WALICÓW 6

 

Helena Szereszewska

JA, III

„Piwnice na Walicowie pod szóstym były solidnie zbudowane. Niskie ale wygodne, o podłużnych okratowanych okienkach. Piwnic w tym domu było niezliczone mnóstwo. Mieliśmy dwie piwnice. Jedną na węgiel, drugą na drewno, kartofle i kwaszoną kapustę.” (s. 42)

JA/ONI, II

„Dozorca domu na Walicowie pod szóstym nazywał się Zysie Fligelman. Liczył lat trzydzieści dwa. […] Przed wojną pracował jako szofer w majątku Wola Krysztoporowska, należącym do naszej rodziny. Nosił w tym czasie brązową skórzaną kurtkę, skórzaną czapkę z daszkiem i wysokie buty. Pracował sumiennie. Ufano mu. Był ambitny i nigdy nie brał napiwków. Nazywał się wtedy Zygmunt. Ponieważ dom na Walicowie pod szóstym w przeważnej części należał do naszej rodziny, otrzymał to dozorcostwo. I zaraz powrócił do swego imienia „Zysie”. Snobem nie był. Skoro żył teraz wśród samych Żydów, odrzucił imię „Zygmunt” jako nie mające sensu w zamkniętym getcie. Zajął mieszkanie po dozorcy-Polaku – Mateuszu czy Mikołaju – w bramie na lewo. Małą izdebkę, ciemną i zimną, z oknem wychodzącym na kwadratowe podwórze. […] Mówiono o nim, że miał szczęście do kobiet […]. Ale musiała być prawda w tych pogłoskach, skoro wkrótce przyszła z nim do getta dziewczyna-Polka, którą oczarował podczas swego długoletniego pobytu w Woli Krysztoporskiej. Miała lat dwadzieścia osiem. Ładna czarnuszka, podobna do Ukrainki. Jak się potem okazało romans ten ciągnął się wiele lat. […] Zjawiła się pewnego dnia z małą walizką i zamieszkała w stróżówce jako żona Fligelmana. Na rękaw swego zakopiańskiego kożuszka nałożyła białą opaskę z niebieską gwiazdą Dawida i wystarała się o żółtą kartkę żywnościową, na którą odbierała przydziały. […] Nazywała się Zofia Margasińska. Była córką mechanika z Woli Krysztoporskiej.” (s. 41)

„Handlarki, u których kupowaliśmy w tym czasie dzieliły się na dwie kategorie: te od drzwi frontowych i te skromniejsze, od drzwi kuchennych. Kuchennymi drzwiami przychodziły zawodowe handlarki jak Rachela i Sara, u których kupowałyśmy mięso. W pierwszym miesiącach wołowinę, a później już tylko koninę. Tędy przychodziła kobieta, która mieszkała na poddaszu w domu naprzeciw i miała męża w Rosji. Przyprowadzała ze sobą czteroletnią córeczkę. […] Frontowymi drzwiami przychodziły panie z towarzystwa, które wzięły się do handlu bo okoliczności tak się złożyły. Na przykład Stefa Pinus. […] Frontowymi drzwiami przychodziła Zofia Mościbrodzka, szwaczka, która od lat szyła firanki dla naszej rodziny. […] Przychodziła też Markowiczowa – wdowa po moim ciotecznym bracie. Handlowała mydłem. Teraz handlowała mydłem – ale przedtem, kiedy mogła jeszcze otrzymywać paczki od swego brata z Kopenhagi, handlowała wędzoną słoniną. […] Pewnego dnia frontowymi drzwiami przyszła pani Lau. Nauczycielka muzyki. Mąż jej był oficerem polskiej armii i dostał się do niewoli, a może zginął, nie wiadomo. Był eleganckim panem, inżynierem z zawodu. Inżynier Lau. Ona – prawdziwa róża Saronu – czarne oczy, smagła cera… Mieli jedyną córkę, śliczną Martuśkę. Teraz sprzedawała zupy w torebkach. Martuśka była panną do dzieci na Karmelickiej – za utrzymanie i spanie. „Tak, czasy się zmieniły – mój maż, niestety nie wrócił z wojny…” Była biednie ubrana, zalatywał od niej zapach nędzy. […] Handlarki od kuchni mówiły „do widzenia” i zamykały drzwi za sobą. Nie robiło się z nimi ceregieli. Handlarki od drzwi frontowych częstowało się herbatą, niekiedy talerzem zupy… Mogły korzystać z klozetu. Odprowadzało się je do drzwi, a niekiedy nawet przy otwartych drzwiach jeszcze prowadziło się rozmowę.” (s. 44-45)

JA/ONI, II (po 10 stycznia 1941)

„Razem z Niną uczyły się modniarstwa Hania Pakszwer i Stella Jonas. Hania, żona młodego lekarza, który nam szczepił szczepionki Weigla – była rzadko spotykaną pięknością. Stella, krótkowzroczna blondynka, stale nosiła okulary. Nie miała matki. Mieszkała z ojcem na Pańskiej. Sąsiedzi nasi, Jonasowie, byli jej krewnymi.
Chociaż obie były starsze od Niny, przyjaźniły się z nią i nieraz przychodziły do nas szyć wspólnie kapelusze. Zasiadały dookoła stolika przy balkonowym oknie i wyjmowały z torebek igły, nożyczki i zawinięte w papier filcowe sztumpfy. Opowiadały nowinki o znajomych. Niekiedy nastawiały patefon. O zmroku zapalały światło.
Od czasu do czasu z mieszkania naprzeciwko przychodził Leon Wyszewiański w mundurze policjanta. Był mężem naszej siostrzenicy. Wchodził cicho do pokoju, stawał pod lampą albo przy stole. Mógł tak stać godzinę. Średniego wzrostu, przystojny, o inteligentnej twarzy. Leon był chemikiem z wykształcenia. Ukończył politechnikę w Zurychu. Nie odrywał oczu od pięknej Hani.” (s. 50)

„Nasze kartki żywnościowe były koloru żółtego z gwiazdami Dawida. Przydzielano na nie chleb, cukier, marmoladę i tłuszcz. A zarejestrowane były w sklepie spożywczym u Szafrana.
Był to ten sam Szafran, który przed wojną miał sklep produktów mlecznych przy ulicy Pięknej. I kiedy mieszkaliśmy na Poznańskiej, byliśmy przez długie lata jego klientami.
Nie mogliśmy się z początku dość nadziwić, że znów mamy Szafrana tak blisko. Mógł przecież otworzyć sklep na Lesznie albo na Karmelickiej, a los tak zarządził, że otworzył właśnie na Walicowie i akurat pod szóstym.” (s. 57)

JA/ONI, II A (XI 1940)

„Po Geni pracowała u nas pani Jeleń. Pochodziła z Kalisza i chętnie opowiadała o swoim zasobnym życiu sprzed wojny. „Miałam obszerne mieszkanie z balkonem przy głównej ulicy, a dwie moje dorosłe córki grały na fortepianie.” Nie było przy niej ani jednej, ani drugiej. […] Nie wspomniała ani słowem, że ma męża, byliśmy pewni, że jest samotną wdową. Przez przypadek otworzyliśmy raz drzwi do służbowego pokoju i zdziwieni zobaczyliśmy tam skład chleba i niskiego, przysadzistego mężczyznę dość licho odzianego.
„Kto to jest ten mężczyzna?”
„To zaś jest mój mąż – odpowiedziała – handluje chlebem.”
Zastanowiliśmy się. Zrobiliśmy naradę. Ktoś powiedział, teraz jest listopad. Palimy w piecach. Może to i dobrze. Będzie nam przynosił węgiel i drewno z piwnicy.” […] Wkrótce wyszło na jaw, że wynosił i sprzedawał nasz węgiel. Kiedy powiedzieliśmy o tym naszemu dozorcy, uśmiechnął się. Uśmiechnął się, jak gdyby wiedział od tej sprawie nie od dziś.” (s. 40)

ONI, II A

„Szafranowie nie szmuglowali sami. Stali w sklepie trochę z boku i trzymali ręce w kieszeniach palt. Nie usługiwali klientom. Sklepem rządziły bez reszty Helena i Salka, głównie Salka. Oni zaś stali z rękoma w kieszeniach, patrzyli na drzwi i czekali.
I nagle otwierały się drzwi na oścież i wraz z tumanem mroźnego kurzu wpadał szmugler. Nosił czapkę głęboko nasuniętą na uszy, grube rękawice i buty. Wpadał i rzucał przed siebie worek albo skrzynię.
Niekiedy na rozgrzewkę bił się rękoma po ramionach albo walił nogami o podłogę. I wnet wychodził. Bez słowa. Bez rozliczania się.” (s. 58)

