„Wiecznie siebie nowego głodnym, jak żuraw z szyją w przyszłość wyciągniętą” – Bolesław Leśmian 1877-1937
Agnieszka Kluba

 

Bolesław Leśmian to postać nieodgadniona. Wielkość poetycka, nierozpoznana za życia przez współczesnych, przez nielicznych przeczuwana, do dzisiaj wymyka się łatwym przyporządkowaniom i określeniom.

„Powściągnijmy się od określeń” – radził. „Określenie to „krepa żałobna, którą przywdziewamy po rzeczach umar­łych i minionych raz na zawsze. Określenie to przejrzysta, szklana trumna, w której spoczęły święte, olejem namaszczone zwłoki”. Awersja poety do definiowania, przesądzającego o domniemanej istocie danej rzeczy, wypływała z głębokiej niechęci do „uznanych, prozaicznych prawd”. Jego niespokojny umysł nie tylko nie zadawalał się utartymi przekonaniami, ale oskarżał je o zgubny wpływ na swobodę twórczych działań. Twórcą może być, w opinii Leśmiana, każdy, kto nie przyjmując gotowych objaśnień, podtrzymuje w sobie pierwotną i przyrodzoną człowiekowi potrzebę poznawania rzeczywistości. Bo też, był o tym przekonany, właśnie jej zaciekawione odgadywanie jest jedyną autentyczną twórczością. To, co rzeczywiste, może być, zdaniem poety, tylko poznawane, a nie ostatecznie i do końca poznane. Dzieje się tak dlatego, że rzeczywistość nigdy nie ulega ustaleniu. Jakikolwiek sąd na jej temat już za chwilę przestaje być zasadny, skoro nie ma już tej realności, do której się odnosił. Zachowanie takiej postawy nie jest proste, wymaga heroizmu rezygnacji z dającej poczucie bezpieczeństwa iluzji oswojenia świata poprzez nagromadzenie pewnych konkretnych rozpoznań na jego temat i uznanie ich za obowiązujące.

Leśmian odrzucał tego rodzaju zwodnicze wrażenie zadomowienia, ale jednocześnie nigdy nie ujmował wybranej w zamian drogi jako doświadczenia dramatycznego i trudnego. Przeciwnie, za tragiczne nieporozumienie uważałby zgodę na jakąś określoną wykładnię rzeczywistości.

Błądzą ci zwolennicy realizmu, którzy uważają go za jakąś niepodzielną i powszechną instytucję, gdzie każdy może pozyskać kawałek jakiejś ogólnej prawdy, o ile tylko ma dobre po temu chęci. Instytucja taka nie istnieje i nigdy nie istniała. Realista prawdziwy powinien właśnie stworzyć swoją realność, swoją rzeczywistość.

Największej przeszkody w wypełnianiu tej powinności upatrywał w wymaganiach życia zbiorowego, a zwłaszcza w stworzonej przez te wymogi normie przeciętności. Przedstawiał ją za pomocą figury „człowieka przeciętnego”. Pisał: „pomiędzy każdym z nas a jego życiem majaczy (…) zmora wszechmocna, wizja statystyczna, urojenie (…), słowem – człowiek przeciętny”. Nie pojmował go poeta dosłownie, jako pewnego niewyróżniającego się (i w tym sensie „przeciętnego”) osobnika lub grupy takich osób, lecz jako pewien nieusuwalny konstrukt organizacji życia społecznego, sprzyjający co prawda jego trwaniu i rozwojowi, ale zgubny dla sfery indywidualnych działań twórczych: „Jest on [człowiek przeciętny] nieodwołalnym i nieuniknionym pośrednikiem naszym! W życiu zbiorowym z wielkim powodzeniem zastępuje on jednostkę”. Z nieukrywanym sarkazmem pisał o nim:

(…) tworzy on (…) swoje prawa, swoje obyczaje, cnoty, prawdy (…). (…) chadza on nie ludzkimi drogami, lecz międzyludzkimi, gdzie istnieją nie jednostki, lecz ich stosunki (…). (…) wie doskonale, jakim wyrazem twarzy powinien się wyróżniać sród luźnie i samopas istniejących jednostek – przyczynowo określony i ustosunkowany w życiu międzyludzkim – bankier, adwokat, prezes jakiegoś towarzystwa (…).

