Św. JAKUBA 16 (Resort Krawiecki)
Heniek Fogiel
ONI, III A (5.05.1942)
„Wysiedleńcom wczoraj przy wyjeździe nic nie dano zabrać, żadnych plecaków ani jedzenia. Prezes był w Resorcie Krawieckim, Jakuba 16, mówił, że da warzywa, a kartofle dopiero w czerwcu, bo te kartofle za maj zjedliśmy w kwietniu albo oddali za ładne bluzeczki, to jedzcie bluzeczki. Miał pretensje do robotników, że jest mała produkcja, więc paru robotników odezwało się, że głodują! więc za to ich aresztowano i skuto w kajdany.” (s. 44)
Jakub Poznański
ONI, VII
31 VIII 1944
„W poniedziałek [28 VIII ] odbył się przegląd tych wszystkich, którzy mieli pozostać w getcie. Decydujące słowo należało do Hansa Biebowa. Prezes Gettoverwaltung przeprowadził bezwzględną selekcję. Odmówił między innymi prośbie inspektorów aptecznych, którzy zabiegali o pozostanie na miejscu. Z lekarzy wybór jego padł na dra [Michała] Eliasberga i dra [Alberta] Mazura. Ogółem ilość „wybrańców” wynosiła 500 osób. Wszyscy oni zostali skoszarowani w budynku przy ulicy Jakuba 16″.
(s. 210)
ONI, VII
4 IX 1944
„Jak dotąd, obóz przy ulicy Łagiewnickiej 36 pozostaje na miejscu i wykonuje te same prace, co obóz przy ulicy Jakuba 16. Mężczyźni ładują na stacji Radegast maszyny do wagonów, a grupa kobiet doprowadza do porządku opuszczone mieszkania”.
(s. 213)
ONI, VII
9 IX 1944
„Onegdaj [8.09] nad ranem [Hans] Biebow osobiście „nakrył” w domu na Starym Rynku
trzy ukrywające się osoby. Pobił je do krwi, a potem odstawił półnago, w samej tylko bieliźnie, do obozu przy Jakuba 16 i kazał wciągnąć do tzw. ewidencji”.
ONI, VII
21 IX 1944
„Wczoraj ujawniono kryjówkę na Marysinie. Zatrzymano osiem osób. Jedna zdołała zbiec. Był to doskonale zamaskowany schron, na samej granicy getta. Mieszkańcy jego zdradzili się, intonując śpiew z okazji Nowego Roku. Usłyszał to przechodzący poza drutami policjant Schupo i zaalarmował rewir na Bałuckim Rynku. Ujęto całą ósemkę i osadzono w celach Kripo. Wieczorem wszyscy powędrowali do obozu przy ulicy Jakuba 16″.
(s. 221)
ONI, VII
4 X 1944
„Obecny komendant tak zwanej Służby Porządkowej, nazwiskiem [Mordka] Bruder, posiada w obozie przy ulicy Jakuba 16 władzę nieograniczoną. Onegdaj, rzekomo z polecenia Niemców, zabrał skoszarowanym ponad siedemdziesiąt zegarków, a następnie wręczył je [Heinrichowi] Schwindowi. Ten zaś na apelu spytał dla formalności czy Żydzi te zegarki „ofiarowali dobrowolnie”! …
Przyjaciele zakomunikowali nam, że rozkaz wyjazdu ich obozu w dniu 5 października nie został cofnięty. Jest więc rzeczą prawie pewną, że wyjadą jutro o świcie. Mają podobno udać się do Konigswusterhausen poprzez obóz koncentracyjny w Sachsenhausen”.
(s. 226-227)
JA/ONI, VII
11 X 1944
„Zauważyliśmy, że grupy robocze z Jakuba poszły rano normalnie do pracy i koło 17-ej jak zwykle wracały z pracy do domu, a więc obóz na Jakuba 16 nie myśli o wyjeździe”.
(s. 231)
ONI, VII
13 X 1944
„Część ludzi z Łagiewnickiej 36 w razie ich wyjazdu ma przejść na Jakuba 16 i taka sama ilość ma z Jakuba 16 przejść na Łagiewnicką 36, by z nimi wyjechać. I to się rozumie, bo „sprzedano” przecież 605 dusz, więc muszą one być dostarczone. Na początku miało pójść 60 osób, potem 43, a w końcu 21 osób. Gdy B. [Hans Biebow] przyszedł na Jakuba 16, by te 21 osoby wybrać, nikt dobrowolnie nie chciał przejść na Łagiewnicką 36, i nawet gdy on wyznaczał, to odmawiano przejścia tak, że nawet on bił po twarzy i niektórych podobno nawet skatował. Ta sprawa nie jest jeszcze załatwiona, bo ci z Łagiewnickiej, gdy zostali, również niechętnie chcą pójść na Jakuba 16″.
(s. 234)
ONI, VII
21 X 1944
„W obozie na Łagiewnickiej 36 wybuchła epidemia szkarlatyny wśród dzieci. Z tego powodu już 21 [października] 51 osób zostało przetranslokowanych na Jakuba 16, bo rodzice i krewni chorych dzieci też zostają tu, a na ich miejsce z Jakuba 16 poszło 5 osób do obozu na Łagiewnickiej 36 i ewentualnie z nimi dziś pojechało”.
(s. 244)
JA/ONI, VII
19 XI 1944
„Od dziesięciu dni nie zajrzałem do tego zeszytu. A w ciągu tego czasu wiele się zmieniło. Nastąpił nieoczekiwany zwrot w naszej sytuacji.
Od dziesięciu dni jesteśmy skoszarowani w obozie przy ulicy Jakuba 16. Chciałbym jednak opisać wszystko po kolei.
W czwartek, dziewiątego listopada, około godziny szóstej przed wieczorem rozległ się w naszym lochu umówiony sygnał – trzy silne uderzenia w okiennicę, zwiastujące bezpośrednie niebezpieczeństwo. Dwaj nasi wypróbowani informatorzy z Bałuckiego Rynku przynieśli nam iście hiobową wieść: zadenuncjowano naszą obecną kryjówkę, a komendant policji żydowskiej, [Mordka] Bruder, zamierza nas jutro odwiedzić w asyście agentów Kripo.
Doniesiono nam również, że nie jest to pierwszy wypadek ujawnienia kryjówki. W tym tygodniu zlikwidowano już pięć podobnych ,,lokali” w piwnicach, a w jednym z nich rozegrała się dramatyczna walka, której ofiarą padł lekarz, dr Daniel Wajskopf. Jego szwagier i siostrzeniec [Seweryn lub Henryk Rauchman]zostali swego czasu ujęci i skierowani na Jakuba 16, skąd udało im się zbiec. Dowiedziawszy się o tym, Hans Biebow wpadł w pasję. Dobrał sobie do pomocy [Heinrich] Schwinda, Brudera i niejakiego ]Lajbla] Krajna i we czwórkę udali się do zdradzonej im kryjówki lekarza i jego rodziny. Dr Wajskopf, pomimo złamanej nogi, wyszedł im naprzeciw i bronił bohatersko wstępu do piwnicy. Z pomocą przyszli mu siostrzeńcy i siostry. W rezultacie Biebow, Schwind, Bruder i Krajn zostali dotkliwie pobici. Rzecz jasna, zwyciężyła w końcu „dzielna czwórka” Niemców i judaszów. Udało się w końcu ująć dra Wajskopfa, którego rozpaczliwa obrona umożliwiła ucieczkę niektórym członkom rodziny. Biebow i Schwind, którzy nie mieli przy sobie broni, udali się biegiem na Bałucki Rynek. Wrócili po kilkunastu minutach i czterema wystrzałami z pistoletu położyli trupem wspaniałego człowieka, który ośmielił się podnieść rękę na przedstawiciela „narodu panów”. Ten właśnie incydent zapoczątkował likwidację szeregu kryjówek w getcie.
Ale wracam do naszej sprawy. Jeszcze „łącznicy” nie zdążyli wyjść, gdy w progu stanął inny przedstawiciel Bałuckiego Rynku i w imieniu Brudera zadał nam pytanie, czy chcemy dobrowolnie zgłosić się do obozu. Jeśli tak, to przyjdzie on po nas nazajutrz w towarzystwie agentów. Nic nam nie grozi. Wprost z kryjówki udamy się do Kripo, gdzie nas tylko formalnie przesłuchają i zapiszą-po czym czeka nas kąpiel i dezynfekcja, no i obóz. Prosiliśmy o godzinę namysłu. Po dłuższej naradzie doszliśmy zgodnie do wniosku, że jeśli loch nasz został zdekonspirowany, i tak nas zabiorą. Może to nastąpić natychmiast albo za parę dni. W takiej sytuacji nie będziemy mieć chwili spokoju. Wszystko to rozważywszy, z ciężkim sercem przyjęliśmy propozycję Brudera. Dopiero o godzinie 21-ej przekazaliśmy wiadomość wyrażającą zgodę wysłannikowi Bałuckiego Rynku. A potem nastąpiła ostatnia noc w lochu …
W piątek nad ranem pakowaliśmy swoje rzeczy. Nie zdążyliśmy się jeszcze ogarnąć, gdy na podwórzu rozległo się wołanie: „Bajgelman! Bajgelman!” Wyjrzeliśmy na dwór. Okazało się, że oczekują nas już dwaj agenci Kripo w asyście Brudera i Krajna. Obok stał wóz przeznaczony do przewozu naszych rzeczy. Kazano nam się ubrać i wynosić wraz z tobołami całe „umeblowanie” lochu. Trwało to przeszło godzinę.
Z resortu udaliśmy się do budynku Kripo przy uIicy Kościelnej. Tam spisano nasze personalia i zadano kilka stereotypowych pytań na temat walut i kosztowności. Potem odesłano nas do dezynfekcji i kąpieli na Bałuckim Rynku, skąd tramwajem pojechaliśmy do obozu przy ulicy Jakuba 16″.
(s. 254-255)
JA/ONI, VII
24 XI 1944
„Urządziliśmy się” już jako tako w obozie. Ja pracuję na Łagiewnickiej 63 przy oczyszczaniu puchu i pierza, a żona z córką w resorcie papierniczym.
Dziś przywieziono do nas na dwóch ciężarówkach futra i walizy, których zawartości nie mieliśmy jeszcze okazji sprawdzić. Rzeczy te były kiedyś własnością Żydów niemieckich, wysiedlonych w 1942 roku do Koła. Obóz ten został niedawno zlikwidowany.
Od kilku dni sporządzają listy ewidencyjne. Podobno na rozkaz Kripo. Spis jest tym razem uproszczony. Zawiera – oprócz imienia i nazwiska – tylko jedną rubrykę: wiek.
Przed trzema dniami spalono w Biurze Ewidencji rejestry narodzin i zgonów. Część ich uratowaliśmy, przedsięwziąwszy z żoną bardzo niebezpieczną nocną wyprawę do Biura przy placu Kościelnym 4.
Nasza praca na Łagiewnickiej 63 nie ogranicza się, oczywiście, do samego puchu i pierza, które z kolei ładuje się na stacji Radegast i wysyła do Niemiec. Wraz z pościelą przychodzą do nas różne rzeczy osobiste z „oczyszczonych” mieszkań żydowskich, a więc ubrania, suknie, różnego rodzaju okrycia, bielizna itp. Wszystko to należy bardzo starannie posegregować na użytek nowych właścicieli – uchodźców ze zbombardowanych miast Trzeciej Rzeszy.
Wczoraj przybył do nas {Erich] Czarnulla i polecił przygotować jak najszybciej 500 kompletów ubrań i bielizny oraz tyleż kompletów garnków, misek i naczyń. Wszystko to dla potrzeb Drezna.
Proponowano mi zmianę pracy: stanowisko kancelisty w biurze niemieckim na Bałuckim Rynku. Odmówiłem. Nie życzę sobie za nic na świecie współpracować z katami mojej Ojczyzny i mego Narodu!”.
(s. 256)
ONI, VII
1 XII 1944
„Wyjechało dziś z Jakuba 16 60 mężczyzn, większość w starszym wieku, [wywieziono] między innymi i [Beniamina] Russa – starszego. Dokąd ich posłano, nie wiadomo. Druga wiadomość to, że uciekł z obozu Jakuba 16 Dawid Pereł, dawny urzędnik na Radegaście. Podobno poszukuje go Kripo.
(s. 252)
JA/ONI, VII
3 XII 1944
„Teraz mogę tylko raz w tygodniu zaglądać do moich zeszytów i cośkolwiek zanotować. W dnie powszednie pracuję ciężko do godziny 15. Wracam do domu bardzo zmęczony, a trzeba jeszcze stanąć w kolejce po chleb, przynieść zupę, zasięgnąć języka, zdobyć jakąś gazetę. Wieczorem jestem tak wyczerpany, że nie mogę utrzymać pióra w ręku…
Mimo zimowej pory wstajemy o piątej rano, choć apele odbywają się zazwyczaj kilkanaście minut po siódmej. [Hans] Biebow był na apelu tylko raz, i to kazał na siebie czekać przeszło trzy kwadranse”.
(s. 257)
JA, VII
10 XII 1944
„Wczoraj punktualnie o godzinie 7.30 nadjechał samochodem Hans Biebow i wszedł na podwórze w towarzystwie szefa Kripo, [Wilhelma] Neumana. Jak zwykle, zaczął wysyłać poszczególne grupy do pracy. Kiedy znaleźliśmy się na ulicy, zastanowiło nas, że tramwaje stoją puste, a wszystkich robotników kierują w stronę ulicy Wolborskiej, jak gdyby na Bałucki Rynek. Na jezdni dostrzegliśmy kilku starych znajomych z Kripo, a obok nich szereg nowych figur, rozmawiających między sobą po ukraińsku. Zaledwie uszliśmy parę kroków, zatrzymano nas i rozkazano stanąć w trójkach, jak na apelu. Dopiero gdy szef Kripo zwrócił się do swoich podwładnych z poleceniem, aby wszystko dokładnie „przejrzeli i przetrząsnęli”, zrozumieliśmy, że odbędzie się rewizja osobista. Młodzieńcy gruntownie rewidowali swe ofiary, wyprowadzając je na środek jezdni i rozbierając prawie do naga. Ludzie zaczęli dobrowolnie wyrzucać różne paczki – głównie zabrane z sobą kromki chleba. Ale znalazły się również bardziej wartościowe rzeczy. „Gorączka pracy” udzieliła się także panu komendantowi [Mordce] Bruderowi, toteż – za zgodą szefa Kripo – wziął osobisty udział w rewizji. Kobiety były również rewidowane i, rzecz jasna, przez mężczyzn. Cała ta procedura trwała przeszło godzinę. Odbierano zegarki, obrączki ślubne, wszelkiego rodzaju wyroby ze srebra, nawet marki niemieckie, banknoty polskie itp. Potem udaliśmy się do naszej codziennej pracy.
Około południa doniesiono nam, że i na terenie obozu przeprowadza się rewizję i w tym celu odbyła się nawet odprawa kierowników poszczególnych grup. Obowiązek ten przypadł władzom obozowym, więc mieliśmy nadzieję, iż obejdą się oględnie z naszymi rzeczami i żywnością, to jest, że nie zmieszają nam kawy zbożowej z solą lub żytnich płatków z marmoladą, jak to czynią w podobnych wypadkach agenci Kripo …
Punktualnie o godzinie 14-ej rozległ się gwizdek i jednocześnie rozkaz Gruppenführera: „Alle antreten!” (Zbiórka!). Niemiec – w naszych warunkach pan życia i śmierci – wygłosił do nas zwięzłe, lecz za to suto okraszone przezwiskami przemówienie. Hans Biebow we własnej osobie obarczył go odpowiedzialnością za „kontrabandę”. Dlatego też proponuje oddanie zegarków, papierośnic, wiecznych piór i tym podobnych wartościowych przedmiotów. W razie nieposłuszeństwa stosowane będą najsurowsze represje aż do kary śmierci.
Po tej soczystej przemowie Gruppenführer przystąpił do osobistej rewizji mężczyzn i kobiet. Był to kwadrans straszliwego napięcia nerwów. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w ten sposób postępuje się ze skazańcami przed egzekucją …
Ale nie. Kazano nam wrócić do pracy, a w godzinę później zwierzchnicy nasi udali się na Bałucki Rynek, zanosząc tam triumfalnie dodatkową zdobycz, wymuszoną groźbami od niewolników”.
(s. 258-259)
JA/ONI, VII
14 I 1945
„Chciałbym coś niecoś zrekonstruować z pamięci. We wtorek po Nowym Roku przybył do nas [Hans] Biebow. Zjawił się na apelu i wygłosił przemówienie tej mniej więcej treści:
Rozpoczął się „nasz” rok. Wprawdzie „wy” macie inny kalendarz, ale mieszkając wśród „nas” przyzwyczailiście się z biegiem czasu do tej daty.
Po tym krótkim wstępie zaczął nam cytować całą litanię grzechów, przekroczeń i uchybień. Plądrowanie mieszkań, „kradzieże” różnych rzeczy (pożydowskich), przeznaczonych na wywóz do Rzeszy, ukrywanie przedmiotów wartościowych itp.
W końcu wyliczył „dekalog” grożących nam kar, począwszy od chłosty, skończywszy na szubienicy … […]
W piątek 5 stycznia [Heinrich] Schwind, przybywszy na apel dziesięć minut po ósmej, zastał na podwórzu zaledwie 200 osób. Dygnitarz musiał odczekać dobry kwadrans, nim wszyscy się zeszli. Wobec tego zarządził ogólny apel na sobotę na godzinę 7.30.
Tegoż dnia, bez opóźnienia, zajechał na dziedziniec obozu samochód, z którego wysiedli Schwind i komendant Kripo, [Wilhelm] Neuman, w mundurze SS. Po „słowie wstępnym” Schwinda, Neuman wygłosił krótkie przemówienie. Zarzucił nam, że nie pracujemy należycie i grabimy majątek getta, należący do władz niemieckich.
Potem wystąpił [Mordka] Bruder i wymienił nazwiska dwóch osób, u których znaleziono „zrabowane” towary. Następnie [Bronisław] Dancyger wymienił nazwiska czterech Żydów sabotujących pracę.
Neuman kazał wystąpić całej „niesumiennej” szóstce i oddał ich w ręce agentów Kripo.
Nasi nieszczęśliwi towarzysze zostali straceni w późnych godzinach wieczornych”.
(s. 261)
JA/ONI, VII
15 I 1945
„Wczoraj po południu udało nam się zdobyć gazetę. Komunikat wojenny wskazuje na to, że wojska radzieckie rozpoczęły na foncie wschodnim ofensywę tym razem zakrojoną na szeroką skalę. […]
Dziś normalny apel. Wśród Niemców widoczny był pewien niepokój, niemniej padały zwykle rozkazy i zarządzenia. Naszą grupę skierowano do ładowania słomianego obuwia. Czy Niemcy liczą się naprawdę z możliwością kampanii zimowej?
Poza tym cały dzień przeszedł spokojnie. W nocy kilku śmiałków słuchało radia. Leżeli nakryci kocami w piwnicy jednego z sąsiednich domów. Donieśli nam, iż Rosjanie idą jak nawałnica w kierunku naszego miasta ze wschodu i z południa”.
(s. 261)
JA/ONI, VII
16 I 1944
„Przed wieczorem, o szóstej, przebywałem w biurze obozu, gdy dotarł do nas odgłos detonacji. Wybiegliśmy na podwórze i oczom naszym przedstawił się niecodzienny widok: jasno jak w dzień – na firmamencie nieba trzy rakiety oświetlające pół horyzontu. Wciąż słychać wybuchy bomb i grzmoty dział przeciwlotniczych. Jedna bomba zapalająca eksplodowała w polu, naprzeciw naszego obozu. Odłamek jej spadł na dach sąsiedniego domu przy ulicy Jakuba 18. Pożar ugasiła natychmiast obozowa straż pożarna.