JA-ONI, II A (kwiecień 1941)

„W pierwszych dniach kwietnia 1941 roku, w przeddzień pierwszej uczty sederowej w getcie, przysłano nam do domu owinięty w bibułkę pęczek czerwonych rzodkiewek i kilkanaście listków sałaty tak młodej, że jeszcze nie tworzyła główki.
„To z Toporolu!” – zawołaliśmy uradowani.” (s. 73)

JA/ONI, II AII B

„Był już rok 1941. I właśnie Regina była naszą służącą, kiedy pewnego dnia o godzinie dziewiątej wieczorem przyszli do naszego mieszkania bandyci.
Przyszło ich czterech. I jak na wojskową komendę w jednej chwili ustawili się: jeden w przedpokoju przy drzwiach frontowych, drugi przy drzwiach kuchennych, a dwóch usiadło przy nas za stołem.
Regina już spała – do niej wcale nie weszli. Ryszard, Marysia i dziecko byli już w łóżkach – i do nich nie weszli.
Byli porządnie ubrani. Nosili kapelusze i palta z futrzanymi kołnierzami. Nie nosili opasek na rękawach – byli Polakami. Nie żadni Żydzi z gettowego „unterweltu”, co których słusznie czy niesłusznie dom nasz zaliczał także malarza ze strychu, i nie Niemcy. Polscy bandyci.
Strychami i ciemnymi korytarzami, świecąc kieszonkową latarką, przyszli do nas tego wieczoru stryj, który mieszkał w oficynie, i szwagier mój Witold, jego sublokator. I ci dwaj obcy usiedli obok nich i spokojnie prowadzili rozmowę, jak gdyby należeli do tego samego towarzystwa. Ale mieli na nich oko, to się wyczuwało.
[…]
Obaj zdjęli kapelusze i zachowywali się jak dżentelmeni.
Ale ten, który stał w przedpokoju nie zdjął kapelusza. […] Otworzył drzwi szafy bibliotecznej i przerzucał książki. Szukał pieniędzy wśród kartek. Baliśmy się, że podniesie kopsztyk biblioteki i znajdzie albumy Leona. Potem przeszedł do jadalnego stołu. […] Teraz przyglądał się starej czeczotowej szafie. I podczas kiedy tamci dwaj zabawiali nas rozmową, w jednej chwili znalazł i wysunął dwie sekretne szuflady. Mieliśmy tam schowanych dwadzieścia tysięcy złotych. Włożył je spokojnie do kieszeni. A tamci, rozmawiając zerkali tylko, czy nikt się nie zrywa, żeby zaalarmować sąsiadów.
Potem ten w sportowym palcie podszedł do kredensu, otworzył dolne drzwiczki, najspokojniej w świecie wyjął blaszane pudełko z fasolą i wysypał je na podłogę. Z przerażeniem zobaczyliśmy nasze złote bransoletki u jego stóp. Położył wszystko przed szefami na stole. Wstąpił do pokoiku, gdzie spała moja matka, przeszukał w milczeniu jej walizy i zabrał pieniądze.
Zabrali mi jeszcze brylantowy pierścionek, który nosiłam w woreczku na szyi. Kazali mi rozpiąć bluzkę, wiedzieli, że mam woreczek. Wszystko po dobroci.
„A teraz będziemy wykupywać!”
Powiedzieli, że oddadzą bransoletki za pewną sumę pieniędzy, i określili sumę. Nie mieliśmy tych pieniędzy, bo te, które zabrał przepasany pasem, już nie wchodziły w rachubę. Pierścionek z brylantem też nie wchodził w rachubę. Udawali, że go zgubili, i nawet szukali pod stołem.
Więc stryj i Witold powiedzieli, że przyniosą z domu i wyłożą za nas pieniądze, na co się zgodzili.
A Regina spała jakby nigdy nic. U Marysi przez świetlik nad drzwiami przebijało światło, ale nic ich te dwa pokoje nie obchodziły, jak gdyby wiedzieli, że nic tam nie znajdą.
I nagle otworzyły się drzwi łazienki i wyszła Nina w seledynowym szlafroku. Akurat się kąpała, nie wiedziała o niczym. Egzotyczna i śliczna przeszła przez pokój zażenowana, że widzi tylu mężczyzn. Myślała, że to znajomi ojca, i była zdziwiona, że o tak późnej porze do niego przyszli.
Byli zaskoczeni. To się widziało. Obstawili wejścia. Umiejscowili wszystkich. Nikt z zamkniętych pokoi nie wychodził. I nagle ona…
Ale już Witold i stryj wstawali do stołu. Nikt nie szedł za nimi. Ten przy drzwiach kuchennych usunął się i przepuścił obu. Weszli po kilku schodkach na strych i w jednej chwili zniknęli w ciemnościach korytarzy. Mogli nie wrócić. Ale oni byli pewni, że wrócą. Przecież pieniądze były potrzebne dla nas.
W końcu bandyci pożegnali się w bardzo grzeczny sposób. Zupełnie jak gdyby wychodzili z towarzyskiego zebrania.
[…] I już ich nie było. Drzwi się za nimi lekko zamknęły. Założyliśmy łańcuch.” (s. 57)

