Radosław Kobierski: Miłość, fałszywy towar
Radosław Kobierski

Złamane palce znaczą mniej niż złamane serce. Palec wkłada się w różne niebezpieczne miejsca, na przykład do rozprutego boku, między stronice powieści, przekracza się nim granicę innego i w ten sposób tworzy się go od nowa. Inny to tworzywo bez twarzy, uformujmy go zatem. Wokulski zapytuje niczym apostoł z obrazu Hendricka ter Brugghena i Caravaggia „Czy to ty naprawdę”?, chociaż powinien zapytać „Czy to ja?” Do samego końca, w którym i jego porzuca narrator Lalki, nie może odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ on sam nie ma wewnętrznych granic, jest niczym balon Ochockiego, lżejszy od powietrza, choć wiadomo, że cięższy, wchłania świat ale też i narrację, niby jest równorzędny z innymi, ale przecież wszystkie linie zbiegają się w nim – myśli subiekta Rzeckiego, westchnienia Stawskiej, debaty arystokratów i finansistów. Wokulski może być wszystkim, nagle ukazuje się z kilku stron, pod rozmaitymi postaciami, myśli Florentyna. Wszystkich można określić jednym zdaniem, natomiast jeśli Wokulskiego można z czymś porównać, to chyba z jakąś okolicą przez którą jedzie się cały dzień i gdzie spotyka się równiny, góry, wody i pustynie.

Jednym z pierwszych ważnych pytań powieści Prusa jest to, w jaki sposób nowi ludzie ukazują się nad starymi horyzontami. Otóż zjawiają się nowi ludzie pod postacią cienia. Ogromny cień, który staje w zakratowanym oknie i usiłuje zajrzeć do izby Rzeckiego to ten sam cień, którego obecności doświadcza po raz pierwszy Łęcka. Rzecki przestraszony i zmieszany nie poznaje go, jak można rozpoznać człowieka po jego cieniu? Od pierwszego wejrzenia w teatrze, w którym życie jest grą, cień Wokulskiego rośnie, jest przekonany, że jego decyzje pociągają za sznurki, tymczasem na sznurku wisi on sam, ale jeszcze o tym nie wie. Widzimy go z okna, kiedy dla niepoznaki przebiera się w inną suknię. Musi stać się kimś innym, dlatego w pierwszej chwili Rzecki go nie poznaje. Stary subiekt jest zapatrzony w nowego człowieka nad starym horyzontem, który ściśnięty jest do maksimum i otoczony kratami, ten nowy człowiek jest ucieleśnieniem wszystkiego, co subiekt utracił, jest jego widokiem na Węgry i twarzą Katza jednocześnie. Można powiedzieć, że dopóki rośnie cień Wokulskiego, Rzecki ma gdzie się schronić. Kiedy cień znika i Wokulski wraca do właściwych rozmiarów, Rzecki musi umrzeć. Sam nie jest w stanie podjąć wyprawy do siebie. Pokazał to w swojej ekranizacji Wojciech Has. Nie pokazał natomiast momentu odarcia z wszelkich złudzeń. Marionetki, zdaje się im, że robią, co chcą, a robią tylko, co im każe sprężyna, tak ślepa jak one.

Jak to się jednak dzieje, że Wokulski będąc wszystkim, czuje się zarazem niczym? Czy nie jest tak, że każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek, dlatego, że w każdym człowieku z dołu, z bulwarów śmieci, widział siebie? Nie – biednego subiekta, który ledwo łączy początek dnia z końcem, ale siebie, którego pożegnał w teatrze, naukowca, przyrodnika entuzjastę. Kiedy Szuman, niczym przenikliwy Settembrini, zadaje mu pytanie, kiedy osłabł jego zapał w tym kierunku, Wokulski musi poczuć uderzenie toporem w głowę. Próbuje więc chwytać sznurki, za które pociąga sam, choć wydaje mu się, że powinna to zrobić Łęcka, i przeciąć je. Zanim to jednak nastąpi, jego wewnętrzne ja wchodzi w epokę kolonialną. Próbuje dokonać aneksji Łęckiej i w tym celu osacza ją ze wszystkich stron. Wykupuje, jak dobrze wiemy, weksle, zastawę rodową, kamienicę, świecie przekonany, że musi zdobyć rękę Łęckiej, żeby po niej wspiąć się do całości, odzyskać równowagę umysłu, stać się absolutnie spokojnym i jakby większym. Balon pięknie nam się tu rozrasta. Jest jak wściekłe dziecko, które na myśl o zamążpójściu Izabeli, gotowe jest cały świat nabić dynamitem i wysadzić. Wokulski chce uformować nowego człowieka i łamie sobie na tym palce. Mianowicie zderza się z czymś silniejszym od siebie, które jednak chce być słabszym. Tego właśnie Wokulski nie rozumie, wręczając Łęckiej szpilkę do ręki. Nakłuj mnie. Chcę się stać twoim niewolnikiem, chcę leżeć u twoich stóp niczym dywan, jak skóra tygrysa. Zdaje mi się, ze umrę u jej nóg – myśli Wokulski i w istocie zdobycie Łęckiej będzie śmiercią dla niego, choć wydaje mu się, że tam może tkwić tylko życie, którego nie ma. Łęcka też chce mieć tygrysa, ale najlepiej w klatce. To ma być ktoś, na dnie kogo turkoczą machiny i spowija je jezioro czarnych dymów i białych par. To ma być ktoś, przy kim utraci ona wszelką kontrolę. Znamienne jest to, że osoby, które nie mają wyraźnych granic, są przekonane, że wykonują cudzą wolę, że kieruje nimi wyższa siła, której sprostać niepodobna. To przykład Wokulskiego, Łęckiej, Rzeckiego i bohatera pewnego wiersza Miłosza. Łęcka nie może utracić kontroli przy kimś, kto uważa, że jest kierowany przez los. Wszyscy są uzależnieni od siebie i dzięki temu nie muszą konfrontować się z tym, przed czym tak panicznie uciekają. Czy tym czymś jest pustka? Otóż pustka nie jest tym, czego wszyscy się tu boją, ale jakimś momentem oczyszczenia. Przestrzenią, w jakiej nawiązujemy dawno zarzuconą korespondencję z samym sobą. Na razie wydaje nam się, że nas nie ma – w przedziale, którym wracamy do siebie, siedzą cztery osoby, ale właściwie dlaczego trzy plus ja równa się cztery? Mieszkanie, które zajmujemy, staje się niejako większe, a może tylko my stajemy się mniejsi? Wokulski musi odciąć głowę lalce, którą jest on sam, żeby zobaczyć tam swoje nazwisko. Coś w nim musi umrzeć, zejść ze sceny i zasiąść między widzami. W tym momencie Prus nas zostawia, żebyśmy i my mogli ze sceny zejść.