FILTROWA 83 (mieszkanie Koprowiczów), (poza gettem)

 

Antoni Marianowicz

JA/ONI, VI A

„Kiedyś tknęło mnie, żeby zajść do baru na Filtrowej, przy placu Narutowicza. […] Wchodzę więc i pytam czy mogę zadzwonić. Ależ tak, oczywiście. Telefon stał na kontuarze, wszystko było słychać na Sali. Biorę słuchawkę, udaję, że wybieram numer i zaczynam fikcyjną rozmowę o mieszkaniu. Brzmiała ona mniej więcej tak: „No to co z tym pokojem dla nas? Niedobry? Bez wygód? No cóż, w tej sytuacji sprawa nie jest aktualna”. Głośno mówię tego typu banialuki, na co włącza się kelnerka. Informuje mnie, że w tej samej kamienicy, przy Filtrowej 83, na czwartym piętrze, jest do wynajęcia elegancki pokój u państwa pułkownikostwa Koprowiczów. Skończyłem swoją udawaną rozmowę i idę na to czwarte piętro bez windy. Otwiera mi nieduża, starsza, podejrzliwa kobieta. Powiadam, że mam wiadomość o pokoju, a właśnie szukam mieszkania. Ona pyta, skąd ja jestem i jakie mam rekomendacje. I indaguje, czy przypadkiem nie jestem Żydem, bo tylu teraz się ukrywa. Wybuchnąłem śmiechem, mówiąc, że to absurd, i w tym momencie przypomniałem sobie o profesorze Bartlu. Oskar Bartel uczył mnie u Reja historii i mieszkał w tym samym domu, w oficynie. Zapytałem, czy taka rekomendacja wystarczy. Trzeba dodać, że profesor był prezesem tamtejszej spółdzielni mieszkaniowej plastyków.

W innej sytuacji nigdy bym się nie ośmielił prosić go o pomoc. PO pierwsze, nie wiedziałem, jak zareaguje, ale istniał i ważniejszy powód. Prof. Bartel sam miał nie lada problem w postaci żony – Żydówki nazwiskiem Neuteich. A tu los uzależnił całą moją egzystencję od jego osoby. […]

Na mój widok rozłożył ręce i zawołał, zaciągając z lwowska: „Kaaaziu! Ty żyjesz!” Zawsze bardzo go lubiłem, uściskaliśmy się więc i nieśmiało wydukałem, o co chodzi, sumitując się, że ośmielam się go niepokoić. Spojrzał z takim swoim charakterystycznym uśmieszkiem i powiedział: „Kaziu, tyś mnie obraził”. – „Dlaczego?” – „No bo jak w ogóle możesz pytać ty, mój uczeń, czy wolno ci się na mnie powołać!” […]

Powiedział, że pani Koprowiczowa może go przy okazji zapytać. Wróciłem do owej baby, która na pierwszy rzut oka wydała mi się okropną megierą (pierwsze wrażenie było w tym wypadku mylące), i powtórzyłem rozmowę z profesorem Bartelem. „Skoro tak – mówi pułkownikowa – to jesteście państwo mile widziani”. Pokój był świetny, niezbyt drogi i właśnie tam wprowadziłem się z matką. […]

Stosunki z gospodarzami były idealne – byli przemili i bardzo życzliwi. Mieli jednak drobne mankamenty – pułkownikowa, co wynikało z jej pierwszej mojej z nią rozmowy, była zajadłą antysemitką”. (s. 109-112)

JA/ONI, VI B

„Spotykaliśmy się codziennie. Ja mieszkałem z matką na Filtrowej, Helenka u swoich rodziców na Stępińskiej. Byliśmy pod wrażeniem masowej ewakuacji Niemców – całe pociągi i kolumny samochodów odjeżdżały z Warszawy. Było dla nas jasne, że wojna się kończy. Komu tam było w głowie poszukiwanie ukrywających się Żydów. Chodziły pogłoski, że jakaś ruchawka ma się zacząć 1 sierpnia. Gdy żegnałem się z nią tego dnia, powiedziałem tylko: „Uważaj”. Pamiętam, jak patrzyłem za niknącą za rogiem, zmniejszającą się figurką Helenki. Potem wróciłem do domu i usmażyłem sobie na obiad doskonały befsztyk z koniny. O piątek rozległa się kanonada. Wyjrzałem przez okno – przerażeni ludzie biegali na wszystkie strony. Matka zdołała jakoś przemknąć się do mieszkania. Trochę mi ulżyło, że jesteśmy przynajmniej we dwoje”. (s. 172)