Poza tym noc przeszła spokojnie”.
(s. 262)
JA/ONI, VII
17 IX 1944
„Dziś rano odbył się normalny, ale bardzo spóźniony apel. Niemców było mało, gdyż większość naszych dozorców otrzymała wezwania do tzw. Volkssturmu (rodzaj pospolitego ruszenia). Niemniej wszystkie nasze grupy skierowano do pracy.
W ciągu dnia były dwa naloty. Przedstawiciele Herrenvolku nie mogą sobie znaleźć miejsca. Chodzą bladzi i osowiali. Jeżdżą wciąż do miasta i z powrotem. Widocznie pakują manatki …
Około godziny 18-ej przybył do obozu komendant [Mordka] Bruder i oświadczył, że z polecenia władz odbędzie się w czwartek ogólny apel. Bezwzględny przymus stawiennictwa dotyczy nie tylko wszystkich mieszkańców obozu, lecz również przebywających poza jego obrębem telefonistek i furmanów.
Ze słów tych wysnuliśmy wniosek, że zanosi się na coś niedobrego. Już po godzinie ludzie zaczęli gremialnie opuszczać obóz. Poszliśmy za ich przykładem. Podyktował nam to zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy. Doświadczenie ostatnich miesięcy nauczyło nas, że kto się ukrywa, ten wygrywa…”.
(s. 262-263)
JA/ONI, VII
20 I 1945
„Wróciliśmy do obozu. Okazuje się, iż nie wszyscy jeszcze wrócili, dużo brakuje. Z 877 jest może 600 ludzi, reszta jeszcze nie przyszła. W obozie są już rosyjscy żołnierze. Idzie na całego. Tak przeszedł dzień piątkowy”.
(s. 265)
JA/ONI, VIII
Między 20 a 28 I 1945
„Żołnierze i mnie dali puszkę mięsa, pół kilo margaryny, butelkę koniaku, butelkę wódki i puszkę konserwowych szparagów, ale już otwartą. Byłem im za wszystko wdzięczny, gdyż byliśmy bardzo wygłodniali na takie rzeczy. Stosownie do obietnicy odwieźli mnie do obozu, a ja ze swej strony obiecałem im dać przewodników na Dworzec Kaliski, gdzie stała ich bateria. Gdyśmy przyjechali do obozu, oficerowie chcieli bezwarunkowo zobaczyć, jak Żydzi mieszkali w obozie. Więc musieliśmy ich zaprowadzić do siebie, na III piętro. Tu ku wielkiej mej radości zastałem u siebie, tj. w oddziale dla kobiet, Kostka Gajewskiego, jego brata Zygmunta i dwóch jego kolegów. Dowiedzieli się od dozorczyni domu na Andrzeja, żeśmy tam byli, to zaraz przylecieli. Przynieśli ze sobą dużo, dużo wódki i słoiki konfitur bardzo dobrych. Bardzo przyzwoity człowiek ten Kostek, nie mógł się dostatecznie nasłuchać naszych opowiadań o tych mękach, jakieśmy przeszli w tym getcie. Wprost wierzyć nie chciał tym rzeczom, cośmy mu opowiadali. Odwiedzało nas mnóstwo sąsiadów, każdy coś powiedział i każdy wypił kieliszek. Była ogólna radość z wyzwolenia. Oficerowie dość długo z nami posiedzieli, przy czym jeden z nich przyznał mi się po cichu, że jest mieszańcem, tzn. pół-Żydem”.
(s. 266-267)
JA/ONI, VIII
25? I 1945
„W obozie wielki jubel. Kilku żołnierzy i oficerów rosyjskich przebywa w obozie, dużo się pije i cieszy.
Szumowiny i męty społeczne korzystają z okazji takich. Otóż był w obozie niejaki Friedman Nachman, były policjant Urzędu Śledczego, u siebie znany ze swoich katowań zatrzymanych tam ludzi i ten pan dostał się zaraz w pierwszych dniach do Gosobrony. Pierwszy dostał samochód ciężarowy, naładował swoje rzeczy i wyprowadził się z miasta. Że też władze Gosobrony nie poznały się na nim. Tak samo Jankiel Ast, który się przyznał do wykrycia dra Weiskopfa i który przeszkodził mu w ucieczce, również wyjechał samochodem ciężarowym.
