CZARNIECKIEGO 12/18 (Centralne Więzienie, punkt zborny do deportacji) [OBSZAR]

 

Dawid Sierakowiak

JA, II A

7 sierpnia 1941 r.: Nadeszły dziś wiśnie do getta! Sensacja niebywała. […] Jest to dobre dla bajratu, który zresztą i tak ma owoce, bo na Marysinie wisien, jabłek jak i gruszek pełno. W szkole są ciągle wyprawy po jabłka, ciągłe łapanie uczniów przez policję, wsadzanie do więzienia [Czarnieckiego 12/18], wyrzucanie ze szkoły, ale mało pomaga. Zakazany owoc smakuje!… A szczególnie, gdy jest się głodnym! (s. 179-180)

ONI, III A

21 marca 1942 r.: Dziś z rana nadeszła zupełnie pewna wiadomość o wstrzymaniu wysiedlania. Wszystkich trzymanych na Czarnieckiego, Marysinie „rezerwistów” odesłano do domów. […] (s. 218)

JA/ONI, III A

2 kwietnia 1942 r.: Partia, która miała dzisiaj wyjechać, wróciła z powrotem z Marysina [z punktu zbornego w Centralnym Więzieniu, Czarnieckiego 12/18 – A.S.]. Oby już nie było wysiedlenia i nadeszło coś solidnego do żarcia. Grunt to kartofle. Jeść, myśleć, uczyć się, pisać i pracować. (s. 224)

ONI, III A

30 kwietnia 1942 r.: Brano tej nocy niepracujących z łóżek do obozu na Czarnieckiego [12/18]. Tyczyło się to tych, którzy nie poszli do „stemplowania”. […] (s. 241)

ONI, III B

30 czerwca 1942 r.: Ojciec dostał dziś wezwanie na wyjazd do Poznania, jest to skutek ówczesnego zarejestrowania się. Miał pójść na noc spać do więzienia–obozu na Czarnieckiego [12/18], ale znajomy komisarz go zwolnił. Ojciec stara się też o zwolnienie z wyjazdu w ogóle, bo jakoś odechciało mu się wędrówki. Najprawdopodobniej mu się uda. […] (s. 279)

ONI, V A

13 grudnia 1942 r.: […] Rozstrzelano na Czarnieckiego [12/18] trzy dziewczęta żydowskie, które uciekły z obozów pracy w Niemczech i zostały złapane przy przekraczaniu granic getta. Wyjęto je z pokoju i w korytarzu zastrzelono jak psy. […] (s. 345)

JA/ONI, V A

19 grudnia 1942 r.: Nieszczęścia jak się wzięły do nas, tak i nie puszczają. Okazuje się teraz, że ojciec nabawił się w więzieniu [Czarnieckiego 12/18] świerzby, którą cały czas „hodował”, nic sobie z tego nie robił, kładąc wszystko na karb wszy. […] (s. 347)

ONI, V A

1 stycznia 1943 r.: […] Wywieziono znów w niewiadomym celu i kierunku kilkadziesiąt osób z [Centralnego Więzienia] Czarnieckiego [12/18] i nawet z komisariatów. […] (s. 354)

18 lutego 1943 r.: […] Znów wysłano z Czarnieckiego [12/18] 50 osób do Niemiec. Niby na robotę do Niemiec, ale nic pewnego nie wiadomo. (s. 360)

22 marca 1943 r.: Nad gettem znów zwisają ciężkie chmury. Niemcy zażądali wszystkich robotników przybyłych w ostatniej partii do getta, których wieczorem zabrano na Czarnieckiego [12/18]. Podobno dobrano nawet więźniów. Naturalnie, że już krążą plotki o wysiedleniu itd. […] (s. 375)

25 marca 1943 r.: Dzisiejszy dzień znów zapisał się nerwowym drżeniem strachu w naszych mózgach i pamięci. Około godziny ósmej rozpoczęło się na ulicach getta zatrzymywanie, legitymowanie i łapanie ludzi przez policjantów z Sonderabteilung. Jak podczas „szpery” brano i teraz „klepsydry”, starców i takich, którzy nie mogli wylegitymować się legitymacją pracy. Gromadzono ich w rewirach i na Czarnieckiego [12/18], gdzie segregowała ich jeszcze komisja złożona z prezesa Sądu [Stanisława] Jakobsona, komisarza policji śledczej [Zygmunta] Blemera i jeszcze innych. Część wypuszczono, ale moc ludzi zatrzymano. Najprawdopodobniej chodzi znów o jakieś wysiedlenie na szmelc. Nic jednak w getcie nie wiadomo. […] (s. 377)

 

Heniek Fogiel

ONI, III B (19.05.1942)

„Chciałem jeszcze dodać, że o ile na przykład ktoś mówi, że nie chce przy tej pracy, powiedzmy, na cmentarzu przy trupach, bo za mało je, nie ma sił do dźwigania czy coś podobnego, to nasi Żydzi przełożeni zaraz straszą wysiedleniem czy też więzieniem [przy] Czarnieckiego [12-18], lub też wożeniem fekalii. Tak jest u nas w getcie, po prostu mus i dyktatura, wszystko pod batem!!!” (s. 54).

ONI, V A (15.09.1942)

„A więc zacznę od początku, więc zaraz pierwszego dnia, jak się „szpera” rozpoczęła (nie dlatego, że stawiano opór i nie chciano oddać dzieci), zaczęła chodzić komisja, a więc: strażacy, policja, kominiarze, siostry, doktorzy, pielęgniarze i jeden lub więcej Niemców, wchodzili na każde podwórko, kazano wszystkim zejść i mieszkania zostawić otwarte i tymczasem Niemcy wybierali nie podług lat, tylko patrzyli na twarz, kto staro wyglądał lub źle wyglądał, nawet młoda osoba też została zabrana, no i dzieci! Na ulicy przed bramą stały wozy i ludzie, którzy byli przeznaczeni przez Niemców na wóz, zaraz tam pakowano, jak bydło (o tym, jakie geszefta i plądrowania żydowska policja, straż itp. robiła, jak się obchodzono z ludźmi, dlaczego Niemcy przeprowadzili tę akcję i o mojej historii, napiszę dalej obszernie!), gdzie zaraz jechano, oczywiście, wozy były pilnowane przez policję, straż itp., na punkty zborne czy też do szpitala [Łagiewnicka 34/36] któregoś lub do domu starców, lub na Czarnieckiego [12-18], stamtąd, po przebyciu nocy lub dnia, najbliższymi transportami Niemcy zabierali na auta i wywozili! Osoby zwolnione wracały do swoich mieszkań, a osobom obcym już nie wolno było do takiego domu wchodzić, gdyż te domy obstawione już były przez posterunki policji!” (s. 107).

JA, V B (19.03.1944)

„Znów nie pisałem przeszło miesiąc. A nie dlatego, bo nie chciało mi się, tylko dlatego, że niestety, tak jak mówiono, tak było, była „szpera” 20 lutego 1944 r. I wtedy wzięto mnie z placu (gdyż miałem przepustkę) na Czarnieckiego [12/18] i jeszcze dużo innych, nawet resortowców, a między innymi i Heńka Monastyrka [!]. Gdyż akcja wyjazdu robotników ciągnęła się tak długo. To, co Ja przecierpiałem, siedząc na Czarnieckiego w więzieniu 3 tygodnie i 3 dni, tego żadne pióro opisać nie zdoła. To spanie na ziemi i podłożony brudny siennik lub na pryczy z różnymi ludźmi. To stanie w kolejce do wyjścia do ubikacji. Rozmawiałem przez płot z rodziną lub w ogóle do płotu nie dopuszczano. To obchodzenie się policji z nami, jak najgorsze itd. Rozpacz mojej mamusi i siostry jest nie do opisania. Ten ciągły strach i te plotki zabijały człowieka. Jutro odchodzi partia. Potrzebnych jeszcze 100 osób, wypuszczono tego, a wzięto owego, bo tamten ma większą protekcję. Ta komisja lekarska, która brała chleb za wolność. Aż nareszcie odeszła 1 partia 750 osób, mężczyzn. Ja zostałem, nie wiem jakim cudem, w rezerwie. Upłynęło osiem dni, które nas, tych, co zostali, kosztowało dużo zdrowia. Nareszcie zaczyna się szykować drugą partię do wyjazdu, ale już połowa kobiet też. Rozumie się, że brano kobiety przeważnie samotne, no i z wydziałów oraz z Resortu Słomianego (przeważnie Wydział Kuchenny, Warzywny, Kolonialny). A więc siedzimy wszyscy i czekamy. Nareszcie, jednego wieczoru, szykuje się 500 mężczyzn i 350 kobiet. No i Ja, dzięki Bożej pomocy, i na pewno mój ojciec w grobie nie mógł uleżeć ze względu na moją mamę i siostrę, zostałem przeniesiony znów do rezerwy, no i trochę protekcji. Gdzie już ludzie mówili, że nas nazajutrz zwolnią. […] Nie jestem w stanie opisać, co się działo w noc odjazdu partii. Co za afery, protekcje i różne świństwa wyprawiano. My, rezerwa, żyliśmy w ciągłym strachu, gdyż co chwila przychodzono z inną listą, wyjmowano z szeregu wyjeżdżającego i wstawiano rezerwistę, ofiarę za kogoś, bo ten ktoś miał mniejszą protekcję albo wcale, tylko był zwolniony przez lekarza, ale wtedy nie zwracano na to uwagi! Jednej nocy Niemcy nie przyjechali, to drugiego dnia dużo się uratowało. Ale wstyd opisać, jakim sposobem, żeby w ogóle do czegoś takiego dopuścić. A więc zamieniano ludzi za chleb. Np.: Ja siedziałem, więc mogłem dać ochotnikowi, który chciał pojechać, a takich było dość dużo, gdyż pojedyncze osoby z resortów się stawiali, brali 5 bochenków chleba, 1 kg cukru, 1 kg margaryny, 1 puszkę mięsa i 100 MK niemieckich co najmniej, prócz plecaka z ubraniem. Więc ten wchodził, a tamta osoba wychodziła. A ten biedny robotnik, co tego nie miał, musiał pojechać. […] Drugiego dnia w nocy przyjechali Niemcy, Schupo policja, odprowadzili ich na pociąg, podobno pojechali do Częstochowy, do fabryk metalowych, są ukłony, że ciężko pracują, ale dostają jeść. Ale myśleliśmy, że nas już zwolnią, ale nie, potrzebnych jeszcze było 100 osób. I nas dalej trzymano. Aż zgłosiło się trochę ochotników, trochę główek stawili Ci, co się ukrywali. Bo dużo się chowało i żyli cztery tygodnie bez racji. Stawiając kogoś, odblokowywano im karty. Ktoś, będąc w rezerwie, stawiał kogoś, też wychodził na wolność. No i się zebrało 100 osób. Trochę protekcji i podanie, że jestem sam z matką, pomogło, że nareszcie wyszedłem z Czarnieckiego […].” ( s. 117-119)

