania nawet, może jej odmówić dania rozwodu. Zaprawdę, wobec tego gołego faktu, czym wydadzą się nam owe wychwalane kasselskie i lipskie kongresa[5], które, debatując nad nic nieznaczącymi drobnostkami, nie zwracają wcale uwagi na zupełne zmodyfikowanie lub złagodzenie przynajmniej, nieubłaganego artykułu o którym mowa. Córce pana Iksa udało się hojnym datkiem pieniężnym okupić rozwód u męża swego, ale raz sparzona biedna kobieta wcale się już więcej nie śpieszyła, mimo nalegań rodziców, z wejściem w powtórne śluby małżeńskie. Niemniej i drugi zięć pana Iksa również cały majątek stracił, i to w krótkim czasie po ślubie. Wprawdzie nie z jego to pochodziło winy. Nieszczęściem bowiem, spłonęła mu cukrownia tylko co wykończona i niezaasekurowana jeszcze nawet. Nie wchodząc wcale w położenie zięcia, gorzkie mu teść za jego nieostrożność czynił wymówki. Po stronie ojca i córka stanęła. Do żywego tknięty zięć odpisał teściowi, że domaga się powtórnie odeń posagu; że jeżeli teść udzielenia takowego odmówić się poważy, to mu żonę wraz z dziećmi „na głowę rzuci”[6](!). Łatwo sobie wyobrazić, jakie tam dalsze pożycie pomiędzy małżonkami być musiało.

Wspomniany przez nas jedynak państwa Iks, chłopak 19-letni, już od najmłodszego wieku najgorsze okazywał skłonności. Za pieniędzmi, które będąc dzieckiem jeszcze, oszczędzając i skąpiąc, zbierać począł, przepadał prawie. Karierę życiową rozpoczął od dręczenia kotów i ukręcania głowy ptaszkom, które (mimo sknerstwa swego) skupywał w tym celu od okolicznych chłopców. Gdy wyrósł — jako buchalter w interesach ojca — bił i pastwił się nad swymi podwładnymi. Obrzydliwe skąpstwo, brudny charakter, irreligijność do najwyższego posunięta stopnia — oto wybitne cechy jego charakteru, cechy, które starał się wszelkimi środkami ukryć przed oczyma ludzi. Wiedziano jednak powszechnie o tym, że za pieniądze byłby sprzedał rodzonego ojca i matkę. Nic dlań świętego nie było. W obcowaniu z ludźmi i w handlu drwił z sumienia i uczciwości. Gotów był nawet żebrakowi ostatni kęs chleba — na ofiarę chciwości swojej — wydrzeć. Rad by był w swe ręce zagarnąć majątek całego świata, choćby mu przyszło najbrudniejszych chwytać się środków dla dopięcia swoich celów. Dodajmy do poprzednio wyszczególnionych rysów jego charakteru: chorowitą kompleksję, napiętnowaną lubieżnością głupowato-nikczemną twarz, wzrost mniej niż średni i śniadą ciała cerę — a będziemy mieli dokładny, mniej więcej, obraz przyszłego dziedzica domu Iksów. To też i słusznie żadna, biedniejszych nawet rodziców, panna sąsiedniej okolicy, mimo jego majątku i rozgłośnie wychwalanego kupieckiego uzdolnienia — nie chciała wyjść za niego. Nie nęcił nikogo ani posiadany przezeń majątek, ani oczekiwana scheda, jaka na niego po najdłuższym życiu rodziców spaść miała.

 

Gdy na dziewczynę zawołają: „żono!” Już ją żywcem pogrzebiono.

Gadka Ludowa[7]

