ZAWISZY (mieszkanie kuzyna Dawida Majera Gutmana)
Arnold Mostowicz
JA, II C
„…Wyszedł na korytarz. Stała tam, zawinięta w szarą chustę i opatulona w jakąś starą męską marynarkę, najstarsza córka Gutmana. Kuzyna Gutmana. Przypominała klasyczną ilustrację do Dziewczynki z zapałkami. Miała chyba nie więcej jak jedenaście, dwanaście lat. W ręku trzymała szary kartonik. – Ojciec? – zapytał. Kiwnęła tylko głową.” (s. 93)
JA/ONI, II C
„– Kiedy umarł ojciec?
– Dzisiaj w nocy.
– Wezwaliście pogotowie?
Mała wzruszyła ramionami.
– Po co? Sam przecież wujek widział.
Nazywała go wujkiem chyba dlatego, że uważała, iż w tym zwrocie będzie więcej szacunku. A młodego Gutmana rzeczywiście widział. Dwa dni wcześniej z samego rana przyszła po niego ta mała. Tym razem nie z kartą zgonu któregoś ze swego wymierającego rodzeństwa.
– Tato prosi, by wujek jak najprędzej do niego przyszedł.
– Ojciec jest chory?
– Leży. Ale prosił, by wujek jeszcze dzisiaj go zbadał.
Zdziwił się. Nie sądził, by Gutman wierzył w pomoc lekarską, gdy Pan Bóg doświadczał go jak Hioba, zabierając mu jedno dziecko po drugim. Tego samego dnia znalazł się na ulicy Zawiszy, gdzie mieszkali Gutmanowie. Pokój, który zajmowali, nie był ani lepszy, ani gorszy
od tysięcy innych mieszkań gettowych.
Początkowo mieszkali w tej ciemnej klitce w dziesiątkę. Po śmierci starej Gutmanowej i trojga dzieci zostało ich pięcioro. Ale i dla tej piątki pokój był za mały. Dzieci spały razem, na materacu czy na sienniku ułożonym na podłodze pod ścianą. W wąskim łóżku, jedynym normalnym meblu w całym pokoju, spali Gutmanowie. Reszta mebli została prawdopodobnie użyta jako opał w czasie dwóch poprzednich zim. Teraz w łóżku leżał starzec, w którym ledwo rozpoznać mógł swego kuzyna. Gutman przykryty był jakimś podartym kocem i zniszczonym płaszczem. Długa, zwichrzona, gęsta broda zakrywała mu prawie całą twarz. Nad łóżkiem z jednej strony stała Gutmanowa, a z drugiej najstarsza córka. W milczeniu przypatrywały się to leżącemu, to przybyłemu… Gutman nie dał im zresztą dojść do głosu. Skinieniem ręki nakazał żonie i córce, by odsunęły się od łóżka, dając im do zrozumienia, że chce z nim pomówić bez świadków. Uniósł się na łokciu, palcem dał mu znak, by się schylił, i dyszącym szeptem powiedział:
– Słuchaj, ze mną jest niedobrze… Ja… ja już nie mogę…
– Czego nie możesz?
– Nie rozumiesz? Z żoną już nie mogę…
Gutmanowa, czy to dosłyszała szept męża, czy też domyśliła się, na jakie dolegliwości się skarży, dość, że pokiwała z politowaniem głową. Nie wiedział, co powiedzieć.
– Odepnij koszulę. Może cię zbadam, co?
Przyłożył leżącemu słuchawkę do piersi i przeraził się. Szybko odsunął przykrywający chorego koc. Na brudnym prześcieradle leżały bezwładne, potwornie obrzmiałe nogi. Skóra na nich i na mosznie była tak naciągnięta przez opuchlinę, że przypominała błyszczącą, niebieskawą bibułkę…
– Dam ci skierowanie do szpitala.
Na karteczce wypisał skierowanie i jeszcze liścik do lekarza dyżurnego pogotowia z prośbą, by chorego natychmiast zabrano… Kartkę dał Gutmanowej, która przez cały czas, podobnie jak dzieci, słowem się nie odezwała. Dzieci. Dobrze pokumane ze śmiercią. Skupione przy matce, tworzyły grupę beznadziejnie żałosną… Już za drzwiami
Gutmanowa zapytała:
– Jak z nim jest?
– Sama widzisz. Pogotowie powinno dzisiaj jeszcze go zabrać…
Dopiero na schodach i w czasie drogi powrotnej uzmysłowił sobie sens niepokoju kuzyna Gutmana. Tu nie chodziło o jakąś męską ambicję, o którą go początkowo, zdumiony, posądził. To był niepokój wywołany niemożnością wypełnienia obowiązku przypisanego rytuałem, dyskutowanego przez mędrców, nakazanego przez tradycję. Być może jeszcze do niedawna, ledwo dyszący, ledwo powłóczący obrzękniętymi z głodu nogami – rytuał ten spełniał. Teraz już go spełniać nie mógł i dlatego wezwał lekarza… W innych sprawach pomoc taka była niepotrzebna, ale w tej tak ważnej…
– Przyjechało pogotowie?
– Przyjechali, tylko nie było miejsca w szpitalu. Dzisiaj mieli jeszcze raz przyjechać, ale przecież i tak tacie by nie pomogli…
– Męczył się?
– Nie, nie… Tylko zrobiło mu się nagle duszno i…
Poprosił, by weszła do pokoju. Usiadła na brzegu krzesła. Wypisując kartę uzmysłowił sobie, że nie wiedział nawet, jakie imię nosił jego kuzyn, jego cioteczny brat… Spisał je z dowodu. Dawid Majer Gutman. Lat… Lat trzydzieści dziewięć! Niepojęte! Był od Gutmana zaledwie o dwanaście lat młodszy… Przyczyna zgonu? Powinien napisać: Niemcy. Wpisał nazwy kilku banalnych schorzeń: wyczerpanie, osłabienie serca, obrzęk płuc… Co za różnica? Wręczył małej wypełnioną kartę. Spojrzeli na siebie bez słowa. Nie wyczytał w jej oczach smutku. Raczej zmęczenie. Bezgraniczne zmęczenie. A kończył się dopiero drugi rok ery gettowej.” (s. 95-97)
Bibliografia
– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.



