MOKOTÓW
Adina Blady-Szwajger
JA/ONI, IV B
„Stefana [Stefan Szpigielman – dop. AKR], mego męża, umieściłam u jarzyniarki na Mokotowie w piwnicy.” (s. 147)
JA/ONI, VI A
„Moje „sprawy osobiste” – Stefan [Stefan Szpigielman – dop. AKR], – ukryte były w piwnicy zieleniarki na Mokotowie. Tam była woda. Ona tam miała swoje zapasy warzyw, więc przychodziła co dzień niby po towar, a naprawdę przynosiła mu coś do jedzenia i wynosiła wiadro. I w tym czasie on mógł w skarpetkach chodzić po mieszkaniu, bo poza tym przez cały czas leżał w łóżku. A ja przychodziłam z nią co drugi dzień, niby coś kupić i wtedy rozmawialiśmy cicho, a ona mówiła głośno. I on z początku miał nadzieję, a potem już nie mógł więcej, więc jak była ta okazja z „Hotelem Polskim”, zdecydował, że jedzie. „Albo rybka, albo…” – powiedział, a ja nie mogłam mu ani poradzić, ani odradzić, i tak się skończyła moja pierwsza miłość i pierwsze małżeństwo.” (s. 185)
„Ala [Alina Margolis – dop. AKR] i Zosia [Renia Frydman – dop. AKR] pracowały jako pomoce domowe w willi na Mokotowie. Ich chlebodawcy wiedzieli tylko, że są to dwie dziewczyny z kulturalnych domów, wyrzucone z Reichu. Traktowane były jak członkowie rodziny, jadały razem z gospodarzami i wysłuchiwały bezustannych wymyślali na Żydów, którzy nie wahają się narażać porządnych ludzi na zgubę. Była to rodzina „patriotyczna” i endecka, najgorsze kołtuństwo, jakie można sobie wyobrazić.
Przychodziłam do tego domu do dziewcząt, nie wzbudziłam nigdy najmniejszego podejrzenia.
Utrzymywali się z wyrobu wafli kajmakowych, więc potrzebowali pomocy dziewcząt, które produkowały kajmak razem z panią domu, a następnie rozwoziły po odbiorcach – cukierniach i sklepikach ze słodyczami.
Im właśnie powiedziano o mnie tyle, ile trzeba, żeby zapałali chęcią spełnienia patriotycznego obowiązku – pomocy łączniczce AK, która znalazła się w niebezpieczeństwie. Wprowadziłam się do Ali i Zosi – miały własny pokój w suterenie – i w ciągu trzech tygodni przeżyłam nieprawdopodobny urlop! Żadnych obowiązków, żadnych spotkań i żadnych wiadomości o ewentualnych wpadkach czy kłopotach. Nie wychodząc prawie z domu (tylko do pobliskiego sklepiku, i to wieczorem) zajmowałam się pomocą dziewczętom w sprzątaniu, uczyłam się smażyć kotlety i dusić klopsiki dla licznej rodziny państwa N., a poza tym pomagałam w produkcji kajmaku – ohydnej, lepkiej masy z cukru i mleka z dodatkiem chyba wanilii? kumaryny?
Trzeba było to świństwo gotować, mieszając godzinami, potem cedzić przez sito i wreszcie rozsmarowywać na waflach i układać pod prasę. Coś z tego mi pozostało – niechęć do kajmakowych ciastek i szacunek dla ciężkiej pracy cukierników. Zwłaszcza tego dnia, kiedy Marysia, która mnie czasem odwiedzała, wdepnęła „obunóż” w całodzienną gotową produkcję!! Trzeba było w popłochu odkupić „surowiec” i stanąć po raz drugi do parogodzinnej pracy.
A jednak był to prawdziwy urlop. Było też bolesne zetknięcie z kołtuństwem i przesądami nibyinteligencji – już nie marginesu.
Taki krótki urlop.” (s. 215-216)
„Byli jeszcze dwaj chłopcy, którzy spędzili lato 43 r. w ziemiance w ogrodzie zrujnowanej willi na Mokotowie. Późną jesienią czy z początkiem zimy ktoś nas o nich zawiadomił. Przychodzili do jakichś’ ludzi na Mokotowie, którzy dawali im jeść.
Poszłyśmy tam. To było w okresie świąt, w domu stała choinka do sufitu.
Dzieci nie było. Prosiłyśmy, żeby je zawiadomić, jak przyjdą, że przyjdziemy po nie za dwa dni wieczorem. Przyszłyśmy. Stałyśmy na tej małej, ciemnej uliczce i nagle ktoś rzucił snop światła z latarki. Przerażone cofnęłyśmy się w cień i usłyszałyśmy dziecinne głosy: – To my, proszę się nie bać.
Dwie malutkie figurki, czarne na białym śniegu, dwóch obdartusów i latarka.” (s. 230)
„Chłopcy przeżyli wojnę. Wyjechali za granicę. Ale przedtem napisali pamiętnik. Nie wiem, co się z nim stało. Pisali o tym, jak przeżyli prawie cały rok w ziemiance na Mokotowie dożywiani przez mieszkańców okolicznych willi. Było im zimno i głodno, trochę się bali, ale najważniejsze w ich opowiadaniu było coś zupełnie innego. Hulajnoga. Hulajnoga, którą znaleźli na śmietniku i doprowadzili do stanu użyteczności za pomocą kawałków drutu i sznurka. Jeździli na niej po uliczkach Mokotowa, zapominając o ostrożności, aż znalazł się ktoś, kto doniósł: „…Żydzi jeżdżą po ulicach i zakłócają spokój”. Więc przyszli żandarmi. A chłopcy uciekali na hulajnodze. I wtedy kiedy myśleli, że już koniec z nimi, stanęła na ich drodze przekupka ze straganem jabłek. Kiedy przebiegli koło niej, przewróciła stragan pod nogi żandarma. Jabłka się posypały, a baba zaczęła rozpaczać i lamentować.
Żandarm wściekły zamierzył się na kobietę pejczem, ale jakoś się wywinęła. A chłopcy zdąży li do swojej kryjówki. Tak się stało, że Niemcom nie chciało się łazić po ciemnych uliczkach Mokotowa. Trzy dni dzieci przesiedziały w ziemiance bez jedzenia i picia. Dopiero po trzech dniach od-ważyły się wieczorem pójść na żebry. Po jeszcze kilku dniach zostały przez nas zabrane. Pamiętnik kończył się słowami: „Te panie zaprowadziły nas w dobre miejsce i tu nam jest dobrze, ale szkoda nam hulajnogi, bo już jej na pewno nie znajdziemy”.” (s. 231-232)
Bibliografia
– Adina Blady-Szwajger, I nic więcej nie pamiętam, Warszawa 2010.