§

***

Owóż z tym to potworem — dzięki zabiegom i intrygom szadchona — szlachetna i ukształcona, delikatna i czuła znajoma nasza zaręczoną została. Mimo złego przeczucia, które bym śmiało pewnego rodzaju intuicją dziewiczego serduszka nazwał, mimo przykrego wrażenia jakie przyszły narzeczony przy pierwszym zaraz widzeniu się wywarł na niej, nie wahała się jednak, wiedząc prawie na pewno co ją w przyszłości czeka, biedna ofiara niecnych intryg, woli rodziców uczynić zadość. Azaliż tej woli, która jakby rozkazem dla niej była, ona, kochająca i wdzięczna córka, sprzeciwić się miała? Czyż w razie stawianego przez nią oporu, w razie niezgodzenia się jej na uczyniony przez rodziców wybór przyszłego — mogłaby co bądź na swoją przedstawić obronę? A wola rodziców, opętanych przez podstępnego szadchona i widzących w tym związku urzeczywistnienie najśmielszych marzeń swoich, była tak niewzruszoną, przy tym pewni byli tak dalece, że córkę ich świetny los czeka w domu szczerze ją kochającego męża, gdzie „ptasiego chyba zbraknie jej mleka” i dlatego tak naglili — że ani się spostrzegła, gdy już na ślubnym stanęła kobiercu. Usta ich wymówiły machinalnie, bezwiednie, słowa przysięgi i — rabin powiązał ich na wieki. Ot i wszystko! A! prawda… Pod baldachimem ślubnym jedno z nich marzyło o ubiegłych młodości szczęsnej chwilach, o aniele-stróżu, co to nam wszystkim towarzyszy po ciernistej żywota ścieżce — a drugie, drugie lubowało się obrazami… wolę zamilczeć, jakimi.

Jaka przyszłość czekała tak trafnie dobrane stadło małżeńskie? po czyjej stronie była wygrana? łatwo zgadnąć. Nie pisząc powieści, nie jesteśmy bynajmniej obowiązani zdawać wam, łaskawi czytelnicy, sprawę szczegółową z dalszych dziejów naszej bohaterki. Obrazek nasz — to sylwetka, to szkielet — niechże go każdy sam sobie w myśli dopełnić zechce, niech, kierując się własnym sposobem zapatrywania się na rzeczy, oblecze go w ciało, upiększy lub też ciemniejszymi jeszcze powlecze farbami. Dodajemy tylko — co za swój poczytujemy obowiązek — że życie swobodne i szczęśliwe, niezamącone żadną troską powszedniego żywota, dla bohaterki naszej zmieniło się zupełnie w pierwszych zaraz chwilach po zamężciu; ulotniło się ono jak kamfora, a miejsce jego zamieniły ciężkie, ołowiane, do zniesienia niemożliwe i dnie, i tygodnie, i miesiące, i lata. Jako syzyfowy trud ciężały biednej doby całe nieharmonii domowej i zamąconego pokoju. Zamąconego — przez

kogo? ba, azaliż wyjaśniać wam to jeszcze potrzebuję? Ale nieszczęsna ofiara nasza mężnie dźwigała do czasu brzemię niedoli, nie sarkając, nie szemrząc bynajmniej, choć mąż zatruwał jej każdą chwilę życia. Nie miała nawet nikogo, przed kim by się użalić mogła, komu by część choć swych kłopotów, swych trosk, powierzyć jej wolno było, nikogo, co by ją stroskaną — ucieszył, płaczącą — rozweselił, upadającą na duchu — podniósł, napoił ożywczym wiary promieniem. Rodziców bowiem daleka od niej oddzielała przestrzeń. Wnet po ślubie teść wziął nowobrańców na swoje utrzymanie (czyli tak u żydów nazwane kiest) na lat trzy, mając zamiar zdać po upływie tego czasu na syna całkowity zarząd swych interesów. Toteż będąc w domu teścia, opanowaną została przez zacne (sic!) rodzeństwo swoje tak dalece, iż nawet wszystkie listy, które pisywała do rodziców, uprzednio przechodziły przez tajemną cenzurę w kancelarji Teścia et Comp. Zresztą była to ostrożność zbyteczna, ponieważ listy jej nie zawierały nic, co by z sytuacją jej najmniejszy choć miało związek. Tchnęły one religijnym namaszczeniem i dziwnym spokojem ducha, spokojem, który zawdzięczała religii, w niej tylko jednej — w ciężkich dolegliwościach życia — szukając pociechy i ulgi.

W dwa lata po ślubie biedna męczennica doznała pierwszej dopiero radosnej chwili. Chwila ta jednak sowicie jej opłaciła przebyte cierpienia i męki. Przycisnęła ona do piersi pierwsze swe niemowlę. Niemowlęciem tym była — córeczka. Młoda matka w chwili radosnego upojenia tysiączne za swe szczęście składała Bogu dzięki, zanosząc przy tym modły do stóp Przedwiecznego: by jej umniejszył o połowę lat pozostałych, z warunkiem jednakże, aby kolei żywota najukochańszego jej dziecięcia-sieroty, jaśniejsza przyświecała gwiazda!