„Zdarzało się nieraz, że odprowadzając Mościbrodzką, czy inną handlarkę „z towarzystwa” do drzwi frontowych – stało się z nią na podeście i rozmawiało o tym i o owym. Często w takich chwilach słyszało się kłótnie za drzwiami sąsiadów. Nie wiadomo u których, bo w trzech pokojach odciętych od naszego lokalu, mieszkały trzy rodziny: w pierwszym policjant z matką w drugim młody człowiek z matką; w trzecim państwo Jonas.
Pewnego razu otworzyły się drzwi i ku naszemu zdziwieniu wypadł z nich policjant w kalesonach i wyrzucił na schody jakiegoś mężczyznę. „Raus! raus! raus!” – wołał. Kim był ten człowiek i z jakiego powodu wyrzucono go z mieszkania, nie dowiedzieliśmy się nigdy.
A więc nerwowy policjant w pierwszym pokoju, a w trzecim państwo Jonas, krewni jasnowłosej Stelli, która razem z Niną szyła kapelusze. Pan Jonas miał przed wojną sklep jubilerski w Hotelu Europejskim. Z pewnością miał też piękne mieszkanie i nie byle jaką klientelę.
[…]
Mieli widocznie przyjaciół po „aryskiej” stronie, którym może powierzyli część swojego majątku, bo wciąż do nich telefonowali. Na strychu mieszkał malarz pokojowy, który miał telefon. Trzeba było dobrze znać topografię strychu i jego korytarzy, ażeby po wielu zakrętach i dziwacznych przejściach trafić do niego.
Zamiast zejść z piątego piętra na podwórze, a potem bocznym wejściem z oficyny wejść na strych do malarza, o wiele prościej było przejść przez nasze mieszkanie i za drzwiami kuchennymi po kilku schodkach od razu znaleźć się na strychu. „Czy państwo pozwolą przejść przez mieszkanie?
– „Oczywiście” – mówiliśmy.” (s. 63)
[…]
Każdego niemal dnia przechodziła przez nasze mieszkanie matka policjanta. Była to jeszcze dość młoda kobieta i wdzięczyła się przechodząc przez pokój. Policjant nie przechodził nigdy. […] Przypuszczaliśmy, że jego matka również miała kontakty ze stroną „aryjską”. Pukała trzy razy do naszych drzwi: „Czy mogę przejść?” Zdarzało się niekiedy, że przechodząc przez pokój w stronę kuchni spotykała panią Jonas idącą w przeciwnym kierunku. A już pukała do drzwi sąsiadka z przeciwka – mała rudowłosa pani Ferhendler, żona oficera policji.” (s. 64)

„Pani Ferhendler miała u siebie koncertowy fortepian i pięknie na nim grała. Śmiało można powiedzieć, że była artystką. Przed wojną marzyła o sławie, o grze dla tysięcy… I kto wie, może świat by o niej usłyszał? Ale tutaj – w tej kamienicy jak forteca – w sercu „małego getta” grała tylko dla siebie. I to musiało jej wystarczyć. […] Miała matkę-wdowę, sparaliżowaną od wielu lat. Mosiężna tabliczka na drzwiach z wyrytym na niej nazwiskiem wskazywała na to, że była lokatorką sprzed wojny. Pani ta nie mogła chodzić, ani mówić, ani czytać. Od rana do nocy siedziała na balkonie, ubrana w barwny szlafrok – o każdej porze dnia można ją było zobaczyć patrzącą przez szybę. […]
Jeżeli zięć jej, oficer policji, w drodze na strych przechodził przez nasze mieszkanie, prosiliśmy go, aby posiedział z nami chociaż kilka chwil. Zawsze miał do opowiedzenia coś ciekawego z życia getta, coś co nami wstrząsało; rzadziej niestety co mogłoby dodać nam ducha.” (s. 64-65)