[…]
Muszę powiedzieć, iż Kostek Gajewski w niedzielę znów był u nas i przyniósł kawał szynki wędzonej. Nie widzieliśmy szynki pewnie blisko 5 lat. Bardzo się podarunkiem ucieszyliśmy.
[…]
We środę znowu byłem w obozie. Ku mej wielkiej radości dowiedziałem się, iż odnalazła się cała rodzina inż. [Izaka] Gutmana i inni dotychczas nieodnalezieni towarzysze z obozu. Już nikt nie brakuje. Niemieccy oprawcy nikogo do ręki nie otrzymali. Gutmanowie wprawdzie wiedzieli o uwolnieniu, ale gdy ze swego schroniska widzieli ludzi z czerwoną opaską, to sądzili, że są to prowokatorzy z Gestapo, których zadaniem jest wywabienie ich z ukrycia. Dopiero we środę rano [24.01], gdy już nerwy nie wytrzymały, wyszli na ulicę gotowi na najgorsze, dowiedzieli się, że już od pięciu dni Armia Czerwona uwolniła Łódź od Niemców i dała wolność. Tak w obozie nic nowego, towarzysze naszej wspólnej niedoli po trochu się wyprowadzają do miasta”.
(s. 267-269)
JA/ONI, VIII
28 I 1945
„W czwartek i piątek nie bylem w obozie, natomiast przyjechałem w sobotę, tj. wczoraj, i byłem świadkiem aresztowania frakcji całego obecnego zarządu obozu, którego nikt nie wybierał i który uzurpował sobie władzę. Aresztowanie jednak nie nastąpiło z tego powodu, lecz za jakieś inne przewinienia, bo aresztowano tylko część zarządu, i w głównej mierze wszystkich byłych milicjantów lub, jak siebie nazywali, policjantów getta i niektórych innych, jak niejakiego [Jakuba] Kruglańskiego, podobno dra [Michała] Eliasberga i dra [Alberta] Mazura. Powodu aresztowania nikt nie zna. Aresztował ich jakiś pułkownik armii sowieckiej, jakiś oficer polskiej armii i kilku milicjantów i odprowadzono ich zaraz. Bałagan, który był przedtem, jeszcze więcej się przez to powiększył. Nie było nikogo, kto by mógł dać należytą odpowiedź. Zgłasza się do obozu [dużo ludzi], bo uważają to za jakieś centrum żydowskie, całe rzesze osób urzędowych i nieoficjalnych, którzy chcą otrzymać informacje o naszym życiu. Prócz tego wszyscy, albo lepiej powiedzieć, prawie wszyscy Żydzi, którzy powracają do Łodzi, zgłaszają się tu do obozu celem rejestracji i podania swego adresu. Dlatego też powinna była być bardzo sprężysta organizacja, a ta „młodzież”, która wciska się do rządów i która obecnie została aresztowana, nie potrafiła tego uczynić, bo nie miała do tego żadnych kwalifikacji”.
(s. 270-271)
JA/ONI, VIII
11 II 1945
„Do obozu, który od dziesięciu mniej więcej dni przeniósł się do innego baraku, a mianowicie do poprzecznej oficyny domu przy Narutowicza 32 (dawny numer). [sic] Tam tylko znajdują się biura i składy obozu, bo tu również przeniesiono zapasy, które znajdowały się na Jakuba 16.
Przyjechał jakiś delegat z Lublina, a w kilka dni później przyjechał główny delegat z Lublina, mój stary znajomy dr Filip Friedman, historyk, nauczyciel gimnazjum żydowskiego w Łodzi.
Z każdym dniem ilość Żydów w Łodzi się powiększa”.
(s. 272)
Bibliografia
– Dziennik Heńka Fogla z getta łódzkiego, oprac. Adam Sitarek, Ewa Wiatr, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny 2019.
– Jakub Poznański, Dziennik z łódzkiego getta, Warszawa 2002.