RASZYŃSKA (poza gettem)
Antoni Marianowicz
JA/ONI, IV B
„Leżałem na ziemi – po drodze do obozu – była to ulica Raszyńska, przed domem zajmowanym przez niemieckie wojsko. Tam, wypędzeni z Filtrowej, leżeliśmy pokotem na ziemi, a nad głowami gwizdały kule. […] chyba to było 9 sierpnia 1944 roku. Sytuacja niezwykle dramatyczna. Pamiętam, że zdjąłem z ręki piękny, złoty zegarek po ojcu, który dałem matce, i powiedziałem jej, że czuję, iż nie wyjdę cało z tej opresji. Zegarek kazałem dać Helence, mojej późniejszej żonie, w której byłem wtedy bardzo zakochany. O dziwo, matka, która nigdy nie była partnerem do takich patetycznych rozmów, wzięła ten zegarek. Wtedy zauważyłem, że zza sztachet gapią się na nas Niemcy. Na ogrodzenie wdrapał się zupełnie młody człowiek w mundurze, chyba mój rówieśnik. Ja patrzę na niego, a on intensywnie wpatruje się we mnie. Schodzi i po chwili rzuca coś w moim kierunku – butelkę wody. Oczywiście, że ta woda nie była i w tym momencie specjalnie potrzebna, ale był to jeden z tych gestów, które po wojnie człowiekowi nie pozwalały wpaść w nacjonalistyczny, szowinistyczny obłęd. Ten gest – w takiej strasznej sytuacji – mówił jednak, że Niemcy to nie zwierzęta, a tylko zdeprawowani ludzie”. (s.101-102)
Bibliografia
– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.



