ZACHODNIA [TRASA] (poza gettem)
Arnold Mostowicz
ONI, I C (Luty-marzec 1940 lub między 12 lutego, a 8 marca, Okres przesiedleń do getta)
„Rozrosła nam się teraz kolumna – pomyślał, patrząc, jak z bram domów żandarmi wyprowadzają coraz to nowe grupy ludzi z żółtą łatą. Cała akcja wynikła zresztą z tego, że się Niemcy zdenerwowali, i słusznie zdenerwowali. Ogłosili utworzenie getta, podali do wiadomości jego granice, a tylko nieliczni Żydzi uwierzywszy, że to nie groźby czy żart, porozumieli się z żyjącymi na Bałutach Polakami i za słone pieniądze wykupili co lepsze mieszkania. Wybór nie był duży. Tych lepszych, z urządzeniami sanitarnymi, było trzysta-czterysta na czterdzieści tysięcy. Reszta Żydów łódzkich przez pierwsze kilka tygodni czekała. Na co? Może na to, że ziszczą się plotki nie wiadomo gdzie wymyślane i nie wiadomo przez kogo puszczane w obieg: że wojna się kończy, że Hitler nie żyje, że ofensywa francuska, że czołgi rosyjskie, że Rumunia, że… Im słoneczko wyżej… Kto przedtem w żydowskiej dzielnicy słyszał o Sikorskim? Najwyżej nieliczni stali czytelnicy gazet. Teraz wiedziało o nim każde żydowskie dziecko.
Jaka to ulica? W ciemnościach wszystkie są do siebie podobne, szczególnie w Łodzi. Zachodnia, zdaje się. Na zachodzie ma się lada dzień zacząć…
Uwaga. Z drugiej strony ulicy wezwał go sanitariusz, czyniąc dodatkowo jakieś gesty, które ginęły w ciemnościach. Pobiegł we wskazanym kierunku. Jeszcze usłyszał okrzyk: – Pogotowie! Ktoś leży w bramie. – A w bramie okazało się, że ktoś leży także na podwórku. Torując sobie drogę łokciami, przecisnął się przez tłum ciągnący już teraz całą szerokością ulicy. W bramie zwykłe omdlenie. Kobieta. Nakazał sanitariuszowi zrobić odpowiedni zastrzyk. Sam ukląkł przy drugim potrzebującym pomocy lekarskiej. Na kamieniach podwórka leżał starszy człowiek. W narzuconej na piżamę marynarce. Ktoś życzliwy podłożył mu pod głowę poduszkę. A głowa ta poduszki już w zasadzie nie potrzebowała. Była do połowy zmiażdżona, gdyż wypróbował na niej kolbę swego karabinu jakiś esesman.
Nie zapomnieć! Nie zapomnieć! – powtarzał to sobie co chwila. W oknie na parterze stoi jakaś kobieta i płacze. Jej nie ruszono – jest Polką. Ale już samo wyglądanie oknem jest aktem odwagi. Z oficyny wychodzi inna kobieta, również Polka, klęka obok konającego i modli się. Podwórko tonie w mroku.
Posłał sanitariusza po nosze. Po chwili we dwóch wynieśli dogorywającego, kierując się do dorożki pogotowia. Sprawnym ruchem nosze z rannym umieścili wzdłuż dorożki, umocowali je, by się nie zsunęły. Polecił woźnicy, by jechał do szpitala. Czy musi się spieszyć? Nie, nie musi. Sięgnął do notesu i wpisał jeszcze jedno nazwisko, które ustalił niezawodny sanitariusz. Wprawdzie człowiek jeszcze żyje… Jutro się upewni, kiedy zadzwoni do szpitala. Jutro? Czy w ogóle będzie jutro? Chwila odpoczynku. Przynajmniej do powrotu dorożki. (s. 34-35)
Bibliografia
– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.