JA, V B (12.04.1944)

„Po wyjściu z Czarnieckiego [12/18] mało chodzę do kolegów, koleżanek. Z kilkoma w ogóle się gniewam. Gdyż nie mieli tego przyjacielskiego obowiązku przyjść do mnie! Ale nie biorę tego pod uwagę. Najważniejsze, aby się wojna skończyła i żebyśmy jeszcze wszyscy byli razem, zdrowi i cali.” (s. 121)

JA, V B (19.03.1944)

„Przez ten czas, co byłem na Czarnieckiego, to się dopiero przekonałem, co to jest rodzina. A reszta, koledzy, koleżanki, nawet przyjaciele i przyjaciółki najlepsze, wszystko nic niewarte. Przyszli jeden raz mnie odwiedzić i dosyć. No ale przecież żyjemy! Co najważniejsze, że na wzgląd mojej mamusi kochanej i siostry Bóg nam pomógł i wróciłem do domu [ul. Marysińska 25].” (s. 119)

Oskar Singer

JA/ONI, III A (04.05.1942)

„Pierwszy dzień wysiedleń. Komisja znajdująca się przy Fischstrasse [Rybnej], pracując dzień i noc, skompletowała kontyngenty. Codziennie tysiąc osób wędruje do więzienia policyjnego, które jest punktem zbiorczym wszystkich transportów. Ulicami getta ciągną nędznicy z Kolonii i Düsseldorfu: oni to właśnie są pierwszymi wysiedleńcami.

Na ulicach widać także wozy, które przewożą bagaże do centralnego więzienia. Jest to prawdziwe wybawienie dla ludzi starych i ułomnych, którzy nie są w stanie unieść nawet tych 12 kilogramów.” (s. 27)

JA/ONI, III A

„Doktor F[els] zostaje przydzielony do pracy przy wysiedleniach niemieckich Żydów. Urzęduje w Centralnym Więzieniu. Codziennie wlecze się tam ostatkiem sił. Próbuje wytrwać na posterunku. Wymaga się od niego pracy również w nocy. Wypełnia polecenie.” (s. 32)

JA/ONI, III B (28.07.1942)

„Dwóch Żydów, wyrostek i dojrzały mężczyzna, słyszeli z pewnością mało pocieszające rzeczy o życiu w tych obozach. Woleli uciec. Niemieckiej policji nie da się jednak tak szybko uciec. Obaj zostali schwytani na dworcu towarowym w Kutnie. Dostarczono ich do więzienia na Radogoszczu.” (s. 47)

Józef Zelkowicz

ONI, IV (2.09.1942)
„Wywieziono też wszystkich osadzonych w Centralnym Więzieniu. A ponieważ było wśród nich wielu, którzy trafili tam przypadkiem – tacy, którzy odsiadywali administracyjną karę 24 godzin, bo ich mieszkanie było nieprzepisowo i nie dość zaciemnione, tak że wieczorem wymknęła się z niego smużka światła, albo byli Żydami z prowincji, dla których po wsiedleniu zabrakło miejsca i ulokowano ich w więzieniu – wieść o opróżnieniu murów przy ul. Czarnieckiego wywołała nieopisany popłoch. Biorą więc nie tylko chorych i bezrobotnych… biją przerażone serca, walą w trwodze!” (s. 136-137)

ONI, IV (2.09.1942)
„Chorzy, którzy uratowali się ze szpitali i ukryli we własnych domach lub u dalszej rodziny, a zostali odszukani przez żydowską policję i odstawieni do Centralnego Więzienia, dziś rano zostali załadowani na ciężarówki i odesłani”. (s. 137)

ONI, IV (6.09.1942)
„Co wiadomo o „zabranych”? Na pewno wiadomo, że punkty zbiorcze urzą- dzono w budynkach dawnych szpitali przy ulicach Łagiewnickiej i Drewnowskiej i w byłych domach starców przy ulicach Gnieźnieńskiej i Dworskiej. Takie punkty są też na Marysinie i w Centralnym Więzieniu przy ul. Czarnieckiego. Owe „azyle” nie tyle są charakterystyczne (wszak to co charakterystyczne jest wynikiem logicznego myślenia i prawdziwego lub nawet fałszywego sądzenia, a nie zdziczałej woli), ile symboliczne. Każdy „złapany” jest bowiem chory i kwalifikuje się do szpitala, tyle tylko że w tych szpitalach nie ma łóżek ani lekarzy, którzy mogliby ich leczyć… każdy ze „złapanych” kwalifikuje się do domu starców, nawet jeśli jest młody, nawet jeśli jest dzieckiem nie mającym nawet dziesięciu lat, bo ktokolwiek wszedł na wóz, ten postarzał się i osiwiał w mgnieniu oka… tyle że pensjonariusze takiego domu liczą zwykle jeśli nie na lata, to choć na miesiące pobytu, a ci tutaj mają przed sobą może dni, może godziny, a może tylko minuty… Każdy ze „złapanych”, nawet kryształowej uczciwości, kwalifikuje się do Centralnego Więzienia, bo już sam fakt schwytania czyni go winnym. Przecież żółte łaty na jego piersi i plecach krzyczą: „Żyd – przestępca!”… A skoro tak, to jego miejsce jest w więzieniu!…
Co wiadomo o „zabranych”? Na pewno wiadomo, że w punktach dostają 25 g chleba i talerz dobrej, gęstej zupy na kościach. Ale czy ktokolwiek z nich zjadł swój chleb i zupę? Czy przeszły im przez gardło? Tego nie wie nikt.” (s. 194-195)

 

Arnold Mostowicz

JA/ONI, III A

„– Jeszcze tylko dwóch, panie doktorze – policjant przyłożył lekko dwa palce do daszka, manifestując wobec kogoś spoza władzy więziennej służbistość najwyraźniej nonszalancką.

– Niech ich pan wprowadzi pojedynczo – powiedział. Był całkowicie wyczerpany fizycznie i nerwowo. Odruchowo spojrzał na zegarek. Trzecia. Trzecia w nocy. Od południa poprzedniego dnia to już pełnych piętnaście godzin beznadziejnie kretyńskiego wysiłku. Niemcy zarządzili, by każdy ze skierowanych na wysiedlenie był przebadany przez lekarza. Niektórzy w tym fakcie doszukiwali się jakiejś optymistycznej prognozy. Wiedział, że optymizm to niczym nieusprawiedliwiony. Cóż miał powiedzieć wszystkim tym nieszczęśnikom, którzy wpatrywali mu się w oczy, milcząco błagając o decyzję, która oznaczałaby dla nich życie? […]

Nie usłyszał, kiedy drzwi się otworzyły i do więziennej celi zamienionej na gabinet lekarski policjant kogoś wprowadził.

– Dzień dobry – mężczyzna, który stał w drzwiach, powiedział to

po niemiecku.

– Dzień dobry. Proszę bliżej. Nazwisko pana?

– Cohen.

– Imię?

– Albert.

Machinalnie wypełniał rubryki w powielanym kwestionariuszu.

– Wiek?

– Czterdzieści osiem lat.

– Z jakiego pan transportu? – użył terminologii stosowanej wobec przesiedlonych

z zachodu.

– Z praskiego.

– Niech się pan rozbierze.

Kiedy mężczyzna ściągnął z siebie zniszczoną marynarkę z dobrej wełny, koszulę i spodnie, przyłożył mu do piersi stetoskop. Nawet nie musiał się przyglądać badanemu, by domyślić się ciała wyniszczonego, wychudzonego, z pokrytą plamami skórą i zwiotczałymi mięśniami, z wklęśniętą klatką piersiową i prawdopodobnie obrzękniętymi z głodu nogami.

– Przepraszam, panie doktorze… – głos mężczyzny brzmiał miękko i miał miłe, dźwięczne brzmienie. Zaczyna się – pomyślał. Odłożył słuchawkę, by jednak przyjrzeć się dokładnie stojącemu przed nim mężczyźnie. Był gładko ogolony. Nosił binokle. Zza szkieł wpatrywały się w niego duże, czarne, myślące oczy, które zupełnie, ale to zupełnie nie pasowały do wygolonej na zero głowy.

– Słucham pana.

– Czy może mi pan udzielić uczciwej odpowiedzi?

– Co to znaczy? – zapytał zniecierpliwiony.

– To znaczy, czy stać pana na powiedzenie mi prawdy?

Było to prowokujące. Zamierzał odpowiedzieć ostro, ale opanował się.

– Spróbuję.

Przez chwilę w celi zapanowało milczenie. Spoglądali na siebie nic nie mówiąc. Te czarne, duże, niepokojące oczy. Doktor Mabuze – przypomniał sobie ni stąd, ni zowąd film sprzed lat. Nie, Student z Pragi – z Conradem Veidtem. Z Pragi…

– Czy my jedziemy do pracy, czy na śmierć?

Drgnął. Przez kilka chwil milczał, szukając odpowiednich słów.

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

– Pan wie, doktorze. Pan przecież wie, kogo Niemcy skierują do wysyłki, a kogo zostawią w getcie. Opierają się przecież na opinii lekarzy.

– No to co z tego? – rzucił arogancko i od razu tego pożałował.

– Bo widzi pan, panie doktorze, ja wiem. Cały ten transport jedzie na śmierć. Może to dziwne, ale chciałem to usłyszeć od pana.

– Dlaczego to takie ważne, abym ja panu… – kiedy zaczął mówić, zorientował się, że potwierdza tym samym przypuszczenie stojącego przed nim mężczyzny. Było to z wielu względów nieostrożne, a nawet niebezpieczne. Niemcy w takich wypadkach nie patyczkowali się i już kilkakrotnie zapowiadali, że włączą do transportu każdego, kto naruszy ustalony przez nich regulamin. Dodał więc szybko: – Gdyby cały transport szedł na śmierć, nie rozdzielano by wśród wyznaczonych na wyjazd – (zaakcentował to „na wyjazd”) – dodatkowego przydziału chleba i kiełbasy.

– To przekonuje. Czterdzieści deka chleba i pięć deka kiełbasy – w głosie mężczyzny zabrzmiała nieukrywana ironia.

Znów zamilkli, patrząc na siebie nieprzyjaźnie.

– Tak… Jeśli pan pozwoli, to ja teraz z kolei chciałbym pana o coś zapytać.

– Proszę bardzo.

– Kim jest pan z zawodu?

– Z zawodu? Do wczoraj byłem tu śmieciarzem. Uprzednio… kiedyś, o ile w ogóle to kiedyś istniało, miałem stopień adiunkta na Uniwersytecie Praskim. Jestem doktorem filozofii.

– Publikował pan jakieś prace naukowe?

Mężczyzna rozejrzał się dookoła.

– O dziwne rzeczy mnie pan pyta… W tych okolicznościach. Co to ma za znaczenie? Ale jeśli panu to jest potrzebne dla jakichś powodów… Zawsze szanowałem cudze zainteresowania. Opublikowałem kilka prac o Schopenhauerze. A doktoryzowałem się z Maxa Nordaua. Nie wiedział, jak ma powiedzieć to, co chciał powiedzieć.

– Jeśli… Gdyby… No, jakby zależało panu, aby zostać w getcie i ewentualnie uniknąć wysiedlenia… – natychmiast wyczuł, że źle to sformułował.

W ogóle wdał się w niepotrzebną rozmowę.

– Nie chcę tu zostać… Nie chcę uniknąć wysiedlenia…

– Nie rozumiem… O co panu chodzi? Przecież to pan zaczął tę rozmowę.

Czy pan ma w getcie jakąś rodzinę? Żonę? Dzieci?

– Nie mam żadnej rodziny. Jestem samotny. Moja matka w momencie wysiedlenia z Pragi popełniła samobójstwo… Rozmowa denerwowała go coraz bardziej. Był zmęczony. Zły na siedzącego naprzeciwko mężczyznę i jeszcze bardziej zły na siebie. Wstał, zrobił kilka kroków od jednej brudnej ściany do drugiej, obok której stała przykryta ceratą kanapka, mająca tej celi nadać charakter gabinetu lekarskiego… Więzienie nosiło nazwę „Centralne”. Może w ten sposób zaspokojono czyjąś manię wielkości. Ponownie usiadł. Milczenie przerwał mężczyzna.

– Pan uważa, że moje pytanie nie miało sensu? A to, że pan siedzi tutaj i wysyła ludzi na śmierć, ma sens?

– Pan dobrze wie, że nie wysyłam ludzi na śmierć!

– Jeżeli łaska… A mnie nie wysyła pan na śmierć?

– Czy muszę panu tłumaczyć, że to Niemcy ustalają listę osób przeznaczonych

do wysyłki?

– W zależności od lekarskich wniosków.

– Jeśli pan tyle wie, to chyba rozumie pan, że niezależnie od lekarskich wniosków czy ustaleń Niemcy wyślą, skierują do wysyłki określoną liczbę mieszkańców getta. Poza tym zaproponowałem przecież, że uznam pana za zdolnego do pracy fizycznej, a pan odmówił…

– Można powiedzieć, że sam siebie skierowałem na wysiedlenie i na śmierć. Czy pan nie zastanowił się, panie doktorze, dlaczego odrzuciłem pańską propozycję?

– Skąd mogę wiedzieć…

– Niech pan posłucha. Odmówiłem dla dwóch przyczyn. Widzi pan, tutaj, w getcie zdechnę – na tyfus, z głodu, na gruźlicę… Każda z tych śmierci jest obrzydliwa. Zdążyłem się im wszystkim przyjrzeć. Wolę umrzeć zagazowany. Do końca, do ostatniej chwili będę w pełni rozporządzał swoją wolą… A w ostatniej minucie zrobię to, co zrobiła moja matka. Jestem do tego przygotowany. A obrzydliwa śmierć gettowa może mi takie świadome postępowanie uniemożliwić… Czy pan jest wierzący?

– Nie.

– Ja też nie… Ale jestem ciekawy, jak to jest… Zamiast więc umrzeć w barłogu, gnijąc z brudu, wypluwając z siebie rozpadające się płuca, będę starał się jak najdłużej mieć otwarte moje żydowskie oczy, by to przejście w nicość, jakie zaplanowali Niemcy dla Alberta Cohena z Pragi,

odbyło się w sposób możliwie godny. Już dawno doszedłem do wniosku, że jest to w każdym razie godniejsze niż umrzeć śmiercią, która ma dyżur tutaj, w getcie…

Mężczyzna zamilkł. Widać było, że żałuje, iż się uniósł.

– A ta druga przyczyna?

– Dziwię się, że pan jej się nie domyślił z przebiegu tej naszej rozmowy. Przecież jeśli mnie nie wyślecie, to ktoś inny znajdzie się na moim miejscu. Samochody nie odjadą puste. Ilu nas potrzeba, by je wypełnić? Pięciuset? Tysiąc? Nie chcę, nie życzę sobie, by ktoś umierał za mnie!

– U Schopenhauera pan się chyba tego nie nauczył? – zapytał zgryźliwie i znowu natychmiast tego pożałował.

– Nie, panie doktorze, u Greków… Tylko kiedy się tego uczyłem, nie przypuszczałem, w jakich okolicznościach przyjdzie mi z tych nauk korzystać. Milczenie. Cisza. Przez ściany celi dochodził głuchy szum zgromadzonych w innych pomieszczeniach ludzi.

– Skończmy tę rozmowę – powiedział cicho, jak gdyby przyznając się do porażki.

– Oczywiście, to zależy od pana… Tylko jeszcze, jeszcze jedno… wie pan, dlaczego zapytałem pana, czy ten transport jedzie na śmierć? Chciałem z pańskiej odpowiedzi, z jej tonu albo może z pańskich oczu zorientować się, czy pan z całą świadomością robi to, co robi… Pan wie, że transport jest skazany… Tylko błagam, niech pan nie mówi, że wszyscy jesteśmy skazani… – Chciał to powiedzieć. – To za banalne… Nie wypada. Otrzymał pan polecenie, a może nawet rozkaz. Rozkaz to rozkaz. Życzę panu, aby nie musiał pan więcej w życiu wykonywać podobnych rozkazów. Ale nawet takie polecenie pana nie usprawiedliwia. To, że pan wiedząc, jaki los czeka wysiedlonych, jednych pozostawia w getcie, a wysyła na śmierć drugich, to, proszę pana, jest niewybaczalne!…

Milczenie. Chyba padnę tu ze zmęczenia – pomyślał, a głośno powiedział:

– Skąd pan o tym wie?

– Takie rzeczy się wie… A może – roześmiał się – ludzie przed śmiercią posiadają zdolność lepszego widzenia i rozumienia niż za życia… Nie, nie. Mówiąc poważnie, tam w poczekalni siedziało kilku pańskich… Kilku z pańskiej, jak jej tam, organizacji. Czuli się na tyle pewnie, że z ich rozmowy można się było wszystkiego domyślić… Cóż, młodzi… Zresztą naprawdę bardzo mili i sympatyczni…

Żachnął się i chciał mu przerwać.

– Niech się pan uspokoi. Nie wydam pana. Gdybym to zrobił, uczyniłbym to wyłącznie dla samej przyjemności donosu… Korzyści z tego nie miałbym żadnych… Pan jest jak Bóg. Jednym życie, drugim śmierć… Według listy.

Skoczył na równe nogi.

– Pan jest bezczelny! To wszystko nieprawda! Zresztą…

– Jak to nieprawda? Przecież i mnie pan to zaproponował… Milczenie. Piasek pod powiekami. Zza okna celi głośne rozmowy w języku niemieckim. Głowa ciąży jakby przyciśnięta do szyi sufitem.

– Panie Cohen… – Poprawił się – panie doktorze Cohen… czy nie zdarzyło się panu działać w imię pewnych wyższych racji, które nakazywały stosować inne reguły moralne?…

– Wyższe racje w posyłaniu ludzi na śmierć?

– Nie, na Boga, nie! Racje nakazujące zostawić w getcie ludzi specjalnie wartościowych.

To zabrzmiało tępo i fałszywie. Szczególnie w obliczu postawy tego człowieka.

– Pan to ocenia?

– Nie, nie ja. Ale opieram się na zdaniu ludzi, na opiniach, w które nie mam powodu powątpiewać.

– Ciekawi mnie, jak to się ocenia. Przy pomocy jakich odczynników sprawdza się wartość ludzi, których pan ma swoim świadectwem ratować, i jak się porównuje ich wartość z wartością tych, których pan zamiast nich kieruje na śmierć… Nie wiem, czy pan przeżyje wojnę, Niemców, getto, ale nie zazdroszczę panu. Pan, wydaje mi się, jest uczciwym człowiekiem. Do końca życia będzie się pan zastanawiał, czy aby nie popełnił pan żadnej pomyłki – ratując jednych kosztem drugich… Bo usprawiedliwiać siebie nieomylnością innych, którzy tę listę ułożyli…

Drzwi się otworzyły i służbiście się meldując stanął w nich policjant, rześki, jakby sobie odwalił miłą drzemkę.

– Czy mogę odprowadzić badanego?

– Proszę jeszcze poczekać.

Policjant trochę zdziwiony spojrzał na ciągle jeszcze rozebranego mężczyznę i wzruszając ramionami wyszedł z celi. Teraz i on spostrzegł, że mężczyzna jest prawie nagi. Był nagi i jakby dumny ze swej nędznej nagości, gotowej na spotkanie z losem, który sobie wybrał.

– Wie pan, jestem pewny swoich racji, inaczej bym tu zresztą nie siedział. Ale nie czuję się na siłach, by… Zresztą pan do takiej dyskusji jest z pewnością lepiej przygotowany.

– Możliwe. Natomiast z całą pewnością wiem, że na słuszność moich argumentów złożyły się tysiące lat kultury i cywilizacji. Nagle dostrzegł przed sobą szansę.

– Czy nie sądzi pan, że wszystko, co się dookoła dzieje, świadczy, iż te tysiące lat kultury i cywilizacji zostały zeszmacone, zbrukane… Że w walce o przetrwanie zdadzą się na tyle co dzida we współczesnej wojnie?

– Może i ma pan rację, ale co pan proponuje w miejsce kultury, która nie obroniła Europy przed zdziczeniem?

– Myślę, że inną moralność… Inne wartości… Nie, może te same wartości, tylko inaczej bronione…

– Dajmy temu spokój. Nie widzi pan, że pojedynek na słowa w tym miejscu i w takiej sytuacji jest śmieszny?… Czy mogę się ubrać?

– Tak, tak, oczywiście.

Patrzył na leżący przed nim kwestionariusz. Tego człowieka mógł albo wbrew niemu uratować, albo wbrew sobie posłać na śmierć. Zanim uczynił to drugie, spojrzał na ubierającego się szybko mężczyznę. Ten dostrzegł to i w jego wzroku zapaliła się jak gdyby prośba o wybaczenie.

– Żegnam, panie doktorze.

– Chwileczkę… Mam jeszcze jedno pytanie. Byłbym panu bardzo wdzięczny, gdyby mi pan na nie odpowiedział… Czy nie ma pan żadnych wątpliwości co do losów całego getta? Tamten wyczuł pułapkę. Od drzwi podszedł z powrotem do stołu i ważąc każde słowo powiedział:

– Rozumiem. Gdyby usłyszał pan ode mnie… Gdybym panu powiedział, że nie mam wątpliwości co do końca tej imprezy… To znaczy, że jestem pewien, iż wszystkich tutaj czeka taki sam los jak mnie i ten…, i ten transport wysiedlonych, wówczas moja decyzja byłaby tylko przyspieszeniem nieuchronnego. Nie. Nie zrzucę z pana ciężaru odpowiedzialności za to, co pan tutaj robi, doktorze. Nie można wykluczyć, że Niemcy nie zlikwidują tego getta. Może nie zdążą? Może zechcą je zachować dla jakichś tam powodów? Przecież tylko na to możecie – powtórzył wyraźnie to słowo, dając do zrozumienia, że jego to już nie dotyczy – możecie liczyć…

Przerwał mu.

– Gdyby pan znajdował się w getcie w chwili, kiedy… kiedy przyjdzie moment jego likwidacji, to jak by pan postąpił? Próbowałby pan uciec? Rzuciłby się pan z gołymi rękami na esesmanów?

Milczenie.

– Nie wiem… Chyba ani jedno, ani drugie. Przecież mam zapewnioną szybką śmierć dzięki jednej małej, łatwej do ukrycia pastylce… A może ci, których dzisiaj ratowałem kosztem innych, rzucą się, właśnie oni?… Z gołymi rękoma? A może, jeśli getto przetrwa, jeśli oni w jakiś sposób przeżyją… to w przyszłości, w przyszłych warunkach będą bardziej potrzebni?

Milczenie. Przeciągające się milczenie.

– Powiem panu prawdę, panie doktorze… Pan będzie tym zgorszony, ale jest mi to całkiem obojętne. Może tu tkwi najistotniejsza między nami różnica. Pan dzieli ludzi według swoich jakichś tam kryteriów… Stawia pan stopnie. A jeśli idzie o mnie, to nic, nic nie uwolniłoby mnie od ciężaru, jaki stanowiłaby świadomość, że ktoś kiedyś posłany został za mnie na śmierć… Zarówno śmieciarz Albert Cohen z getta, jak i zdolny filozof Albert Cohen z Pragi nie są godni tego, by ktokolwiek za nich umierał…

Wydało mu się, że może jeszcze coś dorzucić na szalę swoich racji.

– Czy nie sądzi pan, że nasze argumenty to dwie strony tego samego dziedzictwa duchowego?

Zabrzmiało to fałszywie. Nie podniósł oczu znad leżącego przed nim kwestionariusza. Słyszał, jak tamten otwiera drzwi i coś jeszcze od progu mówi. Docierało to do niego jak głos z innego świata, innej przestrzeni.

– Powiedzmy, że pan przeżyje getto… Byłby to cud… I pańskie dzisiejsze decyzje, może nie tylko dzisiejsze, będą chwalone… Może nawet przeżyje ktoś z tych przez pana uratowanych kosztem innych… Będzie pana wielbił, nasłucha się pan komplementów… A ci, których wysłano za innych na śmierć, nie wniosą żadnych pretensji, żadnych pretensji, żadnych pretensji…

Uniósł głowę. W celi nikogo nie było. Niedobrze – pomyślał – majaczę…

W drzwiach stanął policjant: Tak samo nonszalancko jak poprzednim razem przyłożył dwa palce do daszka.

– No i ostatni dzisiaj, panie doktorze. Chwała Bogu!…” (s. 132-141)

 

Anonim (autor „Szukajcie w popiołach”)

JA/ ONI, V A

[„Czy] wiecie — zapytuje jeden idąc po pracy do domu — jaki […] [jest] centralny punkt w getcie?” „Bałucki Rynek — odzywa się drugi. — Stamtąd otrzymujemy chleb”. „Nie na darmo nazywają go […] […] »Biurem Aprowizyacyjnym« — powiada drugi. — Cała nasza praca obraca się [dookoła] [tego] jedynego centralnego punktu: [aprowizacji] […], tej odrobiny jedzenia, jaką [otrzymujemy] z tego urzędu.” „[, A ja] powiadam wam — mówi trzeci z uśmiechem — [że] jedynym punktem [dookoła] którego krążą nasze myśli przez cały dzień pracy [i] nawet nocą na naszych legowiskach, jest […] »Centralne Więzienie«. (s. 64)

Bibliografia

Dawid Sierakowiak, Dziennik, oprac. A. Sitarek, E. Wiatr, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny, 2016.

Dziennik Heńka Fogla z getta łódzkiego, oprac. Adam Sitarek, Ewa Wiatr, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny 2019.

– Oskar Singer, Przemierzając szybkim krokiem getto… Reportaże i eseje z getta łódzkiego, tłum. K. Radziszewska, Łódź: Oficyna Bibliofilów 2002.

– Józef Zelkowicz, Tamte straszne dni, w: Notatki z getta łódzkiego 1941-1944, red. naukowa: M. Trębacz, E. Wiatr, M. Polit, K. Radziszewska, tłum. M. Polit, Łódź: Wydawnictwo UŁ, 2016.

– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.

Szukajcie w popiołach: papiery znalezione w Oświęcimiu, oprac. L. Brener, A. Wein, Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1965.