STAWKI 4 (UMSCHLAGPLATZ)
Henryk Bryskier
ONI, II
„Po uzyskaniu przychylnej decyzji Urzędu Transferu, dostawca nie mógł wprost dostarczyć towaru swojemu żyd.[owskiemu] odbiorcy, lecz musiał towar zawieźć na tzw. Stację Przeładunkową Urzędu Transferu przy ul. Stawki 4. Tam składano towar do magazynu, mającego wylot na stronę żydowską. Niemiecki urzędnik sprawdzał formalność i zgodność dokumentów dostawy z odpisami Urzędu, a po przyjęciu z rąk polskich, personel żydowski wydawał towar na rampę po stronie żydowskiej […]. Podobna manipulacja odbywała się również przy ładunkach wagonowych, co było możliwe dzięki własnej bocznicy kolejowej. Transporty przemysłu żydowskiego przechodziły takie same koleje, lecz w kierunku odwrotnym. Niemiecki i polskie firmy pozostawione w granicach murów, pracujące dla potrzeb wojska, miały prawo sprowadzania i wywożenia towarów przy zachowaniu pewnych formalności bezpośrednio przez wyloty z ominięciem stacji przeładunkowej. Natomiast wszystkie formy pracujące dla wojska przy pomocy rąk żydowskich przy szyciu i naprawie mundurów, bielizny, chlebaków, plecaków itp. części ekwipunku wojskowego z miękkich materiałów, nie wykluczając futer, musiały swoje transporty kierować do dezynsekcji w specjalnie na ten cel wybudowanej odkażalni na Placu Przeładunkowym, skąd dalej transportowano na wyżej opisanej drodze.” (s. 54-55)
ONI, III A
„Poza tym, nie zawsze były podstawione pociągi, wówczas cała masa ludzka była zapędzana do gmachu miejskiego, przylegającego do placu przeładunkowego przy ul. Stawki 4, a funkcjonariusze Służby Porządkowej, gorliwie uwijający się przy wysyłce, przemycali szereg osób z powrotem do szopów, pobierając za tę ‘obywatelską’ czynność po kilka tysięcy złotych od ‘łebka’.” (s. 199)
Mary Berg
ONI; IIIA
22.VII.42’: „Zeszłego wieczoru niemieckie władze poinformowały Gminę Żydowską, że wszyscy mieszkańcy getta zostaną przewiezieni na wschód. Pozwolono zabrać tylko po dwadzieścia kilogramów bagażu na osobę; całe pozostałe mienie zostanie skonfiskowane. Każdy musi zabrać zaopatrzenie na trzy dni. Deportacja miała się zacząć dzisiaj o jedenastej rano. Z rozkazu są zwolnieni tylko Żydzi zatrudnieni w niemieckich fabrykach i warsztatach w getcie, a także pracownicy różnych instytucji. Obejmuje to policję żydowską, urzędników Gminy, członków służby sanitarnej, personel szpitali, przedsiębiorców pogrzebowych oraz wszystkich posiadaczy kart rejestracyjnych wydawanych przez urząd zatrudnienia, którym jeszcze nie wyznaczono miejsc pracy. Z deportacji są zwolnione także rodziny tych wybrańców. Policję żydowską obarczono smutnym zadaniem ochrony porządku podczas deportacji oraz zmuszania siłą tych, którzy odmówią poddania się rozkazom. Punkt zborny tej masowej migracji znajduje się na Umschlagplatzu przy ulicy Stawki. Niemcy żądają wysiedlania 3000 osób dziennie. W getcie panuje panika nie do opisania. Ludzie z tobołkami w rękach biegają z ulicy na ulicę, nie wiedząc, co robić. Wielu próbuje w ostatniej chwili zatrudnić się w niemieckich szopach Toebbensa i Schultza na terenie getta” (s. 278-279).
ONI/JA; IIIA
SIERPIEŃ 42 [B.D]: „Za bramami Pawiaka odczuwamy całą grozę wiszącą nad gettem poza murami więzienia. Przez kilka ostatnich nocy nie mogliśmy spać. Huk strzałów i krzyki rozpaczy doprowadzają nas do szaleństwa. Muszę zebrać wszystkie siły, żeby spisywać te notatki. Straciłam rachubę dni i nie znam dzisiejszej daty. Ale jakie to ma znaczenie? Tkwimy tu na wysepce otoczonej oceanem krwi. We krwi tonie całe getto. Dosłownie widzimy świeżo rozlaną ludzką krew, czujemy jej woń. Czy świat na zewnątrz coś o tym wie? Dlaczego nikt nie przychodzi nam z pomocą? Nie mogę dalej żyć; wyczerpałam już siły. Jak długo będą nas tu trzymać, żebyśmy oglądali to wszystko? Kilka dni temu grupę obywateli krajów neutralnych zabrano z Pawiaka. Najwyraźniej Niemcy nie zdołali wykorzystać ich na wymianę. Widziałam z mojego okna kilka ciężarówek wypełnionych ludźmi, starałam się odróżnić wśród nich znajome twarze. Po jakimś czasie przyszedł do nas zdyszany strażnik więzienny i powiedział, że właśnie zabrano Żydów obywateli neutralnych państw europejskich na Umschlagplatz; mają zostać deportowani. Wkrótce więc może przyjść kolej na nas” (s. 282-283).
ONI; IIIA
SIERPIEŃ 42 [B.D]: „Niemcy zablokowali całe ulice getta. Ponieważ 10 000 ludzi dziennie – obecnie wymagana liczba – się nie zgłasza, używają siły. Codziennie okrążają inną ulicę, zamykając wszystkie wyjścia. Wkraczają do mieszkań i sprawdzają karty zatrudnienia. Tych, którzy nie mają niezbędnych dokumentów albo – w ocenie Niemców – nie nadają się do pracy, od razu zabierają. Próbujących stawiać opór rozstrzeliwują na miejscu. Właśnie teraz, kiedy piszę te słowa, od dwóch dni trwa taka blokada ulicy Nowolipie, zaledwie dwie przecznice od naszego więzienia. Ulica jest całkowicie zamknięta, mogą z niej korzystać jedynie policjanci żydowscy. Żony i dzieci mężczyzn zatrudnionych w niemieckich fabrykach oficjalnie są zwolnione z deportacji, lecz to zwolnienie obowiązuje tylko na papierze. W rzeczywistości wracający z pracy do domu mąż często stwierdza, że zabrano całą jego rodzinę. Zrozpaczony biegnie na ulicę Stawki, żeby odnaleźć krewnych, ale zamiast ich uratować, często sam zostaje wepchnięty do jednego z bydlęcych wagonów” (s. 283-284).
ONI, IIIC
19.IX.42’: „Nadal trwa strzelanina, codziennie giną setki ludzi. Getto jest przesiąknięte krwią. Ludzie bez przerwy maszerują Dzielną w kierunku Umschlagplatzu przy ulicy Stawki. Żadne stanowisko czy zajęcie nie zapewnia już pełnej ochrony. Ostatnio deportuje się nawet rodziny zatrudnionych, głównie kobiety i dzieci. Kilka tygodni temu hitlerowcy zaczęli robić obławy na żony i dzieci mężczyzn zatrudnionych u Toebbensa i Schultza. Niepracujący są bezwzględnie wyciągani z domów. Rodzice obecnie zabierają swoje dzieci do pracy albo chowają je w jakiejś kryjówce” (s. 295).
20.IX.42’: „Dzisiaj było słychać mniej strzałów. Opór słabnie. Strumień głodujących, wyczerpanych ludzi wciąż płynie na Umschlagplatz. Dzisiaj inżynier Lichtenbaum i jego przyjaciel First, ważny urzędnik Gminy, przyjechali samochodem, żeby odwiedzić znajomych internowanych na Pawiaku. Otrzymali specjalne zezwolenie na wizytę u nas; dowiedzieliśmy się od nich wielu szczegółów dotyczących eksterminacji. Masowe pogromy w Warszawie zaczynają wygasać, a Niemcy rozpoczęli rzezie w małych miejscowościach wokół stolicy. Wczoraj ukończyli swoją „kampanię” w Otwocku, skąd nawet nikogo nie deportowano” (s. 296).
20.IX.42’ : „W ostatnich dniach sierpnia sytuacja cokolwiek się poprawiła i niektórzy zaczęli optymistyczniej patrzeć w przyszłość. Była to jednak tylko cisza przed burzą. Niemcy 3 i 4 września rozpoczęli blokowanie warsztatów zorganizowanych przez Gminę. Esesmani w asyście Litwinów i Ukraińców wkraczali do zakładów i zabierali z każdego z nich po kilkadziesiąt osób, twierdząc, że potrzebują wykwalifikowanych robotników. Przeszło tysiąc pracowników poprowadzono na ulicę Stawki i wywieziono do obozu w Treblince. Obecnie powszechnie wiadomo, że większość deportowanych wysyła się do Treblinki, gdzie są zabijani za pomocą eksperymentalnych urządzeń konstruowanych przez Niemców do celów wojennych. Jednak nikt nie zna żadnych szczegółów” (s. 298)
JA/ONI, IVA
17.XII.42’: „Dita W., jedna z przybyłych wczoraj osób, zeszłego wieczoru opowiadała nam o tym, co słyszała na temat obozu w Treblince. Podczas częstych wizyt w siedzibie Gestapo przy alei Szucha poznała pewnego Niemca, który był funkcjonariuszem w tym obozie zagłady. Nie zdając sobie sprawy, że rozmawia z Żydówką, opowiadał jej z wielkim zadowoleniem, jak morduje się tam deportowanych Żydów, i zapewniał, iż Niemcy ostatecznie „wykończą” ich wszystkich. Na Umschlagplatzu do każdego z bydlęcych wagonów ładuje się po sto pięćdziesiąt osób, a podłogi pokrywa się cienką warstwą wapna. Wagony nie mają okien ani innych otworów. Ludzie są ściśnięci, jak tylko się da, bez dostatecznego dostępu powietrza, bez jedzenia i wody. Wagony często zostawia się na stacji przy ulicy Stawki na dwa lub trzy dni. Uwięzieni muszą załatwiać swoje potrzeby naturalne w zamkniętych wagonach, w wyniku czego wapno się rozpuszcza, wypełniając wnętrze trującymi oparami. Tych, którzy przeżyli, po wyjściu na stacji w Treblince segreguje się według zawodów. Szewców, krawców itp. grupuje się osobno, żeby natchnąć ofiary wiarą w to, że dostaną zatrudnienie w warsztatach. Jedyny zaś cel polega na tym, żeby posłuszniej szli na śmierć. Kobiety oddziela się od mężczyzn (s. 332-333).
Adina Blady-Szwajger
JA/ ONI, IIIA [29-30 VII 1942]
„- A Makower?
– To był zupełnie przyzwoity człowiek, choć nie najmądrzejszy – napisał przecież wyjątkowo głupią książkę. Jak lekarz może napisać książkę, nie pisząc w ogóle o szpitalu?! Ale on był naprawdę przyzwoity. A to, że był lekarzem policyjnym, niczego złego nie dowodzi. Poza tym, to był niezły lekarz. A ja osobiście mam powody, żeby być mu wdzięczną: wtedy, kiedy zabrali moją matkę na Umschlag, on były jedynym człowiekiem, który odważył się tam pójść. Poszedł o piątej rano. Tylko że było już za późno. Ci ludzie od razu poszli do wagonów.
– To było 30 lipca?
– Zabrali ją 29, a 30 rano Makower tam poszedł.” (s. 139-140)
„- Do kotła na Miłej poszliście już z numerkami.
– Ja o tym piszę – kiedy kazano nam pójść do kotła, my poszliśmy do szpitala. I tam się okazało, że szpital dostał ileś numerków i Naczelna [Anna Braude-Hellerowa – dop. AKR] musi je rozdzielić po prostu…. Wtedy wszystkie szpitale były już na Umschlagu, wszystkich chorych tam przywieźli, personel był razem z chorymi… I myśmy wyszli z tego szpitala do kotła już z numerkami. Ci, którzy mieli numerki – wyszli, a reszta pojechała…
– Ile osób pojechało?
– Kazali zostawić pięćdziesięciu lekarzy. Inni poszli prosto do kotła, nie wiem ilu…
– Tych pięćdziesięciu lekarzy to lekarze ze wszystkich szpitali, bez numerków?
– Tak, na Umschlag…
– Czy wszyscy lekarze, pielęgniarki, którzy poszli do kotła, mieli numerki?
– Nie. Większość miała, ale byli też między nami „dzicy”. A w ogóle z kotła wychodziło się, albo nie, niezależnie od numerków. Oni po prostu odliczali i pewnym momencie powiedzieli – koniec… I dużo ludzi z numerkami pojechało.” (s. 157)
JA, III
„- Czy pani pamięta dokładnie Umschlagplatz? […] Czy umiałaby pani tamto miejsce narysować?
– Z wyjątkiem jednej rzeczy. Wiem, którędy wychodziłam ze szpitala na Umschlag. Wiem, jak te dwie części tego budynku wyglądały. Jedno skrzydło to był szpital i ambulatorium, a drugie skrzydło to była ta poczekalnia, że tak powiem – tam zbierali się ludzie, którzy czekali na transport.” (s. 159)
Bogdan Wojdowski
F, III A
„Getto było szczelnie zamknięte, wachy wzmocnione, wzdłuż muru krążyły patrole granatowej policji i czarnych z SS, a na zewnątrz muru z wysokości pierwszego i drugiego piętra czuwali Łotysze w zgniłozielonych mundurach z karabinami skierowanymi na ulicę, rozstawieni na balkonach, w otwartych oknach klatek schodowych i w sieniach. Budy pełne żandarmów zgrupowane stały na placu Żelaznej Bramy i na placu Grzybowskim, gotowe do akcji. Już Niemcy wbiegali na chybił-trafił do mieszkań i w pierwszym zamęcie wyciągali osłupiałych Żydów. To się zaczęło w środę dwudziestego drugiego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku, kiedy w południe zawrócono nagle wozy cmentarne z powrotem na Okopy i przegnano grabarzy. Tego dnia żandarmeria łapała ostatnich żebraków, biegając za uciekającymi w gruzy, szukała punktów noclegowych dla uchodźców z prowincji i wygnała na Umschlagplatz aresztantów z więzienia na Gęsiej. Ci poszli na pierwszy ogień. A nazajutrz, we czwartek dwudziestego trzeciego rozeszła się wieść o tym, że prezes gminy Czerniakow popełnił samobójstwo po wizycie Gestapo, a potem strzeliła sobie w skroń z tego samego pistoletu jego młoda córka. To był ten czarny czwartek, kiedy panika ogarnęła ulice jak pożar, chociaż tego dnia nie wyciągano ludzi z mieszkań, tylko chorych ze szpitala na Czystern zwieziono budami pod rampę kolejową i w koszulach wysypano przy torze. Podobno transport miał odejść dopiero w piątek. Aresztanci, żebracy, uchodźcy z punktów noclegowych nie odjechali jeszcze wszyscy i ich pobyt na placu Parysowskim przed rampą opóźnił dalszą akcję o jeden dzień. W piątek załadowano siedem tysięcy, a w sobotę dziesięć tysięcy ludzi i wysłano pociągami na wschód”. (s. 303-304)
F, III A
„Trzeciego dnia akcji na ulicę wyszła szczeniakeria. Skrzyknięci zewsząd z zaułków, z ruin, z nor, wyszli karnym i gwarnym tłumem na miasto, szukając zuchwale konwoju; żandarmi zatrzymywali się na ten widok i śledzili ciągnący pochód wyrostków. Starsi dodawali otuchy młodszym, obejmowali, ściskali za ręce. Krwaworączka rozbawionym spojrzeniem odprowadzał ich z chodnika, pełen uznania potrząsał przyjaźnie karabinem, a oni ciągnęli na Umschlagplatz, bez konwoju i nie zatrzymywani po drodze przez nikogo, przekrzykując się hałaśliwie i śmiejąc, przepychając do przodu i karcąc nawzajem za opieszałość […]. Szli przed siebie brzęcząc i tłukąc menażkami, dzwoniąc łyżkami o miski, wybijając takt na starych skorupach, które nieśli ze sobą w drogę. Tram tara ram tam; tara rara ram tam. Ze śmiechem ciągnęli na rampę kolejową na Stawki i okrzykom nie było końca. Jakaś kobieta rzuciła się między nich powtarzając bez ustanku jedno i to samo imię, ale odtrącona na bok dziesiątkami suchych rąk bezradnie stała obok mijających ją szeregów w zgiełku, krzyku, chaosie rozmów i nawoływań. Uniosła ramiona i rzuciła się jeszcze raz za nimi, a potem bezwolnie wróciła na chodnik między zatrzymanych. Żandarm uśmiechał się przyzwalająco, ze zrozumieniem kiwał głową, a szczeniakeria szła dalej w swoją stronę. Błyszczące dziko oczy, ostrzyżone gładko czaszki, szare, kanciaste i nieforemne, przesuwały się ulicą, a drewniane trepy trzaskały o bruk czyniąc niesamowity hałas, klekot, stuk i wydawało się, że chcą porwać za sobą stojących, a ci pod konwojem czekali cierpliwie na swą kolej i oddalający się szum setek małych drewniaków wzburzeniem, gniewem, bezsilności odzywał się w ich sercach.
Skąd tylu? Z daleka otworzyła się przed nimi brama na dany przez strażnika znak. Szli żywi, silni tym dzikim upojeniem, które ogarnia tłum. Szli, wiedząc dokąd idą”. (s. 306-307)
F, III A
„O północy wbiegła do kamienicy gromada obcych i rozproszyła się na schodach szukając schronienia. Uciekinierzy mówili, że puszczono ich z kolumny po drodze na Stawki; całą noc mieli zamiar pilnować ich konwojenci, ale machnęli ręką i odmaszerowali. Pada, plac przeładunkowy zapchany okropnie, dzisiaj transportów więcej nie będzie, a ostatni skład odjechał wieczorem. Wydawało się, że są zawiedzeni zwłoką w podróży. Tymczasem nie mogli się dostać do domów, bo patrole krążą ulicami i strzelają do przechodniów. Jutro stawią się na miejscu, pójdą sami na Stawki i odjadą. Tak czy owak, nie ma co tutaj robić; ewakuacja uratuje ich przynajmniej od śmierci głodowej, a może dostaną pracę. Pchali się do kranów i pili wodę. Po całym dniu włóczęgi byli spragnieni. Z dumą pokazywali bagaże, nic im nie odebrano. Bagaż można ze sobą zabrać, o ile waga jest przepisowa. Jedni mówili, że wolno brać jedenaście kilo, inni, że trzy. Byli tacy, co mówili, że dwadzieścia kilo. Niektórzy nie mieli z sobą nic. Po co?” (s. 309)
F, III A
„Budy stały na ulicy i zaganiano do nich starych, niedołężnych, dzieciarnię, a ci, co szli bez oporu, ustawieni w kolumnie czekali cierpliwie na otwarcie przejazdu, zapełniając zbitym tłumem cały ten odcinek od wylotu Krochmalnej do Chłodnej. Krwaworączka z Wściekłym Psem i paru żółtych OD-manów wbiegło na podwórze w poszukiwaniu uciekinierów; Hrabia Grandi był wśród nich. Najpierw obeszli wszystkie piętra i chcąc wypłoszyć ludzi z kryjówek, zaglądali w każdy kąt strzelając na oślep. Szyby brzęczały, trzaskały pod naporem podkutych butów zamknięte drzwi. Już wcześniej, przed południem zniosła Buba z pomocą Mordchaja wielki fotel po schodach, a teraz ten fotel stal na podwórzu i kuśnierz Papierny zapadł się w nim sztywno, mijany przez odchodzących. Broda trzęsła mu się bezustannym starczym drżeniem, siwy zarost okrywał wiotkie policzki zryte dwiema długimi bruzdami. Za nim Stała Buba na mocno rozstawionych nogach i jej czarne, grube brwi rzucały mroczny cień na wielkie oczy. Nad czołem sterczał wysoki fiok, szerokie nozdrza gwaltownie chwytały oddech. Obiema rękami trzymała fotel i dwóch hyclów musiało do krwi tłuc te ręce, zanim puściły oparcie. Czepiała się munduru jeszcze w bramie, krzycząc coś w twarz żandarmowi, spocona, w podartym swetrze. Juda Papierny ze swojego miejsca patrzył na to w milczeniu. Jak sąsiadów pędzono z kamienicy kopniakiem, jak sami potulnie szli i całymi rodzinami dołączali do kolumny. Żegnał ich lekkim skinieniem, bezustannym drżeniem głowy. Gdzieś za bramą, na ulicy rozległo się wołanie Buby i Papiernyy opuścił nisko czoło. Podwórze było już puste, ludzie przeszli. Ci, którzy nie stawili oporu, tłumnymi szeregami maszerowali na Stawki, inni w kryjówkach wstrzymywali oddech, policjanci myszkowali po piętrach i tłukli ostatnie szyby, a Krwaworączka pruł z automatu do mebli, z wrzaskiem otwierał szafy i strzałami wymiatał kurz spod łóżek, zachęcając ukrytych do wyjścia. Nikt jakoś nie wychodził i policja bez zapału grzebała wśród porzuconych rzeczy; ludzie w skrytkach słyszeli kroki, rumor, a w oknie Mordarskiego ukazał się Wściekły Pies i sapiąc przerzucał przez parapet ciężkie toboły, które z donośnym pacnięciem leciały na asfalt przed oknami stróżówki”. (s. 311-312)
