Marek Krajewski: „Lalka” jako inspiracja dla autora kryminałów historycznych
Marek Krajewski

Jednym z żelaznych pytań stawianych pisarzowi i przez dziennikarzy, i przez czytelników jest pytanie o literackie inspiracje. Brzmi ono zwykle tak: kto był/jest dla pana literackim wzorem? W wypadku autora gatunkowo „sformatowanego”, jakim jest autor kryminałów, pytający zwykle oczekuje litanii nazwisk przedstawicieli tegoż gatunku. Zazwyczaj rozczarowywałem moich rozmówców, ponieważ zamiast długiej listy pisarzy rozrywkowych wymieniałem tylko jednego z nich – Raymonda Chandlera – a potem jednym tchem dorzucałem trzy dzieła literatury poważnej: Blaszany bębenek Güntera Grassa, Początek Andrzeja Szczypiorskiego i Lalkę Bolesława Prusa. Pewien dziennikarz żachnął się kiedyś, usłyszawszy to ostatnie nazwisko, i zapytał mnie szczerze (już poza wywiadem), czy nie obawiam się, że – nie ukrywając w publicznych wystąpieniach, że Prus jest moim literackim wzorem – ściągam go z Parnasu w kryminalne bagno. Nie odpowiedziałem na to pytanie, lecz poprosiłem o dokładniejsze sformułowanie pytania: co to znaczy, że ktoś był dla mnie literackim wzorem? Po długim namyśle padła odpowiedź: to (1) autor, którego dzieło/dzieła pan wielokrotnie czytał i (2) autor, którego frazy lub obrazy przypomina pan sobie w trakcie pisania. Zastosowawszy oba te kryteria, zrozumiałem, że to właśnie Lalka jest dla mnie literackim wzorem i zostawia w tyle i Blaszany bębenek, i Początek, ponieważ te powieści czytałem kilka razy, zaś Lalkę – kilkanaście (ad 1), a poza tym fraz z Prusa zapamiętałem wiele, podczas gdy z wielkim trudem mógłbym zacytować pojedyncze zdania z Grassa i Szczypiorskiego (ad 2).

Odpowiedziałem dziennikarzowi, że problem, sit venia verbo, „deparnasizacji” Lalki poprzez publiczne odwoływanie się do niej autora kryminałów pozostawiam krytykom i badaczom intertekstualnych oddziaływań, skończyłem wywiad, po czym zacząłem się poważnie zastanawiać, czy ten wpływ arcypowieści na moją twórczość dałoby się jakoś dodatkowo zobiektywizować. Ponieważ nie pamiętałem, żebym świadomie naśladował Prusa, zadałem sam sobie pytanie: może czyniłem to nieświadomie? może to kilkunastokrotne obcowanie z arcydziełem w najbardziej intensywnych latach mojej młodości sprawia, że dziś, jako mężczyzna i pisarz dojrzały, myślę wciąż jego frazami albo stosuję jego sposób obrazowania? Aby te tezy potwierdzić lub odrzucić jeszcze raz przeczytałem Lalkę.

Okazało się, że znalazłem przynajmniej dwa tropy Lalki, po jakich podążam w sposób oczywisty sam dla siebie. Pierwszy z nich to motyw wędrowania po miejskiej przestrzeni. Można ją przemierzać bezrefleksyjnie, opisując po prostu mijane po drodze place, ulice, gmachy. Można wszakże tę topografię zinternalizować, wciągnąć ją w akcję, nadać jej aktywny charakter – świadka lub komentatora. Spójrzmy na pewien fragment Lalki.

(…) pan Ignacy (…) zapomina o swoich obowiązkach (…) i zaczyna iść za dorożką. Nędzne konie wloką się tak powoli, że pan Ignacy może obserwować wehikuł na całej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorożka skręca w lewo, a Rzecki myśli:

„Rozumie się, że jedzie baba na Miodową. Taniej kosztowałaby ją podróż na miotle…”.

Przez dom Rezlera (który przypomina mu onegdajszą pijatykę!) i część Senatorskiej pan Ignacy dostaje się na Miodową. Tu przechodząc około składu herbaty Nowickiego wstępuje na chwilę, ażeby powiedzieć właścicielowi ,,dzień dobry!”, i szybko ucieka, dalej mrucząc:

„Co on sobie pomyśli, zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?… Naturalnie, pomyśli, że jestem najpodlejszy dysponent, który zamiast siedzieć w sklepie łajdaczy się po mieście… Oto los!…” (2, 77–78)[1].

