Dlaczego Wokulski nie pojechał do Londynu?
Zanim rozważę możliwe odpowiedzi na postawione w tytule mojego tekstu pytanie, warto uzasadnić, dlaczego pytanie to w ogóle stawiam. Dlaczego pytam o podróż, która się wcale nie odbyła? I dlaczego właśnie do Londynu – wszak Wokulski nie odwiedził także choćby Rzymu, Kairu czy Nowego Jorku.
Pierwszą wątpliwość łatwo rozwiać. Nie od dziś wiemy, że równie istotne jak przestrzenie, w których bohaterowie Lalki przebywają, są te, których zdecydowanie unikają, a miejsca, których nigdy nie odwiedzają, to istotne dopełnienie miejsc, które odwiedzają chętnie. Że ważne jest, dlaczego Wokulski chodzi do Łazienek, lecz także, czemu nie zagląda do Ogrodu Saskiego, że o bohaterach powieści i otaczającej ich atmosferze świadczy także „wyparcie” z tras ich wędrówek przestrzeni Starego Miasta[1]. Zatem równie istotne jak to, dlaczego Wokulski wybrał się do Paryża, może być to, czemu nie podróżował w inne miejsca.
Jednak z jakiego powodu to Londyn ma być rewersem powieściowego Paryża? Dlatego że pod koniec lat 70. XIX wieku jest on centrum rozwoju cywilizacyjnego. Dwuipółkrotnie większy od Paryża, stanowi stolicę imperium, którego produkcja przemysłowa, wciąż zdecydowanie najwyższa na świecie, trzykrotnie przewyższa francuską. Jest także centrum ekonomicznym i handlowym świata. Rozwija się tam stabilny system rządów parlamentarnych dopuszczających stopniowo do udziału w wyborach coraz szersze rzesze ludności, w tym także robotników[2]. Dlatego też, jak się wydaje, często przytaczany fragment opisujący zachwyt Wokulskiego nad ciągłym ewolucyjnym rozwojem cywilizacji, gdzie nie marnuje się praca: każde pokolenie oddaje swoim następcom najświetniejsze dzieła poprzedników, dopełniając je własnym dorobkiem[3], gdzie ludzie przede wszystkim – nadzwyczajnie pracują[4], a treścią życia jest praca nad szczęściem[5], dużo bardziej pasowałby do Londynu[6].
Fragmenty opisujące Paryż widziany oczami Wokulskiego, gdy zastanowić się głębiej nad tym, na jakie miasto patrzy obserwator, wydają się mocno podejrzane. Przecież spogląda on na Paryż wstrząsany co kilkanaście lat rozruchami i rewolucjami, od Wielkiej Rewolucji Francuskiej po niedawną Komunę Paryską. To Paryż po przebudowie Haussmanna, którego ulice, wbrew temu, co stwierdza Wokulski, wytyczone zostały niejako w sposób rewolucyjny po wyburzeniu starych budynków, wbrew mieszkańcom Paryża, wbrew tradycji i ich przyzwyczajeniom[7]. Paryż końca lat 70. XIX wieku nie wydaje się dobrym przykładem miasta rozwijającego się harmonijnie i ewolucyjnie.
Oczywiście dużo bardziej istotne niż to, co o Paryżu i Londynie piszą książki historyczne, jest to, co na temat tych miast, czy może szerzej Francji i Anglii, sądził sam autor Lalki. Od tego, jaki był Paryż rzeczywisty, ważniejszy jest jego wizerunek „papierowy”. Pamiętajmy także, iż miasto to w Lalce jest niejako „papierowe” podwójnie – tak jak powieściowy obraz Warszawy powstał z rzeczywistych doświadczeń i obserwacji autora, tak w przypadku Paryża sporządził go Prus na podstawie innych książkowych źródeł.
Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę przy samej powieści. O fragmencie „paryskim” Lalki pisano stosunkowo niewiele, w porównaniu z ogromem pozycji naukowych poświęconych tej powieści. Jego uważna lektura, biorąca pod uwagę dosyć oczywisty dziś fakt, że to, co mówią i myślą postaci, często więcej mówi o nich niż o faktografii[8], podważa, jak się zdaje, wyrażany niekiedy przez badaczy pogląd, iż opisując Paryż, Wokulski jest rzecznikiem ideologii autora, a jego uogólnienia są tożsame lub przynajmniej bardzo bliskie przekonaniom autorskim[9].
Paryż to utopia, jakiej desperacko potrzebuje Wokulski po wszystkich życiowych rozczarowaniach kojarzonych z Warszawą. O tym, że nie możemy spodziewać się z jego strony oglądu krytycznego, świadczą już słowa bohatera wypowiedziane podczas półprzytomnej podróży w przedziale kolejowym:
Ma oczy zamknięte, pomimo to myśli, że śpi i że ten dziwny stan zobojętnienia opuści go w Paryżu. „Paryż! Paryż!” (mówi sobie ciągle śpiąc). „Wszakże od tylu lat o nim tylko marzyłem”[10].
Wokulski to obserwator bardzo niewiarygodny. Przesiąknięty warszawskimi rozczarowaniami, czujący wciąż w sobie gorycz, od rozpoczęcia podróży znajduje się w dziwnym transie, bezwiednie i nieuważnie postrzega to, co dzieje się wokół niego. Cały czas zachowuje się jak pijany (fiakier odwożący go do hotelu stwierdza: piliście trochę, to zaraz widać[11]) bądź rzeczywiście pijany jest – już podczas pierwszego paryskiego posiłku jadł z wilczym apetytem, pił nie gorzej[12]. Później rytm jego życia wyznaczają spotkania z fabrykantami, przy udziale bardzo wielu butelek szampana[13], i wizyty w kawiarniach, gdzie karafka koniaku wypróżniała się, a on opierał głowę na rękach i drzemał ku wielkiej uciesze garsonów i gości[14].
Jego ocena jest dodatkowo niewiarygodna, gdyż pozostaje on człowiekiem z zewnątrz, nie wie naprawdę, jak wygląda życie paryskie – jedynie ogląda je jak turysta. Nawet gdy zwiedza warsztaty rzemieślnicze czy składy kupieckie, nie ma przecież zamiaru w nich pracować. Tak jak w Warszawie był parweniuszem, a całe życie odróżniał się od otoczenia[15], tak tutaj jest jeszcze bardziej kimś „z zewnątrz”, gościem z prowincji Europy, dotkliwie odczuwającym swoja odrębność i na pierwszy rzut oka rozpoznawanym jako cudzoziemiec.
Budując swoją francuską utopię, Wokulski lekceważąco zbywa niepasujące do niej fragmenty rewolucyjnej historii Francji, by dostrzec w niej rozwój organiczny. W trybie przypuszczającym projektuje swoje alternatywne życie w Paryżu:
Dzięki mnóstwu instytucji mógłby więcej nauczyć się w dzieciństwie. Później, dostawszy się do kupca, doznałby mniej przykrości, a więcej pomocy w studiach. Dalej, nie pracowałby nad perpetuum mobile, przekonawszy się, że w tutejszych muzeach istnieje wiele podobnych machin, które nigdy nie funkcjonowały.
A gdyby nareszcie, posiadając majątek, zakochał się w arystokratycznej pannie, nie napotkałby tylu przeszkód w zbliżeniu się do niej. Mógłby ją poznać i albo wytrzeźwiałby, albo zdobyłby jej wzajemność.[…]
Zresztą, czy w tym Paryżu można zakochać się tak jak on do szaleństwa[16]?
W tym Paryżu-złudzeniu, Paryżu-marzeniu, o którym mówi Wokulski, bez wątpienia nie można zakochać się do szaleństwa, a zakochani trzeźwieją w porę. Bohater nie zastanawia się przy tym, skąd w tym idealnym, ewolucyjnie rozwijającym się Paryżu wziąłby majątek (chyba nie dzięki spekulacjom wojennym) albo czy czasem jego alternatywny żywot nie zakończył się na barykadach Komuny Paryskiej lub podczas wojny francusko-pruskiej. Nie próbuje sprawdzić także, jakie faktyczne są szanse zdobycia „francuskiej Izabeli”, wszakże z tamtejszą arystokracją nie utrzymuje żadnych kontaktów. O jej otwartości autor Lalki w Kronikach raczej powątpiewał[17].
Wokulski stworzył sobie jednostronną, utopijną, a w gruncie rzeczy naiwną wizję Paryża. Trudno wszak zgodzić się z tezą, że jego spojrzenie podzielał autor Lalki – co więcej, wydaje się, że bardzo daleko było mu do paryskich zachwytów bohatera powieści, co postaram się pokazać w dalszej części tekstu. Jako przybliżenie ówczesnych poglądów Prusa traktować będę opinie wyrażone w jego Kronikach z lat 1885–1890.
Zachwyty pana Stanisława nad ewolucyjnie rozwijającymi się dziejami i rzeczywistością Francji zestawić można z jedną z opinii wyrażonych w Kronikach, iż:
Paryż cechuje się wiecznym latem, przerywanymi burzami, niekiedy gradem kul albo głów[18].
A idealny obraz francuskiej stolicy dostrzegany oczami Wokulskiego, z żywo opisanym wyobrażeniem Prusa o wydarzeniach Komuny Paryskiej:
Z początku widzisz tylko ocean domów, nad którymi unoszą się kłęby dymu i ogniste języki pożaru. Skąd ten pożar? – zapytujesz, a wtem – staje ci przed oczyma kolumna komunardów atakowana przez pułk wersalski. Nowa zmiana: komuniści cofnęli się, zostawiając za sobą stos trupów, natomiast widzisz baterię ich dział, rzucających na Paryż ogniste kule. […] paszcze armat skierowane do twojej piersi; czujesz, że lada chwila wylecą z nich pociski, i dziękujesz niebu, że w tej tragedii odgrywasz tylko rolę widza.[19]
Prus często pisze w Kronikach o zepsuciu życia publicznego we Francji, irytuje go jej bierność polityczna i zaprzepaszczenie wartości kojarzonych z rewolucją francuską. Przywołuje mit Francji niosącej wolność, którą przeciwstawia z jednej strony Francji dzisiejszej, zepsutej, z drugiej zaś strony współczesnej cynicznej polityce europejskiej:
[Francja] Poczyna wołać o „prawa przeciw cudzoziemcom”. Ta Francja, która w końcu XVIII i na początku XIX wieku straciła milion obywateli na polach bitew, staczanych za „prawa człowieka”.[20]
Francja, nawet napoleońska, była jak latarnia elektryczna, rzucająca blask na trzy części świata; Niemcy są wielką kuźnią armat, nawet nie ogrzewaną ogniem ale ziębioną lodem. Miedzy piorunami, które złoty orzeł niósł w szponach, snuła się jednak trójkolorowa wstęga z hasłami: Liberté, Fraternité, Egalité. Pruski orzeł ma pełniejsze garście piorunów, ale między nimi tlą się smutne wyrazy: zabór, wygnanie i germanizacja. Za taką monetę nie kupuje się przyszłości.[21]
Wydaje się, że według Prusa początkiem upadku Francji był schyłek rządów Napoleona III:
Poza dekoracjami potęgi i zbytku, w które stroiła się Francja napoleońska, Bismarck widział jej słabość militarną i dyplomatyczną, której nie dostrzegali inni.[22]
A trwa on do dziś – Prus pisze często o aferach we francuskich sferach rządowych i bankructwie Towarzystwa Budowy Kanału Panamskiego. Niezwykle przygnębia go rozwój sprawy Boulangera we Francji, do której często wraca:
Kimkolwiek jest i czymkolwiek zostanie Boulanger, jesteśmy świadkami nadzwyczajnego i pouczającego widowiska.
Mierna głowa i mierny charakter staje się bożyszczem tłumu. Oficer wydalony z armii za niekarność sięga po naczelną władzę i nawet wcale się z tym nie kryje. Napoleon I, geniusz dziewięćdziesiątej szóstej próby, zostawszy generałem, a nawet zwycięzcą we włoskiej kampanii, nawet nie marzył, że będzie kiedyś rządcą swojego kraju; ale Boulanger wprost zapowiada ten ewenement w kawiarniach, na rautach i na proszonych obiadach.
A tłumy ryczą „niech żyje”, i pół miliona wyborców daje mu kreski. […]
Słowem – kiepsko we Francji…[23]
Choć ostatecznie wszystko kończy się przyjętym przez Prusa z ulgą upadkiem Boulangera, to na marginesie tej sprawy, przedmowy Bourgeta do Ucznia, a także Wystawy Światowej w Paryżu, wypowiada o Francji ostatnich dwudziestu lat wiele gorzkich słów, choć pozornie ją chwali:
Francja długo jeszcze będzie zajmowała pierwszorzędne stanowisko w dziedzinie europejskiej myśli – to jest fakt…
Wielkich mędrców, tego na przykład gatunku co Anglik Spencer, Francja dziś nie posiada; ma wprawdzie człowieka równego mu geniuszem – Taine’a, ale jego twórczość rozwinęła się w innym kierunku. Nie posiada również Francja nawet w przybliżeniu ani jednego powieściopisarza tej miary co czterej Rosjanie: Tołstoj, Dostojewski, Szczedryn i Turgieniew, spomiędzy których osobliwie trzej pierwsi są fenomenami w literaturze świata. Niemniej jednak powieść francuska rozlewa się po całej Europie, a każda zmiana zachodząca w tej dziedzinie francuskiej twórczości jest jakby zapowiedzią nowej epoki w cywilizacji.[24]
O historii Francji i jej literatury poprzednich dwudziestu lat tak pisze narrator Kronik:
Widziało się na powierzchni Francji legion wariatów, karierowiczów, oszustów i prostytutek, co na rozbitym ciele wielkiego narodu wyprawiają bezprzykładną orgię, której dym zaćmiewał same niebiosa. A poza tymi dymami, gdzieś na horyzoncie można już było dostrzec dyktatora w snopie bagnetów, obok zaś niego świętą inkwizycję i gilotynę.[25]
Choć według Prusa, z pewnością odległe od ideału organizacji społecznej, miasto to podkreślane jest często jako miejsce, gdzie mogą wyjechać zdolni polscy naukowcy, by rozwijać swoją karierę, co właściwie wydaje się dla nich jedynym wyjściem, jak bowiem pisał:
Rozmawiałem z uczonymi, którzy – albo palili się w swoich laboratoriach skutkiem złego oświetlenia, albo uciekali do Paryża.[26]
Liczne wzmianki w Kronikach dotyczą także Pasteura i założonego przez niego szpitala.
Choć raz nawet Paryż jest nazwany przez Prusa najoświeceńszym miastem[27], jednak przeważnie pozostaje on w Kronikach raczej miastem zepsucia, rozpusty, dziwacznej mody. Częściej niż po naukę wyjeżdżają doń ludzie po zabawę, do tej: dwumilionowej stolicy, zwanej Nowym Babilonem, gdzie jest pięć razy łatwiej być zabitym aniżeli cnotliwym i […] cnota jest tam równą rzadkością jak uduszenie się albo rzucenie się z wieży…[28]
W Kronikach z ostatniego pięciolecia lat 90. zdecydowanie bardziej na miano utopii zasługuje Londyn – choć do Paryża jeździ się po rozrywkę i by dokonywać wynalazków, to w Anglii społeczeństwo jest najlepiej rozwinięte i najlepiej zorganizowane. Tak różnicę między charakterami nacji europejskich opisuje Prus w kronice poświęconej innej utopii – książce W Roku 2000 Edwarda Bellamy’ego:
Wyobraźmy sobie tysiąc ludzi wyrzuconych na pustą, ale żyzną wyspę. […]
Gdyby między tymi ludźmi znajdował się inteligentny Polak, zaraz zawołałby: „Panowie! jedność, łączmy się, kochajmy się!…”, no, i zaraz poszukałby partyjki do winta. Gdyby tam było ze dwóch Francuzów, zaraz jeden zacząłby pisać „z głowy” konstytucję, a drugi wziąłby się praktycznie do zrobienia rewolucji. Z dwu zaś Niemców tam obecnych jeden chciałby zaprowadzić powszechną służbę wojskową, a drugi zająłby się obmyślaniem jakiegoś systemu filozoficznego. Lecz gdyby miedzy owym tysiącem rozbitków znaleźli się Anglicy, którzy są urodzonymi mężami stanu i organizatorami społeczeństw, ci przede wszystkim zajęliby się:
O r g a n i z a c j ą p r a c y.[29]
Dalej w kronice tej narrator opisuje, jak Anglicy opracowują idealny system pracy i organizacji społecznej dla rozbitków, przy zupełnym niezrozumieniu ze strony innych nacji, z których każda chce zajmować się pracami zupełnie niepraktycznymi – Żyd chce być kapitalistą albo prowadzić szyneczek, Niemiec chce być naczelnikiem lub filozofem, Polak obywatelem ziemskim, dyrektorem kolei, ostatecznie dobrze się ożenić. Francuz natomiast, dowiedziawszy się, że na wyspie nie będzie profesji takich jak kawaler Legii Honorowej czy tenor w operetce, zostaje odesłany do pasania świń.
Podobne przekonanie o angielskim (czy szerzej anglosaskim) charakterze powtórzy Prus zresztą kilka lat później w sporze o Robinsona i Don Kichota[30], gdzie zresztą ostro skrytykuje donkiszoterię, a pochwali anglosaskie przymioty Robinsona, przeciwnie niż Wokulski, który swoją uwagę zatrzymał dłużej na postaci stworzonej przez Cervantesa.
Często w Kronikach Prusa przybysze z Anglii pełnią funkcje komentatorów polskiej rzeczywistości. Są wśród nich anglikański pastor, angielski konsul oraz szlachetny lord, który:
Po długim szeregu historycznych przodków, […] odziedziczył jeszcze niepokonaną skłonność do próżniactwa, w Anglii jednak próżnować nie mógł, gdyż wykreślono by go ze wszystkich klubów.
Postanowił więc […], próżnować za granicą, wszelako w tej formie, która na przykład u nas uchodziłaby za szczyt pracowitości. Mianowicie postanowił sobie za cel podróży: zbadanie słowiańszczyzny zachodniej.[31]
Anglicy, jako przybysze ze świetnie urządzonego społeczeństwa, dziwią się oglądanym wydarzeniom i zwyczajom, podając przykłady ze swojego kraju, jak się wydaje z pełną aprobatą narratora:
U nas w Anglii, gdy o czymś nie wiedzą, starają się pierwej dokładnie dowiedzieć, a dopiero później sądzić. Tu zaś słyszę tylko stanowcze sądy, bez żadnych dowodów.[32]
U nas w Anglii nikt od razu nawet 100 tomów nie kupi, ale za to każdą kupioną książkę przeczyta. Biblioteka nie czytana jest po prostu śmietnikiem, jakich u was pełno.[33]
W Anglii dowcip jest narzędziem, za pomocą którego autor doskonali dusze swoich czytelników, jak cała zresztą literatura. Tu zaś dowcip ma na celu trawienie i oddychanie.[34]
Odwiedzający Warszawę Lord Churchill komentuje: Niedogodnościom tym [ze znajdowaniem pracy] zapobiegłyby „biura pracy” czy „biura najmu dziennego”, które u nas tak wybornie funkcjonują, a tak niewiele kosztują.[35]
Anglia według narratora Kronik to także miejsce, gdzie wiele spraw urządzonych jest właśnie tak, jak powinno: rząd nie obraża się na druzgocącą krytykę w prasie, tylko odpowiada na zarzuty[36], liczba recydywistów wynosi ledwie 25% (przy 50% we Francji)[37].
Właściwie poprowadzona jest tak bliska sercu Prusa edukacja rzemieślników:
W Anglii i Ameryce […] wyższe stanowiska niejednokrotnie zajmują ludzie, którzy ukończyli tylko niższą edukację. Chłopak sposobi się na kowala, a zostaje ślusarzem; chcąc ukształcić się w ślusarstwie, zostaje mechanikiem, a pracując nad mechaniką – robi jakiś ważny wynalazek. Słowem, wydaje na naukę ledwie kilkaset rubli, czasu nie traci, bo wciąż utrzymuje się z własnej pracy, i w rezultacie – przynosi społeczeństwu nieobliczone zyski.[38]
Anglicy są wzorem edukacji społeczeństwa, czego dowodem ma być także nieco żartobliwie przywołany wynalazek: aparat do „bicia w skórę”, co komentuje już jednak całkiem poważnie:
W Anglii, która pod względem dojrzałości o paręset lat wyprzedza Europę, wynaleziono podobny aparat.
[…]
Kara bowiem w dzieciństwie wymierzona stanowi ów posiew, z którego w dojrzalszym wieku wyrasta – sumienie.
Twarde te nauki angielskich myślicieli niemile zabrzmią w uszach naszych wychowawców, którzy nieograniczenie ufają w potęgę jałowych „upomnień” i „perswazji”. Niemniej w tym punkcie Anglicy mają słuszność.[39]
Nawet w kwestii opłat dorożkarskich jest Londyn wzorem, gdyż pobiera się je:
Nie „za kurs”, ale „za wiorstę”, co […] jest jedyną sprawiedliwą zapłatą.[40]
To także miejsce, gdzie najlepiej rozwinięte są kasy oszczędności:
W Anglii […] bowiem istnieją apostołowie oszczędności […] i tak pięknie umieją zachęcać, że każdy pijący piwo odkłada parę groszy na złą godzinę.[41]
Anglia jest wreszcie miejscem, gdzie narodziła się wysoko ceniona przez Prusa Armia Zbawienia. Nawet: wstrzemięźliwość propaguje u nas jakieś towarzystwo londyńskie, ale o miejscowych apostołach tej cnoty – nie słychać.[42]
Oczywiście nie każde wspomnienie dotyczące Anglii czy Londynu ma rysy utopijne – Prus wszakże wiedział, że może mieć ideały, ale na złudzenia absolutnie nie może sobie pozwolić. Dlatego też wspomina o wielkich zamieszkach robotniczych w Londynie[43], o złudnych ideałach wolnego handlu, dzięki którym Anglia wyzyskuje pół świata[44], czy o oskarżeniach dotyczących niemoralności niektórych lordów[45]. Nie oszczędza jej także, pisząc o cynizmie polityki prowadzonej przez europejskie mocarstwa. Jednak w ogromnej większości przeważają opinie pozytywne bądź wprost dla angielskiego sytemu społecznego entuzjastyczne. Tym dziwniejsze jest właśnie, że nie do Londynu pojechał Wokulski w poszukiwaniu odtrutki na warszawskie rozczarowania.
Spróbujmy dać odpowiedź bądź odpowiedzi na zadane w tytule wystąpienia pytanie.
Pierwsza grupa najprostszych wytłumaczeń dotyczy prawdopodobieństwa fabularnego – pod koniec lat 80. dla Prusa dużo bardziej prawdopodobne było, iż Suzin będzie robił militarne interesy z Francją niż z Anglią (w końcu lat 70. było to zdecydowanie mniej prawdopodobne, wówczas to Niemcy, zawzięty wróg Francuzów, zawierały z Rosją liczne traktaty sojusznicze o współpracy wojskowej, ale pamiętajmy o tym, że w Lalce często nakładają się na siebie realia czasu akcji i czasu pisania powieści). Prawdopodobne było, że Wokulski znał francuski, więc mógł występować jako zaufany tłumacz rosyjskiego przyjaciela, biegła znajomość angielskiego byłaby ze względu na jego biografię wielce nieprawdopodobna. W Londynie Wokulski byłby wszakże jeszcze bardziej obcy niż w Paryżu, byłby nie tylko przybyszem z zapadłej prowincji Europy, ale także przybyszem nieznającym języka, a więc zupełnie pozbawionym kontaktu z kulturą odwiedzanego miejsca.
Być może pojechał do Paryża, gdyż było to miasto, gdzie mimo pewnej zgnilizny społecznej robi się znakomite wynalazki, a to ów wynalazek wydaje się najistotniejszy dla bohatera Lalki jako alternatywa dla jego zatrutej miłości.
Inna z odpowiedzi na postawione w tytule pytanie jest taka, że być może Prus nie chciał konfrontować swojego bohatera ze swoim własnym ideałem społeczeństwa, poprzestając jedynie na skłonieniu go do nauki angielskiego.
Język angielski ma Wokulskiego przybliżyć do ideału – przede wszystkim do wyidealizowanego obiektu uczuć, gdyż to on oddziela bohatera Lalki od tajemnic Izabeli. Okaże się, że pokonanie tej bariery nie przynosi bohaterowi szczęścia, nauka angielskiego nie zbliży go do ideału. Może więc jednak dobrze, że nie pojechał do Londynu?
Przypisy
- Zob. E. Paczoska, Lalka czyli rozpad świata, Trans Humana, Białystok 1995.
- Zob. H. Zins, Historia Anglii, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2001, s. 286–328; tegoż, Ekspansja i zmierzch Imperium Brytyjskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2001, s. 64–65; T. Kizwalter, Historia powszechna wiek XIX, Trio, Warszawa 2003, s. 22–27, 242–245; Historia Europy, red. A. Mączak, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1997, s. 509–541, 650–653.
- B. Prus, Lalka, t. 2, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991, s. 130.
- Tamże, s. 129.
- Tamże, s. 130.
- Pół-żartem jako argument za londyńską podróżą Wokulskiego wymienić można także grafomańską „kontynuację” Lalki – Stanisław i Izabela podpisaną Piotr S. Wirski (Warszawa 1997), której autor w ramach dalszych losów wysyła Wokulskiego (i innych bohaterów) do stolicy Anglii.
- Zob. W. Benjamin, Paryż – stolica XIX wieku, w: Anioł historii, wyb. i oprac. H. Orłowski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1996, s. 331–332; L. Benevolo, Miasto w dziejach Europy, Krąg, Warszawa 1995, s. 169–199.
- Zob. J. Bachórz, Wstęp, do: Lalka, t. 1, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991, s. XXXVII. Co prawda mowa tu jedynie o różnych wersjach zakończenia losów Wokulskiego, ale sądzę, że refleksję tę rozciągnąć można na całą powieść.
- T. Wójcik, „Ależ tu jest więcej marmurów i brązów aniżeli w całej Warszawie! ” Paryska utopia Bolesława Prusa, w: Nowe stulecie trójcy powieściopisarzy, red. A.Z. Makowiecki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1992, s. 166.
- B. Prus, Lalka, t. 2, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991, s. 85.
- Tamże, s. 98.
- Tamże, s. 100.
- Tamże, s. 111.
- Tamże, s. 119.
- Zob. U. Kowalczuk, O różnicach w świecie „Lalki”, w: Świat „Lalki”, red. J.A. Malik, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 2005, s. 87–106.
- B. Prus, Lalka, t. 2, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991, s. 128–129.
- Jeden z angielskich bohaterów Kronik wypowiada zdanie, iż Francję cechował średniowieczny przesąd, że: praca jest hańba, a klasy pracujące – klasami niższymi, a jej klasy wyższe przez cały wiek starały się tylko, ażeby – nic nie robić. Tegoż, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960, s. 311.
- Tegoż, Kroniki, t. 8, PIW, Warszawa 1959, s. 184.
- Tegoż, Lalka, t. 2, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991, s. 184.
- Tegoż, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960, s. 165.
- Tegoż, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961, s. 40.
- Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 171–172.
- Tegoż, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961, s. 112–113.
- Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 97.
- Tamże, s. 100.
- Tamże, s. 107.
- Tamże, s. 51.
- Tamże, s. 182.
- Tamże, s. 285–286.
- Po raz pierwszy Prus pisał o tym w „Kurierze Codziennym” nr 314 z 13 listopada 1898, zob. B. Prus, Kroniki, t. 15, PIW, Warszawa 1965, s. 426–429
- B. Prus, Kroniki, t. 9, Warszawa 1960, s. 201.
- Tamże, s. 22.
- Tamże, s. 44.
- Tamże, s. 23.
- Tamże, s. 310–311.
- B. Prus, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960, s. 146.
- Tamże, s. 146.
- B. Prus, Kroniki, t. 8, PIW, Warszawa 1960, s. 33.
- Tegoż, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960, s. 239–240.
- Tegoż, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961, s. 134.
- Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 63.
- Tegoż, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960, s. 94.
- Tegoż, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960, s. 62–66.
- Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 272.
- Tamże, s. 148.
Bibliografia
Historia Europy, red. A. Mączak, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1997.
L. Benevolo, Miasto w dziejach Europy, Krąg, Warszawa 1995.
W. Benjamin, Paryż – stolica XIX wieku, w: Anioł historii, wyb. i oprac. H. Orłowski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1996, s. X.
T. Kizwalter, Historia powszechna wiek XIX, Trio, Warszawa 2003.
U. Kowalczuk, O różnicach w świecie „Lalki”, w: Świat „Lalki”, red. J.A. Malik, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 2005, s. 87–106.
E. Paczoska, Lalka czyli rozpad świata, Trans Humana, Białystok 1995.
B. Prus, Kroniki, t. 8, PIW, Warszawa 1959.
B. Prus, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960.
B. Prus, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960.
B. Prus, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961.
B. Prus, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962.
B. Prus, Kroniki, t. 15, PIW, Warszawa 1965.
B. Prus, Lalka, t. 1–2, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991.
T. Wójcik, „Ależ tu jest więcej marmurów i brązów aniżeli w całej Warszawie! ” Paryska utopia Bolesława Prusa, w: Nowe stulecie trójcy powieściopisarzy, red. A.Z. Makowiecki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1992, s. X–X.
H. Zins, Ekspansja i zmierzch Imperium Brytyjskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2001.
H. Zins, Historia Anglii, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2001.