F, III A
„Niektórzy wracali. Widocznie można było jeszcze uciec. Ścigani zapadali w ruinach, chyłkiem przemykali się do domów, biegli strzeżonymi ulicami i dobijali się do zamkniętych na głucho bram. Mordarski dał policjantowi w łapę pięć świnek. Mecenas Szwarc wykupił się za trzy tysiące i litr spirytusu. Mówił, że z hyclami można się jeszcze dogadać. Włóczył się potem od kryjówki do następnej kryjówki z malcem, wyrostkiem i kuferkiem wiklinowym, aż zawędrował na Krochmalną. Nie zabrał z sobą nic, nie zdążył-zmartwiony, opowiadał wszystkim, co w mieszkaniu u niego stoi; nieśmiało prosił Mordarskiego o pomoc. Mordarski po zastanowieniu zgodził się pójść do Szwarca i przynieść mu resztę cennych rzeczy w obstawie żółtych OD-manów, których dopuścił do interesu. Szwarc nie żałował niczego; mówił z oburzeniem o kupcu Lewinie, że Lewin poszedł na Umschlagplatz ze skąpstwa, bo nie chciał grosza dać policji.
-Po prostu przyszli coś zarobić. A wiedzieli, do kogo. Lewin wściekł się i powiedział, że ma ich wszystkich gdzieś. Wszystkich, granatowych, żółtych, zielonych i czarnych! Idzie na Stawki, byle nie oglądać dłużej takich zakazanych mord. Mogli z niego wydusić siłą. Ale po co? Tylu chętnych pcha się z forsą, jeszcze całuje policję w mankiet […]
I bez skargi poszedl kupiec Lewin na plac Parysowski pod rampę, razem z młodszą córką Anielcią i z Białą Ceśką. A po drodze i tak obrabowali go szaulisi ze wszystkiego; Uri był przy tym, widział, jak rewidowali Lewina na Stawkach”. (s. 315-316)
F, III A
„Frajerze, gdzie idziesz? Tam odbierają pieniądze i dają kopa w zadek, a potem pędzą prosto razem ze wszystkimi na Umschlagplatz. Już lepiej zostaw sobie złoto na kubek wody”. (s. 327)
F, III A
„Wrzask policjanta z ulicy przeleciał na wylot otwartą ruinę. Konwojenci chwytali w zaułkach uciekinierów i formowali ostatnie grupy do marszu na Stawki, a ojciec powtarzał cicho, jakby nikogo tutaj przy nim nie było”. (s. 341)
F, III A
„Na skwerku biwakowały zluzowane patrole żandarmerii. Odpoczywając, z manierkami w rękach rozpinali mundury. Jakiś podoficer stanął wyniośle na stopniach przed kościołem i długo wodził polową lornetą wzdłuż okien wymarłych kamienic; obok wznosił się ogromny stos portfeli, skórzanych teczek, a ciśnięte dokumenty walały się rozproszone na trawie. Wstrzymane, puste tramwaje cofały się spod zatrzaśniętej wachy i dzwoniły-dając pierwszeństwo kolumnom maszerującym na Stawki. Po kamiennych stopniach szedł rozchełstany żandarm i stając przed podoficerem podawał mu manierkę”. (s. 343)
F, III A
„- Gedali, ile transportów dziennie odchodzi?
-Nno, nie wiem… Jeden. Najwyżej dwa.
-A przed nocą zdążą ich wszystkich załadować? […]
-Może przetrzymają ich na miejscu do jutra?
-Tory wszędzie zapchane wojskiem.-Wuj Gedali mówił w zamyśleniu gładząc Dawida po głowie.-’Transporty tkwią po parę dni na bocznicach. A rampa na Stawkach zatłoczona. Po odejściu każdego składu, drugie tyle zawraca na plac. I czeka, czeka … Mordują ludzi w bałaganie. Mordują
ludzi i sami tracą głowy […].
Ojciec butem odepchnął walizkę, jakiś gałgan wysunął mu się z rąk na stertę śmieci, a ruinami ciągnął wieczorny powiew i powietrze zawirowało, pełne siwego pyłu.
-Idę.
Wuj Jehuda rzucił się ku niemu:-Człowieku, opamiętaj się! Gdzie się obrócisz, wszędzie to samo. Znikąd pomocy. Wszystko się wali! Ulice, miasto całe jedzie na pewną śmierć. A ty chcesz iść na Stawki i wyciągnąć ją z transporru? Po co?
Norę przewiał chłód, zaległa ciemność.
-Po co?
-A ja ją wyciągnę, choćbym miał z pustymi rękami iść za nią prosto na Umschlagplatz.
Po chwili wuj Jehuda powiedział złym, głuchym szeptem:
-Jak nie uduszą cię wapnem w wagonie, to zadołują za drutami”. (s. 343-344)
F, III A
„Było już późno i ostatnie kolumny sformowane przed nocą czekały pod eskortą na komendę wymarszu. Raz po raz unosiły się nad dachami rakiety oświetlając z wysoka trasę na Stawki. Tłumy ciągnące z małych bocznych uliczek wypełniały Żelazną aż po Leszno; morze głów kołysało się i równy, stłumiony szum wzbierał zewsząd w ciemności”. (s. 347)
F, III A
„Tam, na dole, mieszkańcy małej dzielnicy opuszczali domy. W biały dzień, mrużąc oczy wypełzali z ciemnych kryjówek zniechęceni uciekinierzy i wlekli się grupkami przez miasto. Rewidowani, nieśmiało podnosili ręce w górę, odwracali twarze w bok. Dołączali karnie do kolumny. Za murem, wzdłuż granicy getta, na otwartych balkonach i w sieniach tkwili od świtu na posterunkach Łotysze, śledząc z wysoka trasę, wyloty ulic i tłum. Sennie kiwali się nad karabinami, znienacka oddawali strzały do idących na Umschlagplatz. Linii straży było parę; jedna, rozciągnięta kolo mijanych bram, nie dopuszczała do ucieczki w bok; druga otaczała ruchomą eskortą kolumnę. W szeregach kolumny krążyły patrole, rewidujące w pośpiechu kobiety i mężczyzn. A pomiędzy łańcuchem konwoju i posterunkami uwijali się na strzeżonych i pustych chodnikach żółci, granatowi, łącznicy biegnący z meldunkami od podoficerów na całej trasie przemarszu. Esesmani (i psy na smyczy) trzymali się w pewnej odległości. Pędzeni miastem ludzie mieli twarze łagodne i tępe, a kiedy posuwali się tak objuczeni na Stawki, żadna skarga nie padła z tłumu”. (s. 350-351)
F, III A
„Niemcy węszą, swoją drogą. Ale grypsy rzuca Nahum poza plecami strażników. Gedali trafił bez przeszkód do warsztatów i tam go przyjęli z powrotem. Stąd nie grozi im nic. Tak czy owak, nie będą tkwić w tej norze przez wieczność. Uri musi dostać się na tamtą stronę i nawiązać łączność z Felkiem Piorunem, a razem z nim pójdzie za mur Jehuda. Stamtąd będzie miał okazję wrócić z Transawią do dużego getta. Ulice w dużym getcie nie będą tak prędko judenrein, zanim to nastąpi, może upłynąć parę miesięcy, zima, a w tym czasie Jehuda zdoła przygotować dla nich grunt. Bo robota w warsztatach na Prostej urwie się prędzej czy póżniej i Gedali, gdyby przepadł w selekcji, też musi wiedzieć, że po drodze na Stawki ma dokąd uciekać”. (s. 359)
F, III A
„Szwarc? Ma dosyć. Idzie na Stawki. Ale obawia się, że ukatrupią go na pierwszym skrzyżowaniu. Jak iść nielegalnie na Umschlagplatz? Oto pytanie”. (s. 359)
F, III/IV
„Nie chciał jeść, nie mógł mówić. Otworzył usta i wdychał powietrze cichego wieczoru, a wraz z napływającym swobodnie do płuc tlenem czuł, jak wchłania w siebie już na zawsze obraz tego, co miał przed oczami: uliczkę pełną kocich łbów, oszpecony dom powiewający łachmanem sczerniałej firanki, latarnię skręconą i żałośnie przegiętą ku ziemi, jak omdlały pod ciężarem pnącz, ruinę wyniesioną wysoko swym bezkształtem w granatową pustkę-i z każdym oddechem widok ten był bardziej wyraźny i ostry, a ruch, ciągły ruch własnego ciała i kołysanie, ciągłe kołysanie pleców, ramion, głów idących przed nim, wprawiło go w stan jakiejś niezaznanej dotychczas lekkości i przepełniło mu serce rozrzewnieniem, zawstydzającym smutkiem, zachwytem. Kiedy minęli druty, człowiek zdjęty ze słupka już konał. Wyciągnięte ramiona niewiarygodnie daleko leżały za tułowiem, obok rozbita cegła i krew na papierze. Zepchnięty był w błoto i okryty podartym workiem po cemencie, a wartownik ocierając ręce o spodnie krzyknął w stronę kolumny, aby Werkmeister wyznaczył zaraz jednego, który go stąd sprzątnie, ale szybko! Tam, na ulicy Prostej, był właśnie „mały” Toebbens i tam przepracowali jeszcze parę miesięcy, oczekując komendy do wymarszu na Stawki. Każdy miał numerek, łatę z przodu i łatę z tyłu. Gwiazda na plecach i piersiach, maźnięta grubo olejną farbą, przeciekła przez ubranie, lgnęła do skóry i swędzące, zaognione plamy dokuczały długo. Myślał, że farba, nie wyschnie nigdy, wyschła, a znaki nadal piekły żywe ciało”. (s. 371-372)
F, IV
„Ostatni raz zobaczył dom jesienią. Kiedy w zupełnej ciszy pędzili ich przez wymarłą, spustoszoną dzielnicę, nigdy nie byli pewni, czy do roboty, czy prosto na plac przeładunkowy. Tego dnia kolumna zatrzymała się na Walicowie; mieli usuwać kozły żelazne zagradzające wylot uliczki i dźwigać je w gruzy, ciąć drut kolczasty nawinięty kłębami na szyny, a majster zabrawszy z sobą dwóch więźniów i strażnika udał się za mur. Ruiny chwiały się nad głową w powietrzu pełnym słońca i żółtego kurzu. Dawid patrzył w znajome okno wyciągając szyję, czekając. Stąd, z tego miejsca widzieli po południu patrol, który uważnie obchodził sienie w okolicy. Niemcy skradali się mocno uginając kolana, z wysuniętą do przodu bronią. Jeden kopnął drzwi do szopy, a drugi z gałganem i z bańką nafty stanął nie opodal. Ze środka dochodziło kichanie, długo bobrował, wreszcie znalazł wejście do piwnic pod pryczą Mordchaja i stosem uprzęży i musiał chyba całą wiązkę granatów cisnąć w głąb rujnując i zasypując dokładnie wylot. Zakurzyły się ruiny, zakołysały. Spod nóg miękko osuwało się usypisko. Ale szopa stała i wtedy zbliżył się drugi żandarm i oblał naftą gałgan; jeszcze obejrzał się, jak płonie stara buda, suche i spróchniałe dechy, zwietrzała i podarta papa, którą okryty był – wierzch. Cisnął bańkę z resztą nafty w otwarte drzwi, otrzepał kurz z munduru, postał chwilę i zawołał:
-Fertig”. (s. 372-373)
Bibliografia
– Henryk Bryskier, Żydzi pod swastyką, czyli getto w Warszawie w XX wieku, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2006.
– Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. M. Salapska, Warszawa 1983.
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.