Miejska przestrzeń koresponduje ze stanem ducha Rzeckiego, jej opis nie ma charakteru pasywnego, bedekerowskiego. Wielokrotnie, przy opisywaniu topograficznych osobliwości dawnego Wrocławia i Lwowa łapałem się na powierzchownym, instrumentalnym opisywaniu tych miast – oto jakiś plac, oto ulica, oto jakaś scenka rodzajowa – taka czy inna, wszystko jedno, byle realistyczna i właściwa dla epoki. Wtedy czułem jakiś niepokój, jakąś niewygodę, czułem, że mój opis jest płytki, powierzchniowy i przez to nudny. Czasami się tym nie przejmowałem. Skutek był taki, że czytelnicy się nudzili, a recenzenci krytykowali. Prof. Wojciech Burszta w swoim znanym tekście pt. Bronię kryminału („Polityka”/„Niezbędnik inteligenta” z 19 marca 2005, s. 34–38) pisał: „Za dużo szczegółów, zbyt dużo nazw ulic! Panie Marku, my panu wierzymy, że pan zna topografię Wrocławia” (cytuję z pamięci). Czasami jednak włączałem topografię w akcję. Jestem pewien, że w dużej mierze zawdzięczam to wspaniałym passusom Lalki, choćby takim, jak ten cytowany powyżej.

Jeszcze jedną rzecz zawdzięczam dziełu Prusa. Są to powtórzenia i silnie pointy na końcu scen. Oto przykład.

Tymczasem dyrektor kazał wyprowadzić klacz na korytarz. Było to piękne zwierzę na cienkich nóżkach, z małą główką i z oczyma, z których przeglądał dowcip i rzewność. Klaczka w przechodzie zwróciła się do Wokulskiego wąchając go i chrapiąc, jakby w nim odgadła pana.

– Już pana poznała – rzekł dyrektor. – Niech jej pan da cukru… Piękna klacz!…

To mówiąc, wydobył z kieszeni kawałek brudnej substancji, nieco zalatującej tytuniem. Wokulski podał to klaczy, która bez namysłu zjadła.

– Zakładam się o pięćdziesiąt rubli, że wygra! – zawołał dyrektor. (…) – Dam doskonałego dżokeja a ten poprowadzi ją według mojej instrukcji. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą nawet nie trzymałbym jej na stajni…

– Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się – wtrącił ze słodkim uśmiechem Maruszewicz.

– Uspokoić się!… – krzyknął dyrektor czerwieniejąc z gniewu. – No niech pan Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który opowiadał, że ja sprzedałem w Lubelskie konia, co miał k o l e r!… (…) I gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie… Ja sprzedałem konia, co miał k o l e r!… Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli, klacz wygra… Żeby miała paść… Przekona się pan baron… Koń miał k o l e r!…

Po obejrzeniu klaczy panowie udali się do kancelarii, gdzie Wokulski uregulował należne rachunki, przysięgając sobie nie mówić o żadnym koniu, że ma k o l e r (1, 279–280).

Dla autora kryminałów niezwykle ważnym zaleceniem jest zachowanie zwartości tekstu. Wszystko, co tę koherencję rozbija (zbyt długie opisy psychologiczne, filozoficzne rozważania etc.), niesie ze sobą zagrożenie znudzenia czytelnika. Zwarta narracyjnie musi być cała powieść oraz pojedyncze sceny. Jak osiągnąć tę zwartość scen? Odpowiadam: uparcie stosuję kompozycję klamrową, silne pointy oraz powtórzenia. To wszystko widzę w Lalce (por. powyższy fragment). Skąd wiem, że stąpam po śladach Prusa, a nie na przykład Raymonda Chandlera, u którego wszystkie te spoiwa tekstu są i którego czytałem prawie tak często jak Lalkę? Otóż stąd, że Lalkę (a obok niej Faraona) zacząłem czytać w wieku lat 12 i czytałem ją do dwudziestego roku życia z częstotliwością raz-dwa razy do roku. To nasycenie wyobraźni, ta literacka formacja sprawiła, że nieświadomie piszę Prusem, że używam jego chwytów kompozycyjnych, że z mojego czoła – by sparafrazować słynny wiersz Herberta Kołatka – spływają ławice Prusowych obrazów.

Przypisy

  1. Cytaty z Lalki podaję za 26. jej wydaniem (Prus, Bolesław: Lalka: Powieść w trzech tomach. Ilustrował A. Uniechowski (…). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1969).