ZACHODNIA – BAŁUCKI RYNEK [TRASA]

 

Arnold Mostowicz

JA/ONI, I C

„Kolumna powoli ruszała okopami wzdłuż szarych kamienic Zachodniej. Szedł wolniej niż inni, aby przepuścić wlokącą się ciżbę. Na odprawie otrzymał polecenie, by trzymać się zawsze końca kolumny. Od czasu do czasu dochodziły do jego uszu jakieś pokrzykiwania niemieckie, a stale – chrzęst śniegu wdeptywanego coraz głębiej w kocie łby jezdni.

Znaleźli się wreszcie z sanitariuszem ponownie na końcu i mieli przed sobą otulony mrokiem nocy widok pustej, jakby żegnającej odchodzący tłum wygnańców ulicy. Nie, to wydawało się tylko, że ulica jest pusta. Z bram ledwie widocznych domów wysuwały się od czasu do czasu ciemne postacie i szybko do worków, koszów czy waliz ładowały to, czego Żydzi nie doniosą do getta. Hieny węszące padlinę. Tej było coraz więcej, niektórzy z Niemców bowiem urządzili sobie zabawę i jednym umiejętnym kopnięciem wytrącali walizkę z rąk maruderów. Ci z tyłu, szczęśliwi, zbierali obfite żniwo. Okazuje się, że okupacja wcale nie jest taka straszna. Daje żyć!

Sanitariusz pokazuje ich palcem i coś mruczy pod nosem. Chciał mu odpowiedzieć, że gdyby sytuacja była odwrotna i dzisiaj upokorzeni byliby na miejscu tych, co pozostają, niejeden z nich zachowałby się podobnie, nie zdążył jednak tego zrobić, gdyż zauważył leżącą pod ścianą jednego z domów starszą kobietę w żółtym flanelowym szlafroku. Staruszka nie żyła. Załadowali ją na nosze. Na pytające spojrzenie sanitariusza mruknął: – Sam pan widzi. Umarła śmiercią naturalną…

Znowu nosze na dorożkę. Zanim je umocowali i zanim wydał woźnicy odpowiednie polecenie, kolumna ponownie się oddaliła. Trzeba się było spieszyć, by ją dogonić. Napływało coraz więcej informacji o zabitych na podwórkach, w mieszkaniach, na schodach, na ulicach przecinających Zachodnią. Uwijali się teraz z sanitariuszem jak w ukropie. Nie chodziło oczywiście o niesienie pomocy. Ta i tak była zbędna. Chodziło o to, by wszystko mieć dokładnie zapisane i aby dane w sprawozdaniu zgadzały się z ilością trupów, jeśli nazajutrz komuś wpadnie do głowy, by je przeliczyć.

Kolumna rozciągająca się na całą szerokość ulicy przypominała wartką rzekę przecinającą mroczny kanion. W pewnym miejscu, zamknięta podwójnym szeregiem żandarmów, rzeka nagle się skończyła.

Niczego nie uronić…

Ślad wędrówki po śniegu i błocie zaczynają nagle znaczyć książki. Grube, cienkie, duże i małe. Jest ich coraz więcej i coraz głębiej wbite są przez buty kobiet i mężczyzn w miękki podkład jezdni. Sanitariusz zdziwiony podniósł jedną z książek – hebrajskie litery i specjalny układ świadczyły, że to prawdopodobnie jakiś komentarz Talmudu albo Pisma Świętego. Po chwili obydwaj przestali się dziwić. Kilku mężczyzn ciągnęło wózek z książkami, cały majątek jakiejś bożnicy czy może chederu… Wywołało to niezadowolenie dwóch w zielonych mundurach, którzy zaczęli systematycznie zrzucać książki na śnieg, aż w końcu przewrócili cały wózek… Widok rozsypanej zawartości wózka strasznie Niemców ubawił, a sanitariusz dobył się na ponury dowcip: – O co się pan założy, panie doktorze, że tych książek ci tam z tyłu nie ruszą?

Nagle okazało się, że z bocznych ulic przestały napływać strumienie wysiedlonych. Wyrzucanie z mieszkań wstrzymano. Niemcom chce się widać spać. Zresztą i tak osiągnęli swój cel… Jutro wieść o dzisiejszym wysiedleniu rozniesie się szybko i Żydzi sami zaczną przenosić się na Bałuty. Wprawdzie więcej ze sobą zabiorą i mniejszy będzie łup dla tych, którzy mieszkania ich otrzymają, ale przecież co się odwlecze, to nie uciecze.

– Panie doktorze! Tutaj! Zemdlała! – ktoś krzyczy z tłumu. Pobiegł za sanitariuszem. Niemcy, o dziwo, bez sprzeciwu pozwalają wyciągnąć z tłumu młodą, bladą kobietę. Dusi się. Astma? Astma. Spojrzał pytającym wzrokiem na żandarma. – Trzeba ją zabrać do szpitala… – Machnięcie ręką miało oznaczać: A rób sobie z nią, co chcesz. Dobry człowiek. Sanitariusz zaprowadził kobietę do dorożki.

Duszność przeszła. Szczęśliwy koniec ataku. – Jestem w ciąży. – Kobieta rzuciła tę informację, zanim dorożka ruszyła. Swoją słabość wynikającą z choroby astmatycznej chciała widać pokryć tą dumną wiadomością. Będzie to jedno z pierwszych gettowych dzieci – pomyślał.

I ponownie przód kolumny, która czołem dotarła już do Bałuckiego Rynku.” (s. 37-39)

 

Bibliografia

– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.