MIŁA 3 / NALEWKI 49 (BUNKIER)

 

Halina Birenbaum

JA/ONI, IV B (kwiecień 1943)

„Kiedy coraz uporczywiej zaczęto powtarzać, że zapowiadana likwidacja warszawskiego getta nastąpi nieodwołalnie na wiosnę, matka postarała się dla nas wszystkich o miejsce w bunkrze przy ulicy Miłej nr 3, płacąc za nie dolarami (sprzedawaliśmy część żywności znoszonej z aryjskiej strony przez braci). Był on zbudowany pod piwnicą i zaopatrzony w rozmaite urządzenia, w pompę, elektryczność, wentylatory, kilkupiętrowe prycze i szafy ścienne na zapasy żywności. Wszystkie te instalacje świadczyły, iż nie jest to kryjówka tymczasowa na wypadek jednej czy paru akcji, które trzeba przeczekać.

Schron znajdował się pod ruinami domu nr 49 przy Nalewkach, zbombardowanego we wrześniu 1939 roku; wchodziło się do niego przez piwnicę domu nr 3 przy ulicy Miłej i przez wykop. Mógł on pomieścić kilkadziesiąt osób. Jak w każdym bunkrze była tam już w owym czasie broń.” (s. 73-74)

JA, V (18/19 kwietnia 1943)

„Ostatni w Warszawie Seder Pesach spędziliśmy w bunkrze. Późnym wieczorem zapukali do naszych drzwi jacyś obcy mężczyźni z warty nocnej i wyjaśnili krótko, że liczne oddziały hitlerowskie okrążają ze wszystkich stron getto; dostaliśmy rozkaz natychmiastowego ukrycia się w schronie. Prowadzeni labiryntem różnych tajnych przejść (trudno się w nich było zorientować i sami drugi raz nie umielibyśmy tam trafić) dotarliśmy wreszcie do bunkra. Myślałam, że za parę godzin, kiedy skończy się akcja, znów wrócimy do mieszkania.

Około dwustu osób leżało tu stłoczonych na niskich narach. Z trudem znaleźliśmy trochę miejsca: matka i ja — osobno, Hela i Chilek osobno, nieco bliżej nas — Halina. Duszno i ciasno. Zapach wilgoci i stęchlizny jak w każdej piwnicy, zaduch, mrok i nastrój zdenerwowania. Od samego początku zeszło się tu więcej ludzi, niż to było przewidziane.” (s. 75)

JA/ONI, V

„Od samego początku zeszło się tu więcej ludzi, niż to było przewidziane. W ciągu następnych dni napływali wciąż nowi, zagrożeni z innych kryjówek i z palących się domów. Robiło się coraz tłoczniej i duszniej. Gdy ktoś szedł po wodę do kranu lub do ustępu, potrącał innych, wpadał po ciemku na sąsiadów. Ani na chwilę nie ustawały sprzeczki i kłótnie, zatargi o byle głupstwo, obelgi i wyzwiska. Ludzie tracili panowanie nad sobą, byli wymęczeni brakiem świeżego powietrza i najprymitywniejszych wygód, zadręczani ciągłym strachem i niepewnością. Bunkier przeistaczał się w istne piekło!

Mijał tydzień za tygodniem, a my wciąż leżeliśmy w tym podziemiu, nie odróżniając dnia od nocy. Dokuczał nam głód — nasza żywność została przecież na Nowolipiu. Zabraliśmy z sobą tylko trochę cukru w kostkach i parę kilogramów marmolady w puszce. Kilka razy na dobę matka dawała każdemu z nas po kostce cukru i po jednej czy po dwie łyżki marmolady oraz trochę wody do picia — w ten sposób ratowaliśmy się od śmierci głodowej w ciągu trzech tygodni. Choć szafy tego bunkra pełne były sucharów, przeróżnego pieczywa i rozmaitych konserw, nikt nie proponował nam pomocy. Nie wiadomo było, na jak długo te zapasy muszą starczyć, i dlatego właściciele oszczędzali ich nawet dla siebie i dla swoich najbliższych. A my byliśmy tu zupełnie obcy.

W bunkrze znaleźli się jednak i tacy, którzy mając własnej żywności pod dostatkiem, opuszczali nocami bunkier, żeby szabrować produkty w innych schronach, skąd hitlerowcy zabrali już ludzi na stracenie. Było im wiecznie wszystkiego mało, w swej zachłanności nie zważali na ryzyko wypraw nocnych. Te wyprawy nieraz kończyły się dla szabrowników tragicznie, a często ściągały nieszczęście na schrony, bo wprowadzały na ich ślad Niemców, denuncjatorów i szpiegów.

Nieraz mdlałam z głodu. Matka dawała mi wtedy nadprogramową porcję marmolady lub cukru, ale to niewiele pomagało… Z nary schodziłam tylko wówczas, gdy musiałam iść do ubikacji. Wlokłam się tam z trudem, kręciło mi się w głowie, nie mogłam utrzymać się na nogach. Prawie cały czas drzemałam na skutek osłabienia, gorąca i zaduchu.

Czasami jednak rozmawiałam z matką o naszej sytuacji, o szansach ocalenia, o tym, co przypuszczalnie dzieje się z Markiem, ze znajomymi w innych schronach, na innych ulicach, o zachowaniu się naszych współtowarzyszy w bunkrze. Pogoda ducha i nadzieja nie opuszczały mojej matki. Starała się nas i wszystkich dokoła przekonać, że nie ma jeszcze powodu, aby tracić wiarę w życie. Budziła mnie ciągle z drzemki i wpółomdlenia. Patrzyłam wtedy z coraz bardziej rosnącą zazdrością na ludzi z sąsiednich prycz, którzy zawsze mieli co jeść! Jeść! Z żalem i goryczą przypominałam sobie, jak matka broniła zapasów żywności na Nowolipiu, w obawie, że zabraknie ich w krytycznej chwili… A tymczasem wszystkie te cudowne rzeczy przepadły! Głośno nie mówiłam o tym nigdy. Nie chciałam matce robić przykrości. Wiedziałam, że i tak gryzie się tym wszystkim, że zadręcza się myślą o Marku.

Z resztą rodziny, z Chilkiem, Helą i Haliną, rozmawiałyśmy bardzo mało i rzadko; byłyśmy daleko od nich, a częste wędrówki po bunkrze były niemożliwe z powodu ciasnoty i braku sił.” (s. 75-77)

„Pod koniec trzeciego tygodnia bunkier nasz wypełnił się do granic możliwości. Leżeliśmy na narach w zupełnym mroku, bo zewnętrzny kabel elektryczny i zapasowe baterie zostały już dawno przepalone. Świece zaś gasły z powodu braku tlenu w powietrzu… Oddychaliśmy ciężko i głośno, pocąc się, sapiąc jak stare, zepsute lokomotywy. Co chwila ktoś mdlał. Najsilniejsi, którzy jeszcze mogli się poruszać, moczyli w wodzie prześcieradła i ręczniki, powiewali nimi, rozwieszali je wokół nar dla ochłody. Z każdą godziną sytuacja pogarszała się, tym bardziej że przez wszystkie szczeliny schronu wdzierały się do wnętrza gryzący dym i żar płonących nad nami domów; przybywało też uciekinierów z innych kryjówek.

Nawet kłótnie ustały; nikt nie miał na nie sił… Ludzie padali jak muchy. A jednak wzrastała wśród tych męczarni solidarność, wzajemne zrozumienie i współczucie. Nie trzeba już było nawoływać o ciszę w obawie, by nie wytropili nas esesmani, ani zbyt długo prosić o pomoc sąsiedzką. Ratowano się wzajem, dzielono się nawet ostatnią kroplą lekarstwa! Bez względu na to, czy ktoś był swój czy obcy, znajomy czy nieznajomy, biedny czy bogaty. Zniknęły między nami różnice. Wspólny i tragiczny los zjednoczył w końcu ludzi w jedną wielką rodzinę. Chociaż życie w bunkrze było katorgą, nikt nie myślał o dobrowolnym opuszczeniu go i zdaniu się na łaskę morderców.” (s. 78-79)

„Wreszcie jednak wykryli i nas.

Zaczęli dobijać się, odwalać zapory osłaniające wejście do bunkra. Zapór tych było dużo i usuwanie ich trwało kilka godzin. Zdradził nas jeden ze schwytanych szabrowników. Dokładnie określił esesmanom położenie schronu.

W milczeniu, świadomi klęski, lecz zdecydowani nie wpuszczać wrogów, słuchaliśmy, jak padają jedna za drugą zapory tamujące dostęp do schronu. W końcu udało im się to i zaczęli łomotać do drzwi piwnicy, wrzeszcząc, odgrażając się, obiecując nagrodę, jeśli im otworzymy. Z początku, gdy odgłosy dobijania się były niewyraźne, dalekie, myśleliśmy, że może się to nam tylko zdaje wskutek przewrażliwienia i strachu. Potem, gdy już doszły nas wściekłe ryki niemieckie, zrozumieliśmy, że zbliża się chwila ostateczna, że nie ma przed nią ucieczki.

Byłam tak zamroczona głodem i czadem, który wdzierał się przez nieszczelny wietrznik, że nie od razu zdałam sobie sprawę z katastrofy. Leżałam, ociekając potem, prawie zupełnie rozebrana, w jakimś dziwnym półśnie, z którego matka starała się mnie siłą wyrwać. „Nie śpij — powtarzała, szarpiąc mnie raz po raz — nie wolno spać, trzeba ubierać się, przygotować do wyjścia! Nie słyszysz, że stukają? Nie śpij, mówię, obudź się! Na chwilę otwierałam oczy i znów zapadałam w sen, jak pod narkozą. Słowa mamy nie docierały do mnie. Dopiero przeraźliwy huk zwrócił mi przytomność. Esesmani wycelowali granatem w klapę zamykającą z zewnątrz otwór wietrznika w suficie (klapy tej nie otwierano do ostatniej chwili, mimo, że dusiliśmy się już prawie z braku dopływu powietrza; baliśmy się nie tylko tego, że przedostanie się do środka dym z pogorzelisk). Wybuchający granat nikogo na szczęście nie zranił. Z sufitu spłynęło nareszcie powietrze i światło dzienne, nie oglądane od trzech tygodni, od tej wielkanocnej nocy sederowej, kiedy zeszliśmy w podziemie. Ale zaraz potem spuszczono przez otwór długą drabinę; jeden po drugim zaczęli po niej schodzić nasi kaci w zielonych mundurach…

W piwnicy starali się nas traktować „łagodnie”, zapewniając sobie w ten sposób bezpieczeństwo. Zachęcali nas „uprzejmie” do skorzystania z drabiny: nic złego nam przecież nie grozi, najwyżej wyślą nas do innej miejscowości, gdzie będziemy pracować. Musimy tylko wypełnić skrupulatnie ich zalecenia i czym prędzej opuścić bunkier! Pomagali nawet słabszym wspinać się po drabinie. Niezależnie od tego, co wiedzieliśmy o nich, od tego, co nas dotychczas spotkało z ich strony, te „dobrotliwe perswazje” działały na ludzi uspokajająco. Niektórzy ulegali złudzeniu, że może jednak zaszły jakieś zmiany w planach hitlerowskich, że może istotnie tej resztce złapanych Żydów pozwolą żyć…” (s. 79-80)

Bibliografia

– Halina Birenbaum, Nadzieja umiera ostatnia, Oświęcim 2016.