LESZNO 64
Halina Birenbaum
JA/ONI, III A (sierpień 1942)
„Pewnego wieczoru Niemcy, właściciele szopów — Toebbens i Schultz — kazali wszystkim swoim pracownikom przeprowadzić się z rodzinami do specjalnie dla nich wyznaczonych, opustoszałych domów. Pracownicy Toebbensa — na Leszno, robotnicy Schultza — na Nowolipie. W ten sposób oddzielili swoich robotników od reszty Żydów, na tych dwóch ulicach getta utworzono coś w rodzaju obozu pracy — ci, którzy tam zamieszkali, mieli solennie zagwarantowaną nietykalność w czasie łapanek na Umschlag.
Chociaż nie było już ojca, wykorzystaliśmy fakt, że kiedyś pracował u Toebbensa i przenieśliśmy się, matka, Chilek, ja i ciotka z Haliną, na Leszno 64, wraz z rodzinami robotników tego szopu.” (s. 42-43)
„Na Lesznie zajęliśmy kilkupokojowe mieszkanie, pierwsze z brzegu, w dużej kamienicy pod numerem 64. Prócz nas było tu ledwie parę rodzin. Wśród próżnych mieszkań, których właścicieli wywlekli już hitlerowcy na stracenie, można było wybierać, nikogo jednak sprawa lokalu nie interesowała. Żadne z nas nie wierzyło bowiem zapewnieniom niemieckich przedsiębiorców, toteż chodziło nam nie o wygodne warunki mieszkaniowe, ale o dobrą, czyli jak najciemniejszą piwnicę lub strych.
W mieszkaniu, zajętym przypadkowo i bez namysłu, było wiele wspaniałych rzeczy, pięknych mebli, dużo rozmaitych zabawek i ładnie oprawionych książek, które przed wojną były dla mnie marzeniem nieosiągalnym. Poniewierały się teraz, nikomu niepotrzebne, po kątach. Przeglądałam niektóre z nich, nie sprawiały mi jednak żadnej radości. . I książki, i zabawki przywodziły mi na myśl dzieci, do których te cuda należały. Teraz nie były już w Warszawie. Nie były nigdzie na świecie, przeczuwałam to, choć jeszcze wtedy nikt mi wyraźnie nie mówił, co dzieje się naprawdę z ludźmi wywożonymi pociągiem z Umschlagplatzu. Gdzieś znikali. Ale czy to takie pewne, że już nigdy, przenigdy nie wrócą? Jeżeli zaś wrócą… Odkładałam ostrożnie zabawki, przez chwilę wyobrażając sobie, jak te dzieci wracają do swego domu, a ja im opowiadam, że w czasie ich nieobecności troszczyłam się o książki i zabawki… Zaproszą mnie do siebie, wspólnie będziemy się bawić. Potem znów ogarniało mnie przerażenie na myśl o tym, co mogło te dzieci spotkać.” (s. 43-44)
JA, III A (sierpień 1942)
„Pierwszego wieczoru na nowym miejscu nie umiałam pohamować mego wzburzenia, zaczęłam głośno krzyczeć, zasypałam matkę pytaniami: dlaczego na świecie jest tak źle, tak strasznie, kiedy się to wszystko skończy, jak długo jeszcze będziemy się męczyć?” (s. 44)
JA/ONI III A (sierpień 1942)
„Wieczorami, gdy wracał [Chilek Grynsztajn – brat Haliny Birenbaum, zatrudniony do pracy na ternie fabryki w Ursusie – przyp. AKR], wybiegałyśmy na schody, żeby go znowu uściskać. A on na dole głośno wyrażał radość, że zastał nas w domu i przy życiu. Nieraz przynosił nam trochę żywności z aryjskiej strony; dostawał ją za odzież szmuglowaną z getta, co łączyło się z ogromnym ryzykiem. W progu mieszkania pytał zwykle z niepokojem, czy nikogo od nas nie zabrano?! A kiedy otrzymywał uspokajającą odpowiedź, znowu wpadaliśmy sobie w objęcia i całowaliśmy się, i opowiadaliśmy sobie nawzajem wydarzenia minionego dnia: jak przebiegała akcja, jak udało się nam schować, oszukać łapaczy i ujść cało. Chilek natomiast mówił o znęcaniu się hitlerowskich dozorców nad robotnikami w fabryce, o ciągłych rewizjach podczas pracy, przy wyjściu i przy wejściu do getta. Potem Chilek wykładał zawartość swego plecaka. Głodni i niecierpliwi czekaliśmy, aż mama podzieli między nas te skarby. Jedliśmy po ciemku, w nieoświetlonym pokoju, żeby nie ściągnąć uwagi patroli chodzących nocą po ulicach i nie narazić się na ich niespodziewaną wizytę.” (s. 47)
„Po pewnym czasie mama znalazła pracę w szopie krawieckim Schultza na Nowolipiu. […]
Z początku zabierała mnie ze sobą. Chowałam się za jej maszyną do szycia lub pod krzesłem. Okno warsztatu wychodziło na podwórko domu przy Lesznie 64. Mama obserwowała, co dzieje się w pobliżu naszego domu, patrzyła, czy nie nadchodzą hitlerowcy i co porabiają pozostałe w mieszkaniu ciotka i Halinka.” (s. 48)
„Dopiero wieczór przynosił wybawienie. W domu [po powrocie z szopu, gdzie matka ukrywała Halinę pod krzesłem – przyp. AKR] mogłam nareszcie wyprostować zdrętwiałe nogi, mówić, jeść i pić bez obawy.” (s. 48)
„Latem 1942 roku Rosjanie zaczęli bombardować obiekty wojskowe w Warszawie i okolicy. Musieliśmy zbiegać na dół, do sieni, wyczerpani po ciężkim dniu, po ukrywaniu się przed łapankami, ale mimo to pokrzepieni na duchu tym bombardowaniem.
Pewnej nocy, w czasie takiego nalotu, bomba trafiła w Sądy Grodzkie, gdzie kwaterowali teraz Niemcy. Nasz dom, stojący akurat naprzeciw, zadygotał. Podmuch zerwał dach; ofiar w ludziach nie było.
Straciliśmy więc kryjówkę na strychu i stanęliśmy znów przed poważnym problemem: gdzie schowamy się jutro?!
A właśnie jutro zapowiadał się ciężki dzień: na Umschlagplatzu czekał długi szereg wagonów…
Matka postanowiła, że tę szczególnie ostrą, jak się nam wydawało, akcję powinnam przeczekać w szpitalu, gdzie pracował Marek. Ciotka i Halinka miały schować się w mieszkaniu, wśród tobołów z pościelą” (s. 48-49)
„Marek zapewniał mnie, że w naszym domu na Lesznie nie było blokady, mimo to szłam ze ściśniętym sercem. Bałam się, że otworzę drzwi mieszkania i… nikogo w nim nie zastanę.
Moje obawy okazały się na szczęście bezpodstawne. Mama dostrzegła nas przez okno, otworzyła natychmiast drzwi i już w progu znalazłam się w jej ramionach. A Marek patrzył na nas ze wzruszeniem, uśmiechnięty, czekając na uścisk matki. W tej właśnie chwili usłyszeliśmy niesamowity hałas i wrzask na ulicy. Przestraszeni rzuciliśmy się do okna. Na Leszno wdzierały się gromady żydowskich policjantów, uzbrojonych w kije i pałki.” (s. 51)
„Uciekliśmy na strych, pozbawiony dachu, ale spowity ciemnością. Leżeliśmy na ziemi, jedno obok drugiego. Do naszych uszu docierały wrzaski policjantów, łomotanie w drzwi, odgłosy walki, ordynarne przekleństwa, szamotanie się na schodach. […]
Nas i tym razem nie znaleźli, choć zaglądali kilkakrotnie na strych.” (s. 51-52)
„Kiedy mama i bracia wyszli do pracy, zostałam z ciotką i Halinką. Sąsiedni pokój zajęła jakaś kobieta z dwojgiem małych dzieci. Miałyśmy nadzieję, że po wczorajszej akcji dzień będzie spokojniejszy i że tym razem nie zablokują naszej ulicy. Na strychu było za widno, znaleźliby nas bez trudu, a dom nie posiadał w ogóle piwnicy… Raz po raz obserwowałyśmy przez okno ulicę. Nic nie zapowiadało burzy. Nagle zobaczyliśmy nadciągających Lesznem hitlerowców. „Akcja na naszej ulicy” — krzyknęła z rozpaczą ciotka, chwytając za ręce Halinkę i mnie. Pobiegłyśmy na strych. Nogi nam się trzęsły, serca łomotały ze strachu jak szalone.
Hitlerowcy zablokowali całe Leszno i pobliskie przecznice. Wyobrażałam sobie, z jakim przerażeniem patrzy na to matka, siedząc przy oknie, zajęta szyciem mundurów dla morderców i katów.
Dzień był bardzo jasny, pełnia lata. Strych odarty z dachu tonął w słońcu, hordy łapaczy coraz bardziej zbliżały się do naszego domu…
A my chciałyśmy żyć!
Ciotka pospiesznie wepchnęła Halinkę, mnie i dwoje dzieci naszej sąsiadki do komórki znajdującej się w jednej z nie naruszonych ścian strychu. Mnie i Halinkę posadziła na dolnej półce, dwoje małych na górnej. Zamknęła komórkę na kłódkę i zastawiła ją jakimiś połamanymi drzwiami. Po czym zeszła z sąsiadką do mieszkania i obie schowały się wśród tobołów z pościelą, jak to było przedtem zaplanowane.
My, dzieci, siedziałyśmy z zapartym tchem. Łapacze biegali po schodach, wywalali drzwi, krzyczeli, śmiali się, strzelali… Od czasu do czasu któryś wpadał na strych, przeklinał, mijał naszą spiżarnię i szukał dalej. W pewnym momencie dwóch zatrzymało się tuż obok. Rozmawiali. Najmniejszy ruch, sapnięcie, głośniejszy oddech — i jesteśmy zgubieni.
Starałam się wcale nie oddychać. Siedzące nade mną dzieci — jedno miało cztery lata, drugie sześć — robiły siusiu, na pewno ze strachu. Mocz ściekał mi na głowę, na twarz… A ja prawie tego nie czułam. Drżałam tylko na myśl, że dzieci mogą mimo woli zdradzić kryjówkę. Rozpłakać się, na przykład, albo odkaszlnąć… Pociłam się ze zdenerwowania i od duchoty, jaka panowała w ciasnej, ciemnej spiżarce. Dwaj hitlerowcy odeszli, akcja jednak trwała nadal. Pięć godzin przesiedzieliśmy w tej komórce.
Po zapadnięciu zmierzchu ludzie nie zaczęli wyłazić ze swych nor i schowków. Czekali, aż policjanci skończą szaber w opróżnionych przez akcję mieszkaniach. Już teraz wiedzieliśmy, że akcja nas ominęła i czekaliśmy spokojnie, choć bardzo pragnęliśmy wyjść.
Ani ciotka jednak, ani sąsiadka nie zjawiły się, a czas mijał; ludzie wracali z pracy do domów. Ogarnęły nas najgorsze przeczucia; może je zabrano, może i matkę wywleczono z szopu, może nikt nie przyjdzie nas uwolnić? I co wtedy?
Komórkę otworzyła nam wreszcie moja matka; porwała nas w ramiona, całując i ściskając gwałtownie.” (s. 53-54)
JA/ONI, III B
„Mama zgubiła gdzieś zielony numerek z szopu Schultza. Całą noc przed selekcją szukałyśmy go w mieszkaniu. Na próżno.” (s.55)
JA, III C
„Wyczerpani i brudni wróciliśmy do domu przy Lesznie 64. Mieszkanie było zdewastowane, z trudem je poznaliśmy. Wszędzie widniały świeże ślady rabunku, a na podłodze wśród mnóstwa rupieci leżał, jak gdyby nigdy nic, ów zielony numerek, którego zniknięciu zawdzięczałyśmy życie…” (s. 64)
Bibliografia
– Halina Birenbaum, Nadzieja umiera ostatnia, Oświęcim 2016.