Te słowa, napisane w 1910 roku, zyskują dodatkowy sens odniesione do biografii poety. Jak wiadomo, Leśmian objął w 1918 roku urząd notariusza. Funkcję tę pełnił najpierw w Hrubieszowie, a potem, od 1922 roku, w Zamościu. Podobno otrzymawszy nominację natychmiast z niej zrezygnował, aby równie szybko wycofać się z tej odmowy. To zachowanie w uderzający sposób ukazuje, co czuł poeta powołany na stanowisko rejenta. W przypadku Leśmiana rażąca sprzeczność pomiędzy tymi dwoma powołaniami urasta do miary nieprawdopodobnej ironii losu. Oto nieprzejednany i programowy wróg „rzeczowości [i] (…) trzeźwego poglądu na życie” dostaje rolę wyróżniającej się „sród luźnie i samopas istniejących jednostek” ważnej społecznie persony i strażnika praw życia zbiorowego! Leśmian nie tylko wytrwał w tej narzuconej funkcji, ale pozostał mimo to poetą. Trudno nie czuć zdumienia i szacunku, że udało mu się nie stracić tego, co najważniejsze – nienasyconej potrzeby kontemplowania świata i niezłomnego stwarzania własnej rzeczywistości. Jako piewca wartości indywidualnych przez owo stwarzanie rozumiał tyleż wytwarzanie obrazu realności, co stwarzanie siebie. Pozostał do końca wierny dewizie, którą sformułował w 1910 roku:

(…) człowiek jako jednostka, jako nie ustająca nigdy funkcja biologiczna, może i musi przebywać w dziedzinie naturae naturantis, żyjąc tym, co się dopiero tworzy, to znaczy sobą, wiecznie siebie nowego głodnym, jak żuraw z szyją w przyszłość wyciągniętą (…).

Motyw nienasycenia stale towarzyszył poecie; już w 1900 roku, jako 23-letni adept poezji zwierzał się Zenonowi Przesmyckiemu: „Największą (…) męczarnią moją jest okropne przekonanie, że nawet w setnej części nie jestem jeszcze tym, czym być mogę”.

A kiedy w 1912 roku w jednym z listów do przyjaciela pisał, że ma „właściwie dwa tomy” (przygotowywany debiutancki Sad rozstajny i kolejny), dodawał: „Ale to za mało i te dwa tomy właściwie wcale mnie nie określają, i nie zaspakajają tego, co się we mnie dzieje. Czuję w sobie dużo rozmaitych pierwiastków i możliwości”.

Niecodzienny rozmach postawy Leśmiana musi budzić tym większy szacunek, jeśli się pamięta, w jak kruchej cielesności działał ten niepospolity duch. Do powtarzających się wątków we wspomnieniach o poecie należy przywoływane przez świadków wrażenie niezwykłej metamorfozy, jakiej ulegał w oczach obserwujących wypowiadający się Leśmian i jego słuchacze:

Jego mała figurka ginęła pośród osób normalnego wzrostu (…). W dyskusjach, toczonych wielokrotnie w kancelarii z ludźmi z palestry, nie zabierał głosu. Ale kiedy to uczynił – potężniał, rósł, górował nad wszystkimi. Miał bowiem swoistą wymowę, swoiste słownictwo, cudownie operował polszczyzną, pełną ciepła, subtelnego humoru albo zdrowego dowcipu. Można się było zasłuchać i zasłuchiwano się – na tle tego zasłuchania rósł. (Zofia Wiktorowicz, Mój rejent)

Podobnie świadectwa pozostawili Michał Daszkiewicz-Czajkowski – „(…) posiadał taki dar słowa, taki ogień gorącej wymowy i przekonania, że w dyskusji przeobrażały one wprost przeciwnika” – oraz Ksawery Glinka – „jego mała, trochę śmieszna postać, z uduchowioną twarzą okoloną aureola rozwianych jasnozłotych włosów, jego sposób wymawiania i akcentowania wyrazów, jego żar wewnętrzny udzielający się otoczeniu, które naraz milkło i oddawało się bez reszty artystycznemu wzruszeniu – wywarły – pamiętam – na mnie ogromne wrażenie”.

Ten natchniony idealista, maksymalista i zwolennik indywidualizmu trzeźwo oceniał realia: „Człowiek przeciętny, abstrakcyjny wynik działań arytmetycznych, staje się powoli typem rzeczywistym, ideałem do którego zdąża lwia część społeczeństwa”. Może powinniśmy zatem równie poważnie rozważyć i tę diagnozę Leśmiana:

(…) chciałoby się zawołać, iż wszechświat dotąd jeszcze nie został urzeczywistniony! Tak samo jak dotąd jeszcze nie było – ludzkości. Urzeczywistnienie bowiem i pierwszego, i drugiej wymaga tego cudu, aby każda jednostka uczuła się nagle – ludzkością i wszechświatem!

Sam poeta, życząc sobie spełnienia tej wizji, pozostawał realistą:

(…) jakaś dłoń nieznana kołace do wrótni, poza którą się tai nowa, upragniona przez nas rzeczywistość. (…) i wrótnia się rozwiera ku radości jednych i ku rozpaczy drugich, bo nie każdy ma prawo do życia, chociaż każdy ma do śmierci prawo…