Przyczynkiem do charakterystyki p. Iksa posłużyć może ta okoliczność, że wiadomość o przyjściu na świat dziewczynki tak dalece go ubodła, iż wnet wyjechał z Warszawy, uważając nawet za zbyteczne widzenie się z żoną.

Jakoś w miesiącu lipcu 1865 roku wypadło mi przypadkowo przejeżdżać przez miasteczko N. — miejsce pobytu znanej nam bohaterki. Malownicze okolice, czarujące położenie samego miasta, historyczne przechowane tam budowle i inne pomniki sztuki, świeżo zresztą odkopane urny i popielnice, obfity temat do badań i rozmyślań dostarczyć mogące — wszystko to razem wzięte zniewoliło mię do dłuższego nieco zabawienia w miejscowości owej. Przywiodłem sobie na myśl dawną znajomą. Pięć lat ubiegło od czasu ostatniego widzenia naszego w domu jej rodziców. Pięć lat też od czasu, gdy z panem Iksem ślubami małżeńskimi związaną została, i tyleż lat, ni mniej ni więcej, dźwigała już brzemię niedoli na swych barkach. Umyśliłem ją po tak długiem niewidzeniu się naszym odwiedzić. Wstrzymywała mię od tego ta tylko okoliczność, że słysząc wiele o nieszczęśliwym jej położeniu i niecnym charakterze jej mężulka — nie chciałem się na niemiłe dla mnie spotkanie z nim narazić. Zwlekałem więc z zamiarem moim od dnia do dnia. Aż nareszcie, „pewnego pięknego poranku”, postanowiłem zrobić sobie przyjemność — odnowienia znajomości z towarzyszką dziecięcych jeszcze igraszek, z ust której, w późniejszych jej latach, tak rozsądne słyszałem uwagi i spostrzeżenia nad dziejami, literaturą i sztukami pięknymi. Traf jednak nieszczęsny zwolnił mię od złożenia wizyty mej dawnej znajomej w jej (własnym) domu. Wyszedłszy bowiem na ulicę, gdy kilkanaście tylko kroków zrobiłem od hotelu mojego, usłyszałem niezwykły jakiś hałas. Gromadki ludzi skupiały się po drodze. Miny ich były zakłopotane, z oblicza każdego po szczególe smutek jakiś wiać się zdawał.

Milczenie panowało ogólne — ale był to ów rodzaj milczenia, który jest zwykle zwiastunem ważnej jakiejś, tragicznej przygody. Domyślałem się, że tu idzie o pogrzeb, o pochowanie zwłok osoby powszechnie szanowanej i lubianej ogólnie. Zresztą — domysł mój sprawdziły wkrótce za tym urywki z rozmów tu i owdzie zasłyszanych. Wychwalano jednogłośnie cnoty nieboszczki. Powiadano, że cały ciąg jej życia był pasmem heroicznego zaparcia się siebie i wylania całkowitego na usługi moralnie znękanych i materialnego potrzebujących wsparcia. Powtarzano sobie nawet wyjątki z testamentu, na krótko przed śmiercią przez nią zdziałanego, w którym hojne poczyniła zapisy na miejscowy szpital i na utworzenie w rodzinnym jej mieście — pomocniczej instytucji dla wstydzących się żebrać…

Szczerze się litowano nad dwojgiem sierot, które pozostawiła i którym w jej osobie ubywała troskliwa opieka ojca i matki… Nie potrzebuję wam chyba dodawać, mili czytelnicy, że nieboszczką — ona była. Wątła, wyniszczona całkowicie przebytymi w życiu swym cierpieniami, opuściła świat ten nagle prawie, w skutek trawiących ją już od dawna suchot. Zresztą, system jej nerwowy z dawna już całkowicie był rozstrojony. Wiedziała sama o tym, że dni jej są policzone. To też za widoczny poczytała ona dowód Opatrzności Boskiej, że miała możność pobłogosławienia po raz ostatni ukochanych dzieci swoich i pożegnania się ze sługami i domownikami, którzy pomimo jej młodego wieku czcili ją i poważali jakby rodzoną matkę. Była to cała jej nagroda w życiu tutecznym, przyczynkami do której był powszechny a niekłamany żal towarzyszący jej zwłokom na miejsce… wiecznego spoczynku i łzy tłumów oblegających jej mogiłę. Szczęśliw, kto takiej nagrody swym życiem i czynami swymi dobić się potrafił!

