WRONIA 56
Mietek Pachter
JA, II
„Jestem już na Barskiej pod 5-tym, nasz znajomy wydaje kartofle na kartki, ogonek był wielki, dochodzę śmiało i proszę o chwilkę rozmowy. Wszyscy sądzili, że jestem jakimś urzędnikiem. Gdy weszliśmy do pokoju, zdjąłem kapelusz i mówię: „witam pana Marjana”, ten od razu mnie poznał, zaczął mnie ściskać, nasza sympatia jeszcze nie wygasła sprzed wojny. Wyszedł i polecił wydawać dalej kartofle, bo on ma urzędową sprawę do załatwienia. Postawił butelkę i opowiedziałem mu, jak u nas wygląda i czy ma już towar naszykowany. Tak, towar jest gotowy. Daje mi dwóch urwisów do pomocy, płacę mu forsę, dzwonię do rodziców i mówię, że za godzinę będę na miejscu, oczywiście szyfrem. Bierzemy towar i wsiadamy na tramwaj, następnie się przesiadamy i jesteśmy na Wroniej. Każę jednemu lecieć do dozorcy, żeby otworzył bramę, my kryjemy się w zaułku. Brama otwarta; mówię, żeby brali towar i lecieli szybko w moje ślady. Plan mój jest wykonany, jestem przy parkanie. Na umówiony sygnał mój brat się ukazał na parkanie [podwórze Chłodna 41] i w ciągu jednej minuty już towar jest w naszym mieszkaniu. Płacę chłopcom i skaczę na parkan, a następnie do naszego okna. Wszyscy są ciekawi mych przygód, ale zamykam posiedzenie tym, że mogę nawet jeszcze raz pójść, bo to jest wszystko drobnostka. W kilka minut towar już jest sprzedany, a zysk w kieszeni.” (s. 55)
„Biorę towaru ile dnia poprzedniego, wszystko idzie jak po maśle, brama [Chłodna 41] stoi już otworem, lecę pierwszy, by podać towar, a za mną powinna lecieć moja karawana. Mój towar jest już uniesiony ręką Wilka, gdy nagle odwracam się, by wziąć drugą i trzecią paczkę od mojej karawany, ze zdziwieniem widzę, że tych w ogóle nie ma. Idę szybko do bramy, tu widzę, że policjant stoi i rozmawia z dozorcą. Brama już jest zamknięta, lecę drugą bramą odnaleźć trop mojej karawany. Po 10 minutach poszukiwań znajduję ich w bramie na Chłodnej 30, przy nich stoi dwóch, którzy za samą twarz by dostali wyrok zaoczny na najmniej 20 lat. Ja tych znałem, oni byli szmalcownikami naszej mety i przy wasze, ale to było im mało, bo jeszcze podawali towar przez nasz parkan. My, chcąc żyć z nimi w zgodzie, gdyż przy takich interesach trzeba było nawet z dzikimi żyć w zgodzie, bo zniszczyć może każdy, oni byli kilka razy nawet u nas w mieszkaniu i chlali wódkę.” (s. 56-57)
Bibliografia
– M. Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.