„Nie mniej często niż pani Jonas przechodziła przez nasze mieszkanie [w drodze na strych, gdzie mieszkał lokator posiadający telefon] blondynka z czwartego piętra, która miała amerykański paszport. Nosiła pospolite nazwisko – Rezenberg czy Rotblatt. Byliśmy dla niej pełni atencji, bo była klientką Niny.” (s. 65)

„Z biegiem czasu nawet całkiem obcy ludzie przechodzili przez nasze mieszkanie. I nie tylko w drodze do telefonu, ale także w drodze do lokatorów oficyn z tej strony domu. Niekiedy prosili o pozwolenie, kiedy indziej przechodzili w milczeniu, jak gdyby był to szlak publiczny, bita droga uświęcona siłą przyzwyczajenia.
W pewne dnie notowaliśmy spadek frekwencji, niekiedy znów nasilenie. Szczególnie w czasie kiedy zabierano futra żydowskie. Między godziną siódmą a dziewiątą wieczorem nie warto było nawet drzwi zamykać. Zdarzało się też, że któryś z domowników sarkał zniecierpliwiony: „Co to? Przecież całkiem zatracamy poczucie prywatnej własności. Czy to mieszkanie w końcu jest nasze, czy nie nasze?”” (s. 65-66)

„Malarz mieszkający na strychu był tajemniczym człowiekiem. Nikt go ani razu nie widział w roboczym ubraniu – z wiadrem wapna, ze szczotką, z drabiną – więc z czego żył? Wychodził z domu o świcie, a wracał późnym wieczorem. […] Miał tęgą żonę, niską brunetkę i dwunastoletnią siostrzenicę, która zawsze nosiła na głowie niebieską czapeczkę z włóczki. Nie widziało się nigdy tej dziewczynki na podwórzu. Przez cały dzień stała w okrągłym okienku na strychu i rzucała kawałkami tynku w rudego chłopca, pomocnika dozorcy. Wydawało się, że przez cały dzień nic więcej nie robiła, że było to jej jedyne zajęcie.
Prócz malarza na strychu miał jeszcze u siebie telefon pan Migdał – lokator z czwartego piętra od frontu. Pan Migdał był właścicielem fabryki gazomierzy, więc nie byle kim. Liczono się z nim. Lokator sprzed wojny – tak samo jak nasza sąsiadka, paralityczka. Nie było do pomyślenia ażeby dzwonić z jego aparatu i płacić mu za rozmowy. Nikt by nie śmiał. Gdyby pozwolił komu zatelefonować, zrobiłby to przez grzeczność. Dlatego każdy szedł do malarza. Każdy z wyjątkiem pana Koenigszteina, który tak samo był fabrykantem jak pan Migdał, a nawet o wiele zamożniejszym.” (s. 66)

JA, II B

„„Kartofle się psują. Zejdźmy wreszcie do piwnicy i popracujmy przy kartoflach. Zabierzmy ze sobą Fligelmana.” Zeszliśmy w końcu pewnego wieczoru. Zapaliliśmy świecę i przy jej migotliwym blasku w niskiej piwnicy – jedni schyleni, inni na kolanach – obrywaliśmy z kartofli długie, żółte pędy.
„Piwnica jest za ciepła” – powiedział ktoś.
„A jeżeli otworzyć okienko zmarzną kartofle.”
„A co będzie z kapustą? Przecież psuje się w beczce.”
Z kapustą także był niemały kłopot. Postanowiliśmy gotować każdego dnia kapuśniak i krasić go wątpliwej jakości słoniną, której nie wypadało nie kupić u sąsiadki. Ale to codzienne gotowanie nie rozwiązywało problemu. Z jednego kłopotu wpadliśmy w drugi, ponieważ gotowaliśmy więcej niż mogliśmy zjeść, oddawaliśmy resztę żebrakowi. Z początku jednemu, potem także drugiemu, którego przyprowadził. Po tygodniu było ich kilkunastu. Myśleli, że to stołówka dla ubogich. Niecierpliwili się, bili pięściami w drzwi, przeklinali nas.
Najgorsze było to, że zanieczyszczali schody.” (s. 68)

