Jan Tomkowski: Pierwszy pisarz „Lalki”
Jan Tomkowski

W rozległym kosmosie Lalki spotykamy arystokratów i zwykłych mieszczan, lokajów i panny służące, studentów i ludzi interesu, Polaków, Rosjan, Francuzów. Nie zabraknie upadłej dziewczyny i kandydata na uczonego. Obok wielkiego wynalazcy – fryzjer ze swoją niezachwianą mądrością życiową, obok reportera – słynny hipnotyzer. Geniusze, hochsztaplerzy, obiboki, paru filantropów i panny na wydaniu. A co powiemy o artystach? Skrzypek Molinari, aktor Rossi, oczywiście. Trudno o nich zapomnieć. A literaci? Jak się zdaje, prawdziwy pisarz jest w Lalce tylko jeden.
Chcielibyśmy więc od razu wiedzieć, jak i dla kogo pisze, z myