KOŚCIELNA 8 – BRZEZIŃSKA – BRZEZIŃSKA 82/86 [TRASA]

 

Arnold Mostowicz

JA, II C

„Konie jak gdyby czekały na moje przybycie. Dorożka gwałtownie ruszyła przez ulice getta i skręciła w Brzezińską. Ulica ta swoją nazwę zawdzięczała temu, że łączyła Łódź z Brzezinami – miasteczkiem największej chyba w Polsce nędzy żydowskiej. Za nędzne grosze, na zasadzie pracy nakładczej, całe rodziny zajmowały się tu szyciem gotowej odzieży, na której krocie zbijali łódzcy hurtownicy. Brzezińska uciekała spod kół dorożki, a Jansen poinformował mnie, że jedziemy do obozu cygańskiego.

I jeszcze jedno niezbędne wyjaśnienie. Dwa czy trzy miesiące wcześniej Niemcy wysiedlili Żydów z kilku czynszowych trzypiętrowych kamienic, znajdujących się tuż przy granicy getta, na rogu Brzezińskiej i Głowackiego. Teren zajmowany przez owe kamienice oraz niewielki między nimi placyk otoczono drutem kolczastym, tak iż z jednej strony graniczył on z miastem, a z drugiej – z gettem, od którego oddzielały go dwa szeregi zasieków. Po kilku dniach od zakończenia tych przygotowań zajechały tam ciężarówki, z których wypędzono kilka tysięcy Cyganów.

W ten sposób obok wielkiego, żydowskiego getta powstało graniczące z nim małe, cygańskie. Początkowo była to dla getta sensacja, ale wkrótce przestano się tym, powstałym na zasadzie podziału komórkowego, obrazem specjalnie interesować. Opiekę i władzę nad obozem cygańskim sprawowało gettowe Kripo. Od czasu do czasu przedostawały się z tego obozu pełne grozy wieści.

I tam właśnie – z Oberscharführerem Jansenem – jechaliśmy. Obecność lekarza, który znałby się na chorobach zakaźnych, była dlatego niezbędna, że wśród Cyganów zaczęła się szerzyć jakaś choroba. Oberscharführer oczekiwał ode mnie, że mu powiem, jaka to choroba i jak jej zaradzić.” (s. 53-54)

JA/ONI, II C

„Wszystko to trwało nie więcej niż trzy, może cztery minuty. Ziemia nie przestała krążyć wokół słońca, kobiety nie przestały rodzić dzieci, niebo pozostało nieme i żaden święty nie pomógł duszom zabitych odnaleźć drogi do wiecznej szczęśliwości. Kiedy dorożka skręcała w Brzezińską, miałem po prawej stronie placyk między domami obozu cygańskiego.

Widziałem uciekające do tyłu ciemne, ponure twarze, jakieś ręce podniesione do góry i dochodziło do mnie słabnące echo krzyku. Co się właściwie stało? Nic się nie stało. Dwóm chorym na dur plamisty odebrano szansę wygrania walki o życie.

Jansen milczał przez całą drogę powrotną. Po tym swoim zimnym popisie miał teraz minę niesfornego chłopca, który stłukł słoik z konfiturami. W pewnej chwili uniósł głowę, jak gdyby chciał coś powiedzieć – nie wiadomo do kogo, do siebie? do psa? – ale zrezygnował z tego zamiaru. Wilczur nie spuszczał oczu ze swego pana. Uważałem, by siedzieć jak najbardziej z brzega i nie zetknąć się z puszystą sierścią psa.

Zanim zszedłem z dorożki przy rogu Łagiewnickiej, zwróciłem się do Jansena z uwagą, której formę w języku niemieckim uważnie sobie przez całą drogę w myślach przygotowywałem:

– Tego pańskiego psa, panie Oberscharführer, nie należy w ogóle puszczać na teren obozu. Łatwo może na swojej sierści przenieść wszy. Jansen spojrzał na mnie tak, jak gdyby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Gdy skończyłem, machnął tylko ręką i powiedział krótko:

– Quatsch! – Co znaczyło, że gadam głupstwa.” (s. 58-59)

Bibliografia

– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.