CHŁODNA 41

 

Mietek Pachter

JA, I (16 listopada 1940)

„Jednak los się zmiłował nad nami, bo w tym właśnie dniu [tj. zamknięcia getta] udało się znaleźć Polaka, który jeszcze mieszkał w ghecie, jemu się nie spieszyło, gdyż Polakom jeszcze wolno było mieszkać w ghecie tak długo, aż będą mieli mieszkania. Ale cóż pieniądze nie uczynią. Oto i tym razem kupiliśmy mieszkanie i trzeba było dużo trików, by to wszystko przeprowadzić. Wszystko przeszło szczęśliwie bez żadnych komplikacji i mieszkamy nareszcie na Chłodnej 43 [właśc. 41]” [„Autor pomylił adres – ostatni dom na tym odcinku Chłodnej, który wówczas znajdował się w getcie, miał nr 41” – przypis 26, red.]

JA, II

„Zaznaczyłem już, że dom nasz [Chłodna 41] był ostatni w ghecie, w podwórzu był płot dzielący nasze podwórze od podwórza z aryjskiej strony. My mieszkaliśmy na półpiętrze i z naszego okna można było b[ardzo] lekko dostać się na drugie podwórze, czyli aryjskie. Tą strategię używaliśmy do ucieczki przed łapankami, bo ostatnio już nie szukano specjalnie tych, którzy nie stawili się, lecz kogo złapali nie mającego zaświadczenia, że pracuje u Niemców, tego brali. W tym celu była zorganizowana nocna warta, która miała zrobić alarm w podwórzu w razie dobijania się do bramy. My wszyscy, którzy mogliśmy podlegać temu, spaliśmy w ubraniach i przy pierwszym alarmie od razu każdy krył się, gdzie tylko mógł. My przeskakiwaliśmy na aryjską stronę (a gdyby tam nas złapano, to byśmy wpadli z deszczu pod rynnę). Po alarmie wracaliśmy znowu na dalszy ciąg spania, bo często przychodzili po raz drugi lub też trzeci.” (s. 41)

„Nawiązano kontakt z aryjską stroną i od tego czasu zaczęło się podawanie towaru co wieczór przez nasz parkan, który dzielił nasze od aryjskiego podwórza. Co wieczór przechodziło 13-15 metrów różnego towaru. Hałas był wielki, ale zysku było niewiele.
Zorganizowaliśmy jeszcze jedną akcję, dziewczynka 14-letnia wychodziła na aryjską stronę, a myśmy dali jej adresy naszych zaufanych, i tak więc zaczął się interes o większym zasięgu. Ona przywoziła towar do dozorcy [po stronie aryjskiej] i tak my – ja z Wilkiem – braliśmy ten towar o godz. 1-2 w nocy. Przechodziliśmy w skarpetkach i ciemno ubrani, przedzieraliśmy się przy murze i po kilku obrotach towar poda[wa]liśmy do naszego mieszkania [Chłodna 41]. Podawanie odbywało się w ten sposób: gdy przynieśliśmy pod mur kilka paczek, wtedy ja wskoczyłem na mur i podałem towar Sewkowi, siedzącemu na murze. Z muru do naszego okna był przełożony „most pontonowy” – deska tak urządzona, że towar zjeżdżał od razu do naszego mieszkania – tak odbywała się nasza krecia robota.” (s. 51)

„Jestem już na Barskiej pod 5-tym, nasz znajomy wydaje kartofle na kartki, ogonek był wielki, dochodzę śmiało i proszę o chwilkę rozmowy. Wszyscy sądzili, że jestem jakimś urzędnikiem. Gdy weszliśmy do pokoju, zdjąłem kapelusz i mówię: „witam pana Marjana”, ten od razu mnie poznał, zaczął mnie ściskać, nasza sympatia jeszcze nie wygasła sprzed wojny. Wyszedł i polecił wydawać dalej kartofle, bo on ma urzędową sprawę do załatwienia. Postawił butelkę i opowiedziałem mu, jak u nas wygląda i czy ma już towar naszykowany. Tak, towar jest gotowy. Daje mi dwóch urwisów do pomocy, płacę mu forsę, dzwonię do rodziców i mówię, że za godzinę będę na miejscu, oczywiście szyfrem. Bierzemy towar i wsiadamy na tramwaj, następnie się przesiadamy i jesteśmy na Wroniej. Każę jednemu lecieć do dozorcy, żeby otworzył bramę, my kryjemy się w zaułku. Brama otwarta; mówię, żeby brali towar i lecieli szybko w moje ślady. Plan mój jest wykonany, jestem przy parkanie. Na umówiony sygnał mój brat się ukazał na parkanie [podwórze Chłodna 41] i w ciągu jednej minuty już towar jest w naszym mieszkaniu. Płacę chłopcom i skaczę na parkan, a następnie do naszego okna. Wszyscy są ciekawi mych przygód, ale zamykam posiedzenie tym, że mogę nawet jeszcze raz pójść, bo to jest wszystko drobnostka. W kilka minut towar już jest sprzedany, a zysk w kieszeni.” (s. 55)

Bibliografia

– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.