KRAKÓW (poza Warszawą)
Adina Blady-Szwajger
JA, VI A
„Jeździłam z Kazikiem – Symchą Ratajzerem. On wyglądał jak prawdziwy warszawski andrus, taki z Powiśla czy Woli. Tylko był bardzo młody, chyba nie miał 18 lat, i nie bardzo jeszcze umiał pić. Kiedyś upił się tym bimbrem i gdy wysiedliśmy, usiadł na schodach dworca w Krakowie i ani kroku dalej. To było nawet zabawne, zwłaszcza że upił się na wesoło i coś śpiewał, ale mnie nie chciało się śmiać. To był strach.
Nie było rady. Zostawiłam go tak siedzącego na stopniu i pobiegłam z duszą na ramieniu na postój dorożek konnych.
– Panie drogi, niech mi pan pomoże – zwróciłam się do najstarszego „fiakra” – woźnicy na koźle. – Braciszek się wstawił i nie mam sił go dźwignąć. A poza tym nie mogę z nim w takim stanie przyjść do domu, bo go tato zakatuje, jak zobaczy pijanego. Pojeździmy po ulicach, może wytrzeźwieje. – W moim głosie brzmiała niekłamana rozpacz.
– Siadaj, panienka – z krakowska „zmiękczył” dorożkarz.
Wspólnymi siłami zataszczyliśmy Kazika na siedzenie i pojechaliśmy przed siebie. Ledwo ruszyliśmy, Kazik oparł głowę na moim ramieniu i za-chrapał. Uff, odetchnęłam. Jeździliśmy z godzinę. Gdzieś tam, chyba na Starowiślnej, przez którą przejeżdżaliśmy już któryś raz z rzędu – Kazik ocknął się gwałtownie.
– Co, gdzie, dokąd jedziemy?
Uścisnęłam go za rękę. Niezawodna rutyna konspiracji zadziałała. Umilkł.
– Jak się czujesz?
– Dobrze – trochę grał.
– No to jedziemy do domu. Na Gołębią proszę.
Wysiedliśmy na rogu, „żeby rodzice przypadkiem nie zauważyli”. Oczywiście poszliśmy w zupełnie inną stronę. Na Floriańską? Tak mi się wydaje, chociaż nie jestem pewna. Nie pamiętam dokładnie adresu tego punktu kontaktowego, natomiast zostało mi w pamięci wejście „pod arkadą” do atelier fotograficznego i wystawa z fotosami… żołnierzy Wehrmachtu. Wśród nich wielki portret bardzo przy-stojnego gestapowca z trupią czaszką na czapce.
I szyld – niemiecki.
Ta pracownia należała do… Reichsdeutscha.
On miał żonę Żydówkę, a w Krakowie – stolicy Generalnej Guberni – były jakieś inne, respektowane przepisy i ona była chroniona. Dwoje ich dzieci, współpracujących z nami, miało Volkslistę. To też było coś z fantazji – ta stara Żydówka siedząca za atelier w pokoju i ten jej syn w mundurze Hitler Jugend. Czegoś takiego w Warszawie nie można było sobie wyobrazić!
A w ogóle w Krakowie było inaczej. Chyba dużo łatwiej. Tam nawet, jak wpadliśmy kiedyś w łapankę, to wystarczyło pomachać żandarmom pod nosem jakimś dokumentem i przejść śmiało – puszczali.” (I więcej nic nie pamiętam, s 198-200)
Bibliografia
– Adina Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Warszawa 2010.