JA/ONI, VI B

„Otóż w barze siedział w chwili wybuchu Powstania wyższy oficer niemieckiej policji i pił wódkę. Wpadli tam powstańcy, krzycząc, że go biorą do niewoli. Nie potrafili jednak z delikwentem dogadać i ktoś pobiegł po mnie na górę, bo wiedziano, że mówię biegle po niemiecku. Przedstawił mi się jako kapitan, rodem z Wiednia, z zawodu buchalter, a z zamiłowania chórzysta, członek Männergesangvereinu. Przebywał w Warszawie jako przybyły z centrali rewident ksiąg policyjnych. Stwierdził, że ma tej całej wojny po dziurki w nosie i marzy tylko o tym, żeby się dostać do niewoli. Okropnie przy tym złorzeczył Hitlerowi. Po dwóch czy trzech dniach rozmów poczułem do niego coś w rodzaju zaufania. Postanowiłem więc na własną rękę zawrzeć z nim porozumienie: gdyby przyszli Rosjanie, ofiarowałem się go wybronić, a gdyby Niemcy, to on miał ocalić nas przed swymi rodakami. Wstał – a był, pamiętam, w samych skarpetkach, bo mu spuchły nogi – i uroczyście uścisnął mi rękę. Na szczęście rozmowa odbyła się bez świadków, bo może w większym towarzystwie wstydziłbym się zawierać tego typu umowę”. (s. 172-173)

JA, VI B

„Panowała euforia, cechująca pierwsze dni Powstania. Ja pełniłem dyżury na dachu domu. Widziałem płonące miasto i akademik przy placu Narutowicza, który był ostro ostrzeliwującą się niemiecką twierdzą. Byłem przerażony jak nigdy w życiu”. (s. 173-174)

JA/ONI, VI B

„Wprawdzie od 9 sierpnia, o ile pamiętam, miał wejść w życie wymuszony przez Czerwony Krzyż zakaz rozstrzeliwania, ale różnie z tym bywało. Tego dnia nagle wyleciała z zawiasów brama, rozległ się huk i na podwórko wjechał czołg niemiecki. Wypędzono wszystkich z domu, zaczęły się wrzaski i strzały – nie widziałem wszystkiego dokładnie, bo stałem twarzą do muru. I nagle z baru wyszedł kulejąc nasz zakładnik, który spędził tam cały ten czas. Podoficerowie wyprężyli się na baczność i zameldowali, kim są. Wtedy nasz Niemiec powiedział, że mieszkańcom tego domu nie ma prawa spaść włos z głowy. Wdrapał się na czołg i – podobno bardzo niechętnie – odjechał. Jak widać, okazał się dżentelmenem. Wtedy zaczęła się nasza wędrówka – wypędzenie z Warszawy przez Zieleniak”. (s. 173)

„9 sierpnia, kiedy pocisk trafił w nasz dom, a potem na podwórze wjechał czołg, rozległy się wrzaski, że wszyscy mamy wychodzić z mieszkań. Ukryliśmy wtedy z matką pewne rzeczy, bez zastanowienia, automatycznie. Najcenniejsze dla mnie były nie złoto czy dolary, ale pamiątki po ojcu. Wszystko to trafiło za rurę w klozecie, gdzie poutykaliśmy sporo papierowych dolarów, trochę złotych monet i nasze skarby – pióro, zegarek, papierośnicę ojca”. (s. 199)

JA/ONI, VII

„Oczywiście pobiegłem na Filtrową. Domu w zasadzie nie było, trzymała się jedynie klatka schodowa. Na dole stał żołnierz z karabinem. Powiedziałem, że muszę wejść na górę. Z początku w ogóle nie chciał rozmawiać, potem zgodził się pod warunkiem, że pójdzie razem ze mną. Weszliśmy na czwarte piętro, ja – przyznają – z dusza na ramieniu. Na schodach leżała martwa kobieta, pełno było rozrzuconych książek i zabawek. Zamiast drzwi do naszego mieszkania zobaczyłem jakieś popalone meble, ale – o dziwo – ubikacja istniała, rura także. Wsadziłem tam rękę i sięgnąłem głęboko, natrafiając na rozsypujący się papier. Były to nadpalone dolary. Żołnierz patrzył bez słowa, jak wyciągam je pieczołowicie i układam na jakiejś sczerniałej desce. Potem wyciągnąłem parę złotych dziesięciodolarówek. Niestety, pamiątki po ojcu zaginęły. Prawdopodobnie wypadły spod rury i zabrali je przypadkowi ludzie”. (s. 202-203)

Bibliografia

– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.