JA/ONI, II B

„W tym czasie mój szwagier, Witold Szereszewski mieszkał na czwartym piętrze w oficynie naszego domu. I był komisarzem czterech domów na Muranowskiej. Takich komisarzy było wielu w getcie a wszyscy podlegali komisarce, Niemce – Reichsdeutschce, pani Sabat.” (s. 70)

JA/ONI, III B

„Wkrótce nowe kłopoty spadły nam na głowę. Siostrzenica moja Anusia, z wybuchem wojny przerwała szkołę. W getcie uczyła się szycia w pracowni na Nowolipiu. Kiedy otworzono szop Többensa, wstąpiła razem z matką do szopu i pracowała w wydziale krawieckim. Mieszkały na Walicowie pod szóstym, w oficynie, u pani Bermanowej.” (s. 70)

JA/ONI, III A

„Wtedy na Walicowie po drugiej blokadzie – kiedy wróciliśmy do pustej kamienicy – wtedy nareszcie zrozumieliśmy, że nasz dom potrzebny jest Niemcom dla robotników Tobbensa i żaden z lokatorów nie będzie mógł w nim pozostać.” (s. 85)

ONI, III A (po 15 sierpnia 1942)

„Olga Liwszyc przypisana była do szopu przy ulicy Niskiej. Szop ten był pralnią parową. Dwie jej córki – Danusia i Irka – pracowały w szopie Többensa w „małym getcie” i mieszkały przy ulicy Waliców 6, w mieszkaniu, w którym przedtem mieszkała moja siostra.” (s. 106)

JA/ONI, IV A (tuż po 21 września 1942) ale wspomnienie dotyczy czasu II AII B

„Idziemy tak i idziemy, a nigdzie nie widzimy żebraków. Pomyślcie: nie widać żebraków, a takie mnóstwo było ich dawniej!”
„Nie śpiewa teraz nikt: «Ich hob niś ka mues…» i «Di bone, di bone»” – ktoś powiedział.
W jednej chwili melodia tych pieśni podwórzowych zadźwięczała nam w uszach. Przypomniało mi się podwórze przy Waliców i śpiewaczka, którą nazywaliśmy „pięknogłosą”. Przychodzili we dwoje: mężczyzna i kobieta. On grał na skrzypcach, a ona śpiewała. Arie z „Fausta”, z „Poławiaczy pereł”, z „Carmen”. Podwórze tej pięciopiętrowej kamienicy podobne było do głębokiej studni. Głos jej odbijał się o mury i drżał na skrzydłach aniołów. Ze wszystkich okien wyglądały głowy. Rzucano jej pieniądze i kawałki chleba, owinięte w gazetę. Kiedy śpiewała, cierpienie i tęsknota nie miały granic i zdawało się, że tylko w śmierci mogły znaleźć ukojenie.” (s. 145-146)

„Pewnego wieczoru przyszedł do nas siostrzeniec Bermanowej, byłej naszej sąsiadki z ulicy Waliców. Mąż mój spotkał go przed Gminą i prosił, żeby nas odwiedził.
„Wiecie, kogo spotkałem? – powiedział w domu – nie zgadniecie – Grinberga z ulicy Waliców. Prosiłem go, żeby do nas przyszedł, ale chyba nie przyjdzie”.
A jednak przyszedł. Był przystojnym chłopcem. Blondyn. Wysokiego wzrostu.
Dawniej miał matkę i dwie siostry: Lolę i Irkę. Obie były pielęgniarkami. Kiedy mieszkaliśmy przy ulicy Waliców, jedna z nich – ta młodsza – pielęgnowała Ryszarda, który chorował w tym czasie na czerwonkę.
Matka ich nie była przy zdrowych zmysłach. Ciągle ginęła i trzeba ją było szukać po mieście. Albo wsiadała do rykszy i kazała się wozić w kółko po ulicach.” (s. 190)

„W czasie, kiedy mieszkaliśmy w „małym getcie” przy ulicy Waliców, przychodziła do nas kobieta w zielonym palcie i sprzedawała nam koninę. Stukała od frontu, bo od kuchni przychodziły inne kobiety z koniną.” (s. 193)

Bibliografia

– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.