[…]

Sens moralny niniejszego obrazka

Za pozwoleniem, łaskawi czytelnicy. Chwileczkę jeszcze cierpliwości mi użyczcie. Chcę sensem moralnym dopełnić całości obrazka mojego. Do was to, ojcowie i matki rodzin, zwracam głos mój w tym miejscu. Błagam was: sumienniejsze dajcie baczenie nad przyszłością waszych córek. Nie dowierzajcie przeto namowom, radom, ba! zapewnieniom i zaklęciom nawet przedajnych szadchonów. Nie uwodźcie się również powierzchownym blaskiem przyszłych zięciów waszych. Nie spieszcie się z ostateczną decyzją w sprawie — całego przyszłego losu córek waszych. Zostawcie sobie czas znaczny do namysłu. Do wyśledzenia, do zgłębienia, do dokładnego zbadania — ale nie majątkowego stanu, tylko indywidualności, charakteru, przymiotów duchowych — tego, któremu dziecko swe na zawsze powierzyć chcecie, który ma wejść jako członek do waszej familii. Na serce więc jego patrzcie — raz jeszcze powtarzam, należycie poznajcie jego charakter. Nie dowierzajcie mahoniowym meblom, ba, i złoconym nawet karetom. Nie dopuszczajcie tego, aby kosztowne przedślubne podarunki połyskiem swym zaćmić miały chorobliwe narośle moralnej jego strony. W ślad bowiem za naroślami tymi idzie gangrena, gangrena udzielająca się, zaraźliwa, która w krótkim czasie do grobu wtrąci ukochane wasze dziecię. Daj Boże! by słowa moje nie na wiatr były rzucone, ale by znalazły oddźwięk w sercach waszych. Miejcie się na baczności, bo takich Iksów nie braknie pomiędzy nami, choć, dzięki Bogu, liczba szlachetnie myślących, ukształconych dziewic, wielce charakterem do naszej bohaterki podobnych — przewyższa ich o wiele. I choć niektórzy z was śmiesznym to poczytają, nie waham się jednak wam powiedzieć, że niech córki wasze starymi pannami lepiej zostaną, aniżeli co chwila przeklinać mają dzień ślubu swojego, dzień, w którym na zawsze pożegnać były zniewolone złote sny dziewiczego serduszka, a co więcej — wolność osobistą. Chcecie-ż być odpowiedzialni za los dzieci waszych i sierot-wnuków przed obliczem Najwyższego? Jako prawowierni Izraelici, wierzmy w sprawiedliwość Boską; wierzmy, że odpowiedzialność za tego rodzaju przekroczenia będzie wielka, a sąd — surowy. I cóż to wy tak śmiesznego upatrujecie w stanie staropanieńskim? Czyż nie ciąży wina na społeczeństwie całym, że stan ten obrzuciło taką śmiesznością!? Nie uwódźcie się bezdarną gadaniną takich Feliksów Szoberów. Jego „Stara Panna” to poroniony płód niepociesznego dowcipu[8]. Czytajcie lepiej ze wszech miar godne polecenia a zacną dążnością nacechowane dziełko Kazimierza Bujnickiego pod tymże napisem[9]. Z niego to dowiecie się, jakie piękne obowiązki ma do spełnienia dziewica, jak rozległe działalności pole stoi przed nią otworem. Zresztą, nie mówię to dla tego, abym był zwolennikiem zasad Malthusa[10] i obawiał się przepełnienia świata. Broń Boże! Wcale nie w tym sensie mówię. Tylko-ć ręczę wam, że stan staropanieński mimo nawet śmieszności i konceptów, jakimi go chcący za pół-mędrków uchodzić, obrzucają — o wiele, w przekonaniu moim, wyżej stoi i więcej przynosi w darze spokoju ducha niż niedobrane stadło.

 

Dixi! Na ten raz skończyłem.

1869.

