STAWKI 24
Mietek Pachter
JA, V
„Wstajemy w pozycji gotowi do walki, rewolwery są naładowane, ręka ustawiona do strzału, broń drżała. Tak stoimy chwilę w bezruchu, gdy oczom naszym ukazuje się kilka sylwetek ludzkich. Poznajemy w nich „imigrantów”, czyli ludzi dążących do jakiegoś miejsca, z pewnej przyczyny. Przyczyna może być, że wykryli ich schron i teraz szukają miejsca, by skryć się, uniknęli śmierci cudem. Mogą być też inne przyczyny. Zatrzymujemy ich, by dowiedzieć się, co za jedni i dokąd idą. Ludzie ci drgnęli niespokojnie na nasz widok, ale od razu się przekonali, kim jesteśmy, i byli szczęśliwi, że nas spotkali, spodziewają się pomocy od nas. Dowiadujemy się, że ich schron został spalony, obecnie idą, by ulokować się u swoich znajomych, którzy im na pewno „gościny” nie odmówią.
Były między nimi dwie kobiety, dwaj mężczyźni i jeden wyrostek. Na plecach nieśli tobołki, dość małe. Twarze ich były sczerniałe od dymu i w ogóle [od] ich przeżyć. Postanowiliśmy ich doprowadzić do Transavii [ul. Stawki 24], dokąd podążali. Pochód uformował się w ten sposób, że nasza piątka szła naprzód, druga prowadziła tą małą karawanę, pomagając w noszeniu paczek. Ci ludzie byli godni pożałowania, udzieliliśmy im pomocy z całego serca. Dotarliśmy do miejsca, gdzie zostali ulokowani, a my udaliśmy się dalej szukać szczęścia, które w ghecie było w skąpej mierze.” (s. 348)
„My siedzimy nadal na gruzach. Coś nas trapi, sami nie wiemy co. Nikt nie stara się przerwać ciszy. Nagle rozlegają się liczne strzały. Wstajemy, nasłuchując: one pochodzą z okolic Transavii [ul. Stawki 24], tamtędy udali się nasi chłopcy. Nie namyślamy się zbyt długo. Jest nas czterech, mamy broń krótką, naboi niewiele, jednak trzeba się tam udać natychmiast, bo może nasi chłopcy potrzebują naszej pomocy. Przechodzimy szybko przez otwór w parkanie i w pozycji pochylonej przedzieramy się w kierunku, skąd pochodzą strzały. Musimy być ostrożni, by też nie wpaść, bo niemcy dobrze wiedzą, że podczas takich potyczek najczęściej przychodzi pomoc. Jesteśmy już w takim miejscu, gdzie można być niewidzialnym, a zarazem obserwować ten kierunek. Strzały z automatów, czyli na pewno pochodzą od niemców, rozlegają się na całej długości Transavii, czyli po drugiej stronie. Widocznie znowu urządzili zasadzkę, a nasi chłopcy wpadli w te podstępne sidła. By przyjść z pomocą naszym chłopcom, trzeba by było przejść przez drogę i zajść z tyłu. To zajęłoby dużo czasu, a tu każda chwila była zbyt droga. Ponadto było utrudnione zaskoczenie, bo niemcy nie byli w jednym miejscu – byli na całej długości, to stwierdziliśmy na podstawie strzałów. Przejść przez drogę jest niebezpiecznie, bo oni nas na pewno zobaczą, a wtedy cały wysiłek nasz będzie zbyteczny. O tym wszystkim namyślamy się, podążając w kierunku Transavii.
Nagle widzimy skuloną sylwetkę, która się przedziera przez ten ogień, na nasz widok staje. My rozumiemy, że to może być jeden z naszych chłopców. Dajemy mu znak, by się schował, a my dojdziemy już do niego. Pytamy się go, jak sprawy stoją i jak można przyjść z pomocą. Odpowiada, byśmy nie byli szaleni. Wszyscy nasi towarzysze padli, on jeden ocalał.” (s. 390-391)
Bibliografia
– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.



