LUBECKIEGO 6 – GĘSIA – ZAMENHOFA 19 (siedziba gminy żydowskiej) [TRASA]
Helena Szereszewska
ONI, III A (po 15 sierpnia 1942)
„Nazajutrz idąc z mężem ulicą Gęsią do Rady Żydowskiej – spotkaliśmy obok apteki inżyniera Tyllera z Łodzi. […] Nad nami błękitne niebo, pod nami asfalt ulicy Gęsiej. Przed nami i za nami-długi sznur szarych domów. Kilkanaście osób spieszyło się do pracy. Ostrożnie chodzili. Uważnie patrzyli, czy nie widać Niemców. Nasłuchiwali, czy nie słychać z daleka głuchego tupotu nóg.
Na chodniku obok Rady Żydowskiej stał radca Abraham Gepner. […]
Porozmawialiśmy z nim chwilkę i poszliśmy dalej.
Na rogu ulicy Gęsiej i Zamenhofa pod numerem dziewiętnastym stał dawny pałac magnacki. Za czasów rosyjskich było tam więzienie. W getcie – poczta żydowska. Teraz Gmina. Tutaj zasiadała Rada Żydowska.” (s. 120-121)
JA/ONI, III A (5 września 1942)
„5 września o godzinie drugiej w nocy zastukała do naszych drzwi żydowska policja. Stukali i wołali:
,,Wszystkich radców zwołujemy do Gminy na posiedzenie!”
Zabrali z naszego domu mojego męża, Wielikowskiego i Gliksberga i odprowadzili ich do Gminy. O godzinie siódmej rano wszyscy trzej wrócili do domu. Przynieśli wiadomość, że wydano rozkaz, ażeby mieszkańcy domów wraz z rodzinami udali się na teren Gminy. I to jak najprędzej.
Zrobiliśmy szybko kilka paczek. Trochę żywności. Zabrałam swoje palto zimowe. Powoli zeszliśmy ze schodów. W bramie przystanęliśmy na chwilę. Po lewej stronie w suterenie był pusty sklepik. Dnia poprzedniego Popowerowa powiedziała:
„W suterenie w sklepiku jest piwniczka. Wejście do niej zasłonięte jest starym dywanem. Może nam się kiedyś przydać”.
A może ukryć się w tej piwniczce? A może nie iść do Gminy? Nie widać było Gliksbergów. Gliksbergowie pozostali w domu.
„Chodźmy – powiedział ktoś – nie stójmy tak długo”. Poszliśmy ulicą Lubeckiego i skręciliśmy w Gęsią. Wiele osób szło za nami i przed nami. Każdy niósł walizkę, węzełek, torbę lub koszyk. Wszystkie twarze były zatroskane. Nikt nie wiedział, po co idzie i czy powróci. Niektórzy nie usłuchali rozkazu – tak samo jak Gliksbergowie – i ukryli się w piwnicach i na strychach.
A oto gmach Rady Żydowskiej. Weszliśmy do bramy. Potem na lewo na schody. Na pierwszym piętrze, przy wejściu do biura prezesa, stało zawsze dwóch policjantów niezwykle wysokiego wzrostu. Jeden nazywał się Litmanowicz; drugi – Liliental. Tego ranka tylko Litmanowicz był na stanowisku. W nocy Liliental wraz z żoną popełnił samobójstwo.
Poszliśmy na drugie piętro. Do Działu Finansowego, do pokoiku, w którym pracował mój mąż, i ustawiliśmy za jego biurkiem przyniesione rzeczy.
W podłużnym pokoju tuż obok mieszkała teraz Arianka, chora na zapalenie jelit. Leżała w wózku wyczerpana, nie reagując na nic.
Doktor Kirszenblum, który był naszym sąsiadem z ulicy Waliców, przyszedł razem z żoną. Usiedli obok nas. Uspokajał wciąż żonę:
,,Milusiu, bądź spokojna – wszystko będzie dobrze…”
Utykała na nogę. Była przedtem żoną jego brata. Kochał ją bardzo.
Trzy tysiące – tyle było numerów życia dla urzędników Gminy i ich rodzin.
Nie znaczy to jednak, że wszyscy inni musieli zginąć. Trzy tysiące numerów było zalegalizowanych. Trzy tysiące osób mogło żyć legalnie.
Inni mogli się ukryć w pustych domach; mogli się ukryć w samej Gminie w piwnicach i schowkach; mogli też uciec na stronę „aryjską”. Niejeden uszedł przez strych, gdzie w murze była dziura, można było skoczyć przez nią na rumowiska i puste place.” (s. 130-131)
Bibliografia
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.