 

 

Przypisy

  1. Temat aranżowania małżeństw wedle tradycyjnych obyczajów żydowskich pojawiał się często w prasie posthaskalowej. Chodziło o udział zawodowych swatów (l. mn. szadhonim, l. poj. szadhon; inna forma: szadchen, szyduchim) przy kojarzeniu par. Pośrednicy brali pod uwagę głównie kwestie finansowe i pozycję społeczną kandydatów. A ponieważ bezżenność potępiano, cieszyli się ogromnym powodzeniem wśród ortodoksów. Przyszli małżonkowie, zwłaszcza dziewczęta, niewiele mieli do powiedzenia w tym procederze. Zwyczaj ten, ostro krytykowany w „Izraelicie”, łączono z kwestią emancypacji kobiet. W rubryce Pogadanki tygodniowe zwracano się z prośbą do czytelniczek o nadsyłanie uwag o panujących w ich środowisku zwyczajach małżeńskich. Wśród wielu wypowiedzi sprzeciwiających się instytucji szadchona wyróżniał się głos czytelniczki, która nie przebierając w słowach nazywa ją „frymarką dziewicami żydowskimi” i wzywa, by dążyć do „wyzwolenia kobiet spod władzy mężczyzn” (Słówko o szyduchim przez S.. „Izraelita” 1871 nr 5). Temat ten prezentuje w utworze szkicowo zarysowana fabuła, której sens daje się sprowadzić się do protestu wobec instrumentalnego traktowania kobiet oraz patriarchalnego modelu rodziny.
  2. Klementyna z Tańskich Hoffmanowa (1798–1845) – prozaiczka, popularyzatorka, tłumaczka, wydawczyni, jedna z pierwszych polskich pisarek dla dzieci. Paulina Wilkońska (1815–1875), powieściopisarka, redaktorka, pamiętnikarka; napisała kilkadziesiąt powieści o tematyce społecznej i historycznej, skierowanych przede wszystkim do kobiet. Joachim Heinrich Campe (1746–1818), niemiecki pisarz, językoznawca, pedagog, twórca nowoczesnej literatury dziecięcej; jego utwory tłumaczono na polski i wydawano w seriach „Biblioteczka dziecinna” i „Biblioteczka
    młodziańska”. Christoph von Schmid (1768–1854), ksiądz katolicki, autor książek dla dzieci i pieśni kościelnych.
  3. Powieść Chata wuja Toma Harriet Beecher Stowe (Uncle Tom’s Cabin, 1851/1852), należała wówczas do najbardziej poczytnych dzieł literatury amerykańskiej (liczbą sprzedanych egzemplarzy ustępowała w XIX w. jedynie Biblii). Przetłumaczona na wiele języków, w Polsce po raz pierwszy w 1853, potem jeszcze kilkakrotnie. Ukazywała przemoc i bezwzględność, z jaką traktowano Afrykańczyków. W odbiorze stała się potężnym orężem walki z niewolnictwem.
  4. Morbus (łac.), choroba.
  5. Mowa o niemieckich zjazdach rabinów, na których debatowano o reformie żydowskiego prawa religijnego. Zjazd w Lipsku odbył się w 1869 roku, konferencja w Kassel – nieco wcześniej.
  6. [Przypis autora:] Autentyczne.
  7. Adam Mickiewicz, IV części Dziadów, kwestia Pustelnika-Gustawa.
  8. Szober Feliks Józef (1846-1879), komediopisarz, tłumacz, aktor; jego wymienioną dalej komedyjkę wierszem pt. Stara panna, 1868, wystawiono w warszawskim Teatrze Rozmaitości.
  9. Bujnicki Kazimierz (1788-1878), pisarz; utwór wymieniony dalej to powieść Stara panna, 1855.
  10. Malthus Thomas (1766-1834), angielski ekonomista i duchowny anglikański. Zwrócił uwagę na korelacje między przyrostem ludności a zamożnością społeczeństwa, upatrując we wzroście demograficznym przyczyn zagrożenia prowadzącego do nędzy.

Bibliografia

Z książki: Z życia żydowskiego. Obrazki i szkice wydane przez Jakóba Goldszmita. Warszawa 1870, s. 13-18, 20-30.

Przedruk pt. Stręczyciele małżeństw. Obrazek z życia Żydów na partykularzu skopiowany z rzeczywistości przez Jakóba Goldszmita, „Kalendarz domowo-gospodarski na rok 1885”, s. 22-31 (z dedykacją: „Pani Aspazji Andrasz w dowód wysokiego poważania i szacunku obrazek niniejszy poświęca Autor. Grudzień 1880 r. Kolno”).