MIŁA – ZAMENHOFA – GĘSIA – SMOCZA [OBSZAR – TEREN KOTŁA NA MIŁEJ]
Adina Blady-Szwajger
JA/ONI, III A
„A w ogóle to było tak, że jak rano obudziłam się na Pawiej, w „domu”, bo to był wtedy nasz „dom”, to powiedziano nam, że wszyscy Żydzi z getta mają się zebrać w czworobok ulic – Miła, Zamenhofa, Gęsia, Smocza – i my też mamy iść. Wtedy dr Margolisowa i ja powiedziałyśmy, że idziemy do szpitala.” (s. 95)
JA/ONI, III A
„- A do kotła przyszliśmy 4 września. I dwa dni byliśmy w kotle.
– 4 czy 6 września?
– Najpierw były blokady ulic, a potem kocioł. Później były pojedyncze łapanki. Żandarmi brali po pięciu Żydów. I akcja zakończyła się ósmego.
– Czyli kocioł trwał…
– Od czwartego do ósmego. Z tym, że Marek [Marek Edelman – dop. AKR] pisze od szóstego, bo myśmy tam doszli prawdopodobnie szóstego. Od czwartego na pewno!” (Tak naprawdę…, s. 157)
„- Do kotła na Miłej poszliście już z numerkami. Ja o tym piszę – kiedy kazano nam pójść do kotła, my poszliśmy do szpitala. I tam się okazało, że szpital dostał ileś numerków i Naczelna [Anna Braude-Hellerowa – dop. AKR] musi je rozdzielić po prostu…. Wtedy wszystkie szpitale były już na Umschlagu, wszystkich chorych tam przywieźli, personel był razem z chorymi… I myśmy wyszli z tego szpitala do kotła już z numerkami. Ci, którzy mieli numerki – wyszli, a reszta pojechała…
– Ile osób pojechało?
– Kazali zostawić pięćdziesięciu lekarzy. Inni poszli prosto do kotła, nie wiem ilu…
– Tych pięćdziesięciu lekarzy to lekarze ze wszystkich szpitali, bez numerków?
– Tak, na Umschlag…
– Czy wszyscy lekarze, pielęgniarki, którzy poszli do kotła, mieli numerki?
– Nie. Większość miała, ale byli też między nami „dzicy”. A w ogóle z kotła wychodziło się, albo nie, niezależnie od numerków. Oni po prostu odliczali i pewnym momencie powiedzieli – koniec… I dużo ludzi z numerkami pojechało.” (Tak naprawdę…, s. 157)
„- Czy mogłaby pani opowiedzieć coś o tych dniach w kotle?
– […] Siedzimy gdzieś…
– W budynku czy na ulicy?
– Chyba w jakimś budynku, siedzimy na podłodze… To bardzo zabawne, ale gdy wychodziłam ze szpitala, to w jakiś sposób zabrałam pół litra spirytusu. Jak to zrobiłam? Wiem, że piliśmy ten spirytus. Czy coś w ogóle jeśliśmy? Zupełnie nie pamiętam, chyba nie. […] Gdzieś spaliśmy tam, też na tej podłodze. Wiem, że jakieś krzyki były. I potem spędzili nas na jakąś ulicę i tam staliśmy strasznie długo. Wie pani, to było coś takiego jak apele obozowe. To wszystko się dzieje latem, więc to nie jest takie straszne. Staliśmy tam w czwórkach. Zaraz. Jak żebyśmy wychodzili z tego budynku, to staraliśmy się trzymać razem. Wiem, że Hela Keilson miała wtedy chorą nogę, więc cały czas trzymałam ją za rękę. I Stasię [Rywka Rozensztajn – dop. AKR] trzymała za rękę. I staliśmy. Niemcy krzyczeli. Gdzieś tam ktoś strzelał, oczywiście. Zawsze były jakieś krzyki i strzały. Tam nie było bramy, to było coś takiego jak szlaban. I tam stali Niemcy. W pewnym momencie myśmy ruszyli, a oni liczyli… te czwórki. I zaraz po nas był krzyk „Halt!”. Marek [Marek Edelman – dop. AKR] był z nami – on chyba w ostatniej czy przedostatniej czwórce.
– I trzeba było pokazywać numerki?
– Nie.
– A „dzicy” byli między wami?
– Byli. Na przykład Stasia [Rywka Rozensztajn – dop. AKR], żona Welwła [Welwł Rozowski – dop. AKR]. Cały czas trzymałam ją za rękę. I już. Tyle pamiętam z tego. Właściwie nic się nie działo. W jakiejś piwnicy siedzieliśmy i czekaliśmy – głodni, brudni, trochę zimno było, bo noc. To wszystko.
– A strach?
– Nie, nie wiem. Chyba się trochę baliśmy, gdy przechodziliśmy koło Niemców. Bo „dzicy” byli między nami. A oni po prostu liczyli. I nagle zorientowaliśmy się, że zostali ludzie z numerkami.
– Czy ktoś ze szpitala z numerkiem został?
– O tak, dużo ludzi zostało. Wie pani, potem różnie było. Niektórzy w jakieś sposób się stamtąd wydostawali,. Myśmy potem swoje numerki sanitarką wysyłali do szpitala.
– Do którego szpitala?
– Na Umschlag, bo szpital wywieźli dopiero po kilku dniach.” (Tak naprawdę…, s. 158-159)
Irena Birnbaum
JA/ONI, III B
„Tłum nie mieścił się na Miłej, zalegał kilka sąsiednich ulic: Niską, Ostrowską, Wołyńską. Hitlerowcy okrążyli przecznice, tworząc tak zwany kocioł.
Wydostać się stąd sądzone było tylko nielicznym… Chwytano się więc najdramatyczniejszych sposobów, różnych wybiegów, najbardziej desperackich pomysłów. Usypiano proszkami i zastrzykami malutkie dzieci, chowano je do walizek bądź plecaków, aby je przeszmuglować jakoś pod bacznym okiem komisji. Bywało także, iż porzucano niemowlęta… Wiele osób modliło się żarliwie o ocalenie, jedni pytali drugich, co robić, dokąd uciec, jak się uczesać, umalować lub ubrać, żeby wyglądać najkorzystniej, żeby przejść przez selekcję.” (s. 56)
„Tragedii, jaką niosła z sobą ta sławna, wielka selekcja na Miłej — pierwsza tego rodzaju selekcja, podczas której „wytypowano” do Treblinki 100 tysięcy Żydów warszawskich — nie da się opisać. Jakich słów użyć, aby odmalować szał matek, którym tu odbierano dzieci, cierpienia rozłączonych rodzin, bezradność ludzką i niczym nie ujarzmioną chęć życia?” s. 56
„Objęte kotłem ulice blokowano w ciągu dwóch tygodni, przeprowadzając czystkę. Przeszukiwano skrupulatnie wszystkie kąty, używając do tego aparatów podsłuchowych, psów i korzystając z usług różnych denuncjatorów spośród Żydów. Nieraz chwytali się hitlerowcy dziwnych podstępów: wieczorem po akcji rozlegały się żydowskie melodie, tradycyjne pieśni, aby wywabić ludzi z kryjówki…” (s. 60)
Bibliografia
– Adina Blady-Szwajger, I nic więcej nie pamiętam, Warszawa 2010.
– Tak naprawdę – w 1942 roku wyszłam z domu i nigdy do niego nie powróciłam. Rozmowa z Adiną Blady Szwajgier [w:] A. Grupińska, Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, Wołowiec 2013.
– Irena Birnbaum, Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego, Warszawa 1982.



