LUTOMIERSKA (plac za Pogotowiem Ratunkowym)

 

Arnold Mostowicz

JA/ONI, II A

„…To zdarzyło się w kwietniu, pierwszego roku ery gettowej. Getto było w tym okresie terenem licznych wystąpień głodujących mieszkańców. Na obszernym placu, który mieścił się przy ówczesnej ulicy Lutomierskiej, za pogotowiem ratunkowym odbywał się wiec zorganizowany przez resztki ugrupowań robotniczych. Miał wówczas dyżur w pogotowiu i szczegóły wydarzeń, których był świadkiem, dobrze wbiły mu się w pamięć. Czego właściwie był świadkiem? Najautentyczniejszej prowokacji, której skutki mogły być przerażające… Lokal pogotowia obrał za siedzibę swego sztabu komisarz służby porządkowej getta, niejaki Hanemann. Z siedziby pogotowia kierował akcją, która miała rozpędzić wiec. Co kilkanaście minut informował telefonicznie Rumkowskiego o sytuacji na placu – niczym Ludendorff informujący Hindenburga o przebiegu bitwy pod Tannenbergiem… Tylko że informacje Hanemanna były z kwadransa na kwadrans coraz bardziej alarmujące i, co gorsza, kłamliwe. Jako lekarz dyżurny uznał, że wykorzystywanie lokalu pogotowia przez policję gotową do tego rodzaju działalności jest niedopuszczalne, i powiedział o tym Hanemannowi, który jego protestem nie bardzo się przejął, widząc, że Hanemann i jego ludzie ani myślą opuścić lokal, zwrócił się do obecnego podczas wszystkich tych wydarzeń lekarza naczelnego pogotowia, doktora W., by ten zrobił, co do niego należy. Doktor W., nieszczęśliwy kaleka (miał jedną nogę sztuczną), obawiający się własnego cienia, nie zamierzał zadzierać z wpływowym komisarzem gettowej policji. A ten informował właśnie telefonicznie Rumkowskiego, że sytuacja na placu jest już tak groźna, iż on sam nie da rady i że konieczne jest wezwanie Gestapo.

A tymczasem wiec na placu się kończył i zebranym tam ani w głowie była jakaś poważniejsza manifestacja. Hanemann zaś, przewidując przybycie Gestapo, zamknął wyjście z placu, jak też zabarykadował prowadzące z pogotowia na plac tylne drzwi… Wielokrotnie zastanawiał się później nad motywami postępowania tego człowieka. Musiał sobie przecież Hanemann zdawać sprawę z tego, że poleje się krew, że Gestapo z przyjemnością wyrżnie paruset Żydów, by zakomunikować swojej władzy zwierzchniej i ludności niemieckiej w Łodzi, jakie to groźne niebezpieczeństwo udało się zlikwidować – bunt Żydów! A może marzyło się ambitnemu komisarzowi, że w ten sposób pozyska sobie łaski Niemców i zastąpi starca Rumkowskiego na tronie gettowym? Lub może wyobrażał sobie, że w ten sposób utrwali coś w rodzaju wspólnoty interesów obydwu policji? W każdym razie niezależnie od motywów, jakimi kierował się komisarz z żółtą gwiazdą i z opaską policji gettowej, machina prowokacji poszła w ruch. Rumkowski wezwał na pomoc Gestapo.

Tego było za wiele. Wobec milczenia doktora W., powiedział głośno, co o tym myśli, ściągnął z rękawa opaskę czerwonego krzyża (paradne czapki lekarskie otrzymali później), rzucił ją przed Hanemannem na ziemię i wyszedł z lokalu pogotowia, by powiadomić manifestujących o grożącym ze strony Gestapo niebezpieczeństwie. Zresztą cel swój osiągnął. Ludzie znajdujący się na placu rozbiegli się na wszystkie strony, przeskakując przez okalający plac mur i siłą przepychając się tylnymi drzwiami pogotowia na ulicę. Kiedy po paru minutach ciężarówka z kilkudziesięcioma uzbrojonymi esesmanami przybyła na Lutomierską, plac był pusty.” (s. 153-155)

Bibliografia

– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.