MILANÓWEK
Adina Blady-Szwajger
JA/ONI, VI C
„W mieszkaniu w Grodzisku było nas teraz dziesięć osób. Z tego trzy osoby „jawne” – reszta w ukryciu. Z żandarmami na dole my troje nawiązaliśmy przyjazne stosunki. Do tego stopnia, że… zaprosili nas na sylwestra. …Pod latarnią najciemniej. Więc byli już Marek [Marek Edelman –dop. AKR] i Antek [Antek Cukierman – dop. AKR], byli – poza naszym mieszkaniem – gdzieś w Milanówku, Pruszkowie, Brwinowie inni jeszcze ludzie z Komisji Koordynacyjnej Żydów.” (s. 283)
Antoni Marianowicz
JA/ONI, IV
„W momencie szczególnie trudnym zdecydowaliśmy się odpowiedzieć na ogłoszenie wyczytane na słupie w Podkowie, a może raczej w Milanówku. Pojechaliśmy obejrzeć ten pokój do wynajęcia. Domek był skromny, ale z wygodami, też w pobliżu lasu, a pokój miał to do siebie, że drzwi zastępowała ciężka kotara. Ale widać było, że mieszkają tam ludzie kulturalni, wisiały jakieś przyzwoite obrazy, każdy miał szczotkę do zębów, tyle że czuć było biedę – normalną, okupacyjną biedę. […]
Wynajęliśmy ten pokój bez drzwi i przemieszkaliśmy w bardzo oficjalnych i suchych stosunkach z właścicielką, przy wyraźnie określonych prawach korzystania z łazienki i kuchni jakieś dwa tygodnie. […] Któregoś dnia wieczorem, około pół do ósmej – a o ósmej wypadała godzina policyjna, nagle rozsunęła się ta kotara, weszła baba i powiedziała: „Proszę natychmiast opuścić mój dom. Państwo jesteście Żydami”. Było to dość dziwaczne, ale mogła się zorientować, bo za tą kotarą wymienialiśmy jakieś szepty i mogliśmy się czymś zdradzić. Oczywiście powiedzieliśmy, że nie – co było zgodne z rzeczywistością, ale chętnie się wyprowadzimy. Z tym, że prosimy, aby pozwoliła nam przenocować, bo przecież zaraz jest godzina policyjna. Ryzyko było duże – znaleźć się w nocy na ulicy, taszcząc jakieś rzeczy. Ale baba mówi, że wykluczone – mamy natychmiast spakować się wynosić, żeby nie zostało po nas śladu. […]
Ja na odchodnym mówię jeszcze: „Nawet zakładając, że jesteśmy Żydami, przecież dokumenty mamy w porządku i jedna noc nie powinna zrobić różnicy. Dlaczego pani nas nie może zatrzymać do rana?”. – „Nie, bo nie” – mówi baba – „proszę odejść”. Wtedy pobiegł za mną pies i ugryzł mnie w udo. Zapadał zmrok, był pewno wrzesień, siąpił deszcz, a my weszliśmy w tę ciemną noc z moją broczącą raną. […]
Idziemy więc w noc, krew cieknie mi po norze, wleczemy walizki, matka płacze, jest bardzo późno, może za dziesięć ósma, jeszcze jacyś ludzie się przemykają, ale kolejka już nie jeździ, koniec. Mówię, że trzeba postawić bagaże gdzieś w lesie i przesiedzieć do rana – może nas nie znajdą.
I wtedy naprzeciw nas pojawia się staruszka, niewątpliwie z bajki. Spogląda na nas, a matka tknięta impulsem pyta, szlochając: „Czy pani by nie mogła nas przenocować u siebie?”. Na co staruszka mówi ochoczo: „Tak, oczywiście, proszę bardzo”. […]
Są dwie izdebki, bardzo czyste, na ścianach wisi pełno obrazków, bardzo naiwnych, autorstwa gospodyni. Babcia parzy karmelową herbatę, częstuje nas kraszonymi kartoflami, ściele dla mnie łóźko, matka robi okład, bo rana była bardzo przykra. Kładę się do łóźka, świeci jakaś karbidówka, patrzę, a na stoliku obok leży coś dziwnego, też w konwencji bajkowej. Najpiękniejszy, jaki widziałem w życiu, katalog Luwru – luksusowa, oprawna w safian, droga jak diabli edycja z olśniewającymi reprodukcjami arcydzieł. Oglądałem je do rana.
Matka wcisnęła nazajutrz jakąś większą sumę staruszce, choć ta się wzbraniała i poszliśmy dalej w świat, walczyć o przetrwanie”. (s. 97 – 100)
Bibliografia
– Adina Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Warszawa 2010.
– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.



