ANDRZEJA 35 (POZA GETTEM)

Jakub Poznański

JA, I A

1 września 1939 (zapis 5 października 1941)
„Dnia 1 września 1939 – po bezsennej nocy – zerwałem się z łóżka o 5 nad ranem. Nastawiłem radio na Wrocław. Usłyszałem wezwanie Hitlera do armii niemieckiej i zrozumiałem, że zaczęło się”. (s. 12)

JA, I B
Grudzień 1939
„W ponurym nastroju mijały długie wieczory zimowe. Sąsiedzi z całego domu schodzili się do dwóch lub trzech mieszkań i spędzali czas na grze w karty bądź snuciu horoskopów politycznych.
Do 5 grudnia słuchałem radia. Tego dnia musieliśmy wszyscy – Polacy i Żydzi – oddać odbiorniki w najbliższym komisariacie policji. Przez cały ten czas pracowałem nadal w firmie Heassler. Stosunek szefa i kolegów do mnie był nienaganny”.
(s. 17)

JA/ONI, I B
1/2 I 1940 (zapis z 16 września 1942)
„W nocy z 1 na 2 stycznia 1940 roku zaszedł w naszym mieszkaniu wypadek, który warto opisać. O godzinie drugiej usłyszeliśmy trzykrotny, przeciągły dzwonek. Zona moja, rozbudzona i niezupełnie jeszcze przytomna, podbiegła do drzwi frontowych i bez wahania otworzyła je, sądząc, że to ktoś z sąsiadów. Stanął przed nią jakiś nieznany dryblas i zaczął się dopytywać o mnie. Potem wszedł do sypialni, kazał mi się ubrać i niezwłocznie iść z nim. Na pytanie, dokąd i z czyjego polecenia, odpowiedział krótko: Gestapo”.
Udało mi się go namówić – co zresztą nie przyszło zbyt trudno – by usiadł i pokrzepił się nieco. Zaczęliśmy pić. W ciągu dwóch godzin wytrąbiliśmy wspólnie litr wódki. Potem zabrał mi 55 marek i wieczne pióro, zostawiając w zamian czterokolorowy ołówek.
Jestem przekonany, że była to tylko próba szantażu, która nie pociągnęła za sobą żadnych następstw. Na koniec tajemniczy gość zaczął namawiać mnie do opuszczenia miasta w ciągu najbliższych dni. Nieraz żałowałem, żem go wtedy nie posłuchał!” (s. 17)

JA/ONI, I B
Koniec stycznia 1940 (zapis 12 XII 1942)
„Pod koniec stycznia 1940 zarekwirowano w naszym domy pierwsze mieszkanie. Cios ten uderzył w naszych najbliższych sąsiadów. Udzieliliśmy gościny całej ich rodzinie, składającej się z sześciu osób. Przyjęliśmy także do siebie szwagra z żoną, matką i dwiema siostrami, których wysiedlono z ulicy Piotrkowskiej.
Nie wspomniałem dotychczas, że młodszy brat mojej żony, po dwunastotygodniowym pobycie w niewoli niemieckiej, w listopadzie wrócił do domu. Uważano go w obozie za chrześcijanina i traktowano nieco lepiej od naszych współwyznawców. Dreszczem grozy przejmują nas jego opowiadania o cierpieniach ludności cywilnej, która uchodząc przed nieprzyjacielem została przez Niemców zagarnięta do niewoli.
Dnia 8 lutego rozplakatowano zarządzenie o specjalnej dzielnicy dla Żydów”.
(s.19)

JA/ONI, I C
16 II 1940
„W piątek 16 lutego 1940 roku, o godzinie 13 zjawiło się u nas dwóch umundurowanych Niemców i jakiś cywil. Bez długich ceregieli kazali wszystkim obecnym w ciągu dziesięciu minut wynieść się z mieszkania. Wolno było ze sobą zabrać jedynie rzeczy osobiste. Gdy w porze obiadowej wróciłem z fabryki do domu, zastałem nasze rzeczy na podwórzu: trzy plecaki, głównie z bielizną i walizkę z drobiazgami.
Prócz nas wyrzucono wówczas jeszcze z tego samego domu z mieszkań sześć rodzin wraz z przyjętymi dobrowolnie sublokatorami, którzy po przymusowej eksmisji znaleźli gościnny kąt u przyjaciół czy krewnych. Na szczęście w granicach przyszłego getta znajdowała się fabryka, w obrębie której mieszkał nasz majster Czopek. Zaproponowałem mu zamianę. Ale zanim transakcja doszła do skutku, przeprowadziliśmy się tymczasem do mieszkania przyjaciół w sąsiednim domu”. (s. 20)

JA/ONI, VIII
20 I 1945,

„[Sobota] Koło godz. 14-tej poszedłem z żoną i córką do naszego starego mieszkania przy ul. Andrzeja. Szliśmy Kilińskiego, Pomorską, Wschodnią, Południową, Piotrkowską, Andrzeja i z powrotem Wólczańską, Legionów, Piotrkowską, placem Wolności, Pomorską i Kilińskiego. Muszę zaznaczyć, iż wśród ludności widać było nastrój niezdecydowania, nie wierzono, iż Niemcy tak nagle opuścili miasto. Każdy się bal ich powrotu. Ja pierwszy i jedyny, bo nikt nie poszedł za moim przykładem, kiedy zrzucałem wszystkie niemieckie napisy spotkane na drodze. Zachowywałem się wyzywająco, bo chciałem tak podnieść nastrój dnia ludności, ale nadaremnie.
Chodziliśmy ostentacyjnie z gwiazdami na piersiach i byliśmy pierwszymi Żydami, którzy pojawili się w ten sposób w mieście. Na Andrzeja doszła do nas kobieta i zapytała, skąd przybywamy, w języku niemieckim, na co ja ją zapytałem po polsku, czy nie zna polskiego języka, odpowiedziała mi, że nie. Zacząłem jej wymyślać najgorszymi słowami, oczywiście po niemiecku, by zrozumiała. W odpowiedzi widziałem, jak z drugiej ulicy pewien jegomość o „wilhelmowskich” wąsach groził mi laską. Na Andrzeja ulicy i w ogóle na miejscu było widać moc Niemców. Bliżej domu spotykało się już trochę znajomych. W naszym domu urzęduje ta sama dozorczyni, która się bardzo ucieszyła nas zobaczywszy. Mieszkanie zastałem próżne, mieszkający jacyś urzędnicy poczty wyjechali. Dozorczyni powiedziała, iż nasze meble wywieziono, a wstawiono bardzo liche graty”.
(s. 265)

Bibliografia

Jakub Poznański, Dziennik z łódzkiego getta, Warszawa 2002.