BRZEZIŃSKA 7 (mieszkanie Irene Hauser)
Irene Hauser
JA, II B
„30 października [1941 r.] – ul. Masarska 22 […], mieszkałam [przy] Sperlinggasse25 [do] 8 stycznia 1942 r. [Od] 9 stycznia 1942 r. – Sulzfelderstrasse 7.” (s. 41)
JA, III B
„15 czerwca 1942 r.: Urodziny ojca [Leo Hauser]. Głodujemy, nie mamy nic do jedzenia. Bubi [Erich Hauser] i ja gramy w karty. Papa zrobił nam nowe sandały. Dostałam nową torbę, zapłaciłam narzutką.” (s. 42)
„7 lipca 1942 r.: Piorę bieliznę, myję podłogę, robię na drutach dla Lore [Fuchs]. Cierpię potworny głód, czuję się nędznie, słabo, jest bardzo gorąco, kładę się na godzinę. Nie ma chleba i zupy, [jestem] tak słaba, że nie mogę wstać z łóżka, poza tym żadnego bólu. Leo przynosi 2 dkg sera, 4 dkg płatków zbożowych dla dziecka, dla nas obierki z kartofli, łodygi i nać marchwi. Kolacja, nic na obiad, jałowa herbata.” (s. 43)
JA/ONI, III B
„9 lipca 1942 r.: […] Racja bardzo mała, chleb 10 dkg, zmniejszony do 1,90 kg na osobę na tydzień. Nie mam siły, aby podjąć pracę. Bubi też już osłabiony, śpi dużo w dzień i w nocy. Jestem bardzo smutna i zmęczona życiem, ponieważ on nie troszczy się dobrze o dziecko, nie dzieli się, i tak zginiemy. Długo tak nie wytrzymamy. Albo my zginiemy, albo on. Byle do sierpnia, w przeciwnym razie będzie po nas. Przywieziono kobiety z sąsiednich miast, dzieci do lat 10 wywieziono w inne miejsce, mężczyzn do pracy. Z getta chciano nam też zabrać dzieci. Przełożony wolał zmniejszyć racje i chleb, żeby ratować nasze dzieci. Od 10. roku życia muszą iść pracować. Zgładza się dzieci i starych ludzi.” […] (s. 44)
„10 lipca 1942 r.: […] Z głodu wstajemy o wpół do piątej rano, dzień jest wiecznością, Bubi mówi, że musimy przeżyć, śniło mi się, że wszyscy troje przybyliśmy do Rottenmann, boję się, że na zawsze zaśniemy, choć [tak] byłoby lepiej, niż chorować, dzięki Bogu nie mamy gorączki. Bubi z osłabienia znów zasnął o godzinie ósmej rano, nie mam dla niego nic do jedzenia. Liście ugotowane w solonej wodzie bez chleba. Jak Bóg da, Papa przyniesie wieczorem rację.” (s. 46)
„23 lipca 1942 r.: [Leo] idzie i sprzedaje ubranie dziecka. Wszystko chce zabrać, o gdyby już był koniec. Leżę jak sparaliżowana. On nie chce zawołać lekarza, bo nie chce płacić. Żal mi biednego dziecka. Pani Fuchs chodziła ze mną dwa razy do dr. [Maxa] Konnsteina. Zostałam zbadana i przepisał mi lekarstwa, także drożdże. Bubi zjadł mi 20 dkg z głodu, gdyż nie było chleba. Dziś idę na prześwietlenie do szpitala. Potem mam iść do pracy, żeby dostać talon. Z powodu silnego niedożywienia mam straszne bóle w plecach. I głód.” (s. 51)
„5 sierpnia 1942 r.: Pani radczyni dworu [Sara Lipa Wilhelm] chce mnie wziąć do siebie. Mam nadzieję, że zgodzą się jeszcze dziś na przeprowadzkę. Byłam w urzędzie i obiecali, że jutro. Dwie godziny stałam po kiełbasę. Ciągle nie dostałam tłuszczu. Wszyscy ludzie już rozpaczają. My już nic nie mamy. Leo dał Bubiemu niedobrej surowej mąki z odrobiną cukru i teraz jest mu po tym bardzo niedobrze. Chce go przekonać, żeby został z nim. Wmawia mu bzdury, żeby mnie okradł itd. Walczę na śmierć i życie. Znoszę najcięższe cierpienie, jakie może spotkać człowieka w getcie i do tego jeszcze znoszę dziesiąty miesiąc życia obok tego bydlaka. Niech Bóg mnie wspomaga, jutro, 6 sierpnia, kiedy będą mnie od niego oddzielać. Mam wkrótce zobaczyć moją rodzinę. Ojca i rodzeństwo, tęsknota nie daje mi spać.” (s. 55-56)
„6 sierpnia 1942 r.: Wyprowadziłam się z Bubim i jestem z tego zadowolona. Znowu mnie oszukał na chlebie. Wyłudził węgiel i kartofle. Opróżniłam walizkę pani Lilly. Dostałam groch i rękawiczki. Z narzutki zrobię torby na zakupy. Na sprzedaż, aby móc przeżyć. Leo chce mi odstręczyć dziecko. Woła je do siebie i podjudza przeciwko mnie. Żąda żywności Bubiego. Chce mu gotować kolacje. Z osobistego wyrachowania, ponieważ nic już nie ma. Byłam na Fischgasse [8]. Będzie jeszcze raz wezwany, a ja ciągle jeszcze nie mam zgody na przeprowadzkę.” (s. 56)
JA, III B
„12 lipca 1942 r.: Łażę po wszystkich kątach, kolana zawodzą. Wspaniała niedzielna pogoda. Dzwonią dzwony. Na zewnątrz, w nocy alarm lotniczy, ale u nas nie było żadnego […]” (s. 47)
„21 lipca 1942 r.: Zmieniłam sypialnię. Mam więcej chęci do życia. Zjadłam pierwsze drożdże, roztarte w zasmażce, posmarowane na chleb.” (s. 51)
„29 lipca 1942 r.: Leo zamówił dr. [Maxa] Konnsteina. Przyszedł o godzinie siódmej wieczorem. Dokładnie mnie zbadał i zapisał zastrzyki strychniny, potem drożdże. Pojutrze prześwietlenie płuc w szpitalu.” (s. 53)
„6 sierpnia 1942 r.: Pozwolono na rozwiązanie związku. Wprowadziłam się do radczyni dworu, pani [Sara Lipa] Wilhelm, pierwsze piętro, [nr] 28.” (s. 56)
„18 sierpnia 1942 r.: Urząd nic nie pomógł. Trzeba by ich powiesić. Wyłączono nam światło. Bubi i ja [zjedliśmy] dzisiaj śmierdzącą zupę z obierków kartoflanych. Jutro nie będzie chleba, ponieważ dziś [go] zjedliśmy. Muszę wyczyścić brud, który zebrał się w pokoju na naczyniach podczas 10 dni, kiedy mnie tu nie było. Od wczoraj mam spuchnięte nogi od noszenia wody i stania w kolejce. Nie ma pieniędzy na drożdże. Jestem skończona, a jednak żyję dalej. Jestem zbyt tchórzliwa, żeby się zabić. Jeżeli wytrzymam jeszcze następne dni, to jestem przekonana, że Bóg pozwoli mi się zestarzeć i może pojawi się jeszcze coś dobrego, ponieważ wytrzymać ten głód z dzieckiem to cud Boży. Jest jakaś wyższa władza, która zaszczepia mi tę końską siłę, bo żaden lekarz nie może pomóc. Nie mam nic do jedzenia, ale za to dużo brudu do sprzątania. Zrobiłam z narzutki cztery torby na zakupy, wieczorem idę na rynek. Nic nie sprzedałam. Już nie mogę.” (s. 57)
„19 sierpnia 1942 r.: Tak czy owak nie zakończę tego. [Wychylam] się przez okno. Jednak nie mogę zostawić dziecka, a ono chce żyć. On tak mnie prosi, żebym przy nim została. Upał odbiera człowiekowi rozum. ” (s. 57)
„20 sierpnia 1942 r.: Od wpół do dwunastej do za piętnaście druga w nocy wielki alarm. Co kwadrans. Strzały przy drutach. Policjanci krzyczą na podwórkach: odejść od okien.” (s. 58)
JA/ONI, IV
„6 września 1942 r.: […] Wóz stoi od kilku godzin pod nr 5. Leo [Hauser] jest na dole przy bramie [Brzezińska 7]. Ludzie stoją zdenerwowani na podwórkach, dzieci w izbach i czekają na swój los. Wóz z dziećmi, było tam też kilka matek i starych ludzi, odjechał o wpół do czwartej. Teraz zaczyna się dopiero godzina piąta rano. Wieczorem Bubi [miał] po zupie biegunkę i wymioty. Ja [miałam] pięć [razy] biegunkę. Jesteśmy wykończeni. Trzy dni nie ma chleba i do tego jeszcze zakaz wychodzenia.” (s. 63)
„8 września 1942 r.: Godzina czwarta rano. Akcja z dziećmi jest kontynuowana za pomocą wojska, ponieważ przebiegała zbyt wolno105. Dalej się boimy. Bubi nie chce pójść ze mną dobrowolnie, ja myślałam, że wtedy dostaniemy prędzej jakąś zupę. Zdajmy się na Boga. Ludzie nie mogą nam pomóc, bo ich nie ma. Od godziny szóstej rano stoją. Stoją i czekają na chleb. Mimo zakazu wychodzenia i blokady sklepów. Nikt nie idzie do pracy. Jest nas sto tysięcy przestraszonych ludzi. Nie ruszamy się.” (s. 64)
Bibliografia
– Irene Hauser, Dziennik z getta łódzkiego, red. Ewa Wiatr, Krystyna Radziszewska, Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2019.



