Londyn w „Kronikach”

Kronikach z ostatniego pięciolecia lat 90. zdecydowanie bardziej na miano utopii zasługuje Londyn – choć do Paryża jeździ się po rozrywkę i by dokonywać wynalazków, to w Anglii społeczeństwo jest najlepiej rozwinięte i najlepiej zorganizowane. Tak różnicę między charakterami nacji europejskich opisuje Prus w kronice poświęconej innej utopii – książce W Roku 2000 Edwarda Bellamy’ego:

„Wyobraźmy sobie tysiąc ludzi wyrzuconych na pustą, ale żyzną wyspę. […]
Gdyby między tymi ludźmi znajdował się inteligentny Polak, zaraz zawołałby: „Panowie! jedność, łączmy się, kochajmy się!…”, no, i zaraz poszukałby partyjki do winta. Gdyby tam było ze dwóch Francuzów, zaraz jeden zacząłby pisać „z głowy” konstytucję, a drugi wziąłby się praktycznie do zrobienia rewolucji. Z dwu zaś Niemców tam obecnych jeden chciałby zaprowadzić powszechną służbę wojskową, a drugi zająłby się obmyślaniem jakiegoś systemu filozoficznego. Lecz gdyby miedzy owym tysiącem rozbitków znaleźli się Anglicy, którzy są urodzonymi mężami stanu i organizatorami społeczeństw, ci przede wszystkim zajęliby się:
O r g a n i z a c j ą  p r a c y”.[1]

Dalej w kronice tej narrator opisuje, jak Anglicy opracowują idealny system pracy i organizacji społecznej dla rozbitków, przy zupełnym niezrozumieniu ze strony innych nacji, z których każda chce zajmować się pracami zupełnie niepraktycznymi – Żyd chce być kapitalistą albo prowadzić szyneczek, Niemiec chce być naczelnikiem lub filozofem, Polak obywatelem ziemskim, dyrektorem kolei, ostatecznie dobrze się ożenić. Francuz natomiast, dowiedziawszy się, że na wyspie nie będzie profesji takich jak kawaler Legii Honorowej czy tenor w operetce, zostaje odesłany do pasania świń.

Podobne przekonanie o angielskim (czy szerzej anglosaskim) charakterze powtórzy Prus zresztą kilka lat później w sporze o Robinsona i Don Kichota[2], gdzie zresztą ostro skrytykuje donkiszoterię, a pochwali anglosaskie przymioty Robinsona, przeciwnie niż Wokulski, który swoją uwagę zatrzymał dłużej na postaci stworzonej przez Cervantesa.

Często w Kronikach Prusa przybysze z Anglii pełnią funkcje komentatorów polskiej rzeczywistości. Są wśród nich anglikański pastor, angielski konsul oraz szlachetny lord, który:

„Po długim szeregu historycznych przodków, […] odziedziczył jeszcze niepokonaną skłonność do próżniactwa, w Anglii jednak próżnować nie mógł, gdyż wykreślono by go ze wszystkich klubów.
Postanowił więc […], próżnować za granicą, wszelako w tej formie, która na przykład u nas uchodziłaby za szczyt pracowitości. Mianowicie postanowił sobie za cel podróży: zbadanie słowiańszczyzny zachodniej”.[3]

Anglicy, jako przybysze ze świetnie urządzonego społeczeństwa, dziwią się oglądanym wydarzeniom i zwyczajom, podając przykłady ze swojego kraju, jak się wydaje z pełną aprobatą narratora:

„U nas w Anglii, gdy o czymś nie wiedzą, starają się pierwej dokładnie dowiedzieć, a dopiero później sądzić. Tu zaś słyszę tylko stanowcze sądy, bez żadnych dowodów”.[4]

„U nas w Anglii nikt od razu nawet 100 tomów nie kupi, ale za to każdą kupioną książkę przeczyta. Biblioteka nie czytana jest po prostu śmietnikiem, jakich u was pełno”.[5]

„W Anglii dowcip jest narzędziem, za pomocą którego autor doskonali dusze swoich czytelników, jak cała zresztą literatura. Tu zaś dowcip ma na celu trawienie i oddychanie”.[6]

„Odwiedzający Warszawę Lord Churchill komentuje: Niedogodnościom tym [ze znajdowaniem pracy] zapobiegłyby „biura pracy” czy „biura najmu dziennego”, które u nas tak wybornie funkcjonują, a tak niewiele kosztują”.[7]

Anglia według narratora Kronik to także miejsce, gdzie wiele spraw urządzonych jest właśnie tak, jak powinno: rząd nie obraża się na druzgocącą krytykę w prasie, tylko odpowiada na zarzuty[8], „liczba recydywistów wynosi ledwie 25%” (przy 50% we Francji)[9].

Właściwie poprowadzona jest tak bliska sercu Prusa edukacja rzemieślników:

„W Anglii i Ameryce […] wyższe stanowiska niejednokrotnie zajmują ludzie, którzy ukończyli tylko niższą edukację. Chłopak sposobi się na kowala, a zostaje ślusarzem; chcąc ukształcić się w ślusarstwie, zostaje mechanikiem, a pracując nad mechaniką – robi jakiś ważny wynalazek. Słowem, wydaje na naukę ledwie kilkaset rubli, czasu nie traci, bo wciąż utrzymuje się z własnej pracy, i w rezultacie – przynosi społeczeństwu nieobliczone zyski”.[10]

Anglicy są wzorem edukacji społeczeństwa, czego dowodem ma być także nieco żartobliwie przywołany wynalazek: aparat do „bicia w skórę”, co komentuje już jednak całkiem poważnie:

„W Anglii, która pod względem dojrzałości o paręset lat wyprzedza Europę, wynaleziono podobny aparat.
[…]
Kara bowiem w dzieciństwie wymierzona stanowi ów posiew, z którego w dojrzalszym wieku wyrasta – sumienie.
Twarde te nauki angielskich myślicieli niemile zabrzmią w uszach naszych wychowawców, którzy nieograniczenie ufają w potęgę jałowych «upomnień» i «perswazji». Niemniej w tym punkcie Anglicy mają słuszność”.[11]

Nawet w kwestii opłat dorożkarskich jest Londyn wzorem, gdyż pobiera się je:

„Nie «za kurs», ale «za wiorstę», co […] jest jedyną sprawiedliwą zapłatą.”[12]

To także miejsce, gdzie najlepiej rozwinięte są kasy oszczędności:

„W Anglii […] bowiem istnieją apostołowie oszczędności […] i tak pięknie umieją zachęcać, że każdy pijący piwo odkłada parę groszy na złą godzinę”.[13]

Anglia jest wreszcie miejscem, gdzie narodziła się wysoko ceniona przez Prusa Armia Zbawienia. Nawet: „wstrzemięźliwość propaguje u nas jakieś towarzystwo londyńskie, ale o miejscowych apostołach tej cnoty – nie słychać”.[14]

Oczywiście nie każde wspomnienie dotyczące Anglii czy Londynu ma rysy utopijne – Prus wszakże wiedział, że może mieć ideały, ale na złudzenia absolutnie nie może sobie pozwolić. Dlatego też wspomina o wielkich zamieszkach robotniczych w Londynie[15], o złudnych ideałach wolnego handlu, dzięki którym Anglia wyzyskuje pół świata[16], czy o oskarżeniach dotyczących niemoralności niektórych lordów[17]. Nie oszczędza jej także, pisząc o cynizmie polityki prowadzonej przez europejskie mocarstwa. Jednak w ogromnej większości przeważają opinie pozytywne bądź wprost dla angielskiego sytemu społecznego entuzjastyczne. Tym dziwniejsze jest właśnie, że nie do Londynu pojechał Wokulski w poszukiwaniu odtrutki na warszawskie rozczarowania.

Przypisy

  1. B. Prus, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 285–286.
  2. Po raz pierwszy Prus pisał o tym w „Kurierze Codziennym” nr 314 z 13 listopada 1898, zob. B. Prus, Kroniki, t. 15, PIW, Warszawa 1965, s. 426–429
  3. B. Prus, Kroniki, t. 9, Warszawa 1960, s. 201.
  4. Tamże, s. 22.
  5. Tamże, s. 44.
  6. Tamże, s. 23.
  7. Tamże, s. 310–311.
  8. B. Prus, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960, s. 146.
  9. Tamże, s. 146.
  10. B. Prus, Kroniki, t. 8, PIW, Warszawa 1960, s. 33.
  11. Tegoż, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960, s. 239–240.
  12. Tegoż, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961, s. 134.
  13. Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 63
  14. Tegoż, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960, s. 94.
  15. Tegoż, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960, s. 62–66.
  16. Tegoż, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962, s. 272.
  17. Tamże, s. 148.

Bibliografia

B. Prus, Kroniki, t. 8, PIW, Warszawa 1960.

B. Prus, Kroniki, t. 9, PIW, Warszawa 1960.

B. Prus, Kroniki, t. 10, PIW, Warszawa 1960.

B. Prus, Kroniki, t. 11, PIW, Warszawa 1961.

B. Prus, Kroniki, t. 12, PIW, Warszawa 1962.

B. Prus, Kroniki, t. 15, PIW, Warszawa 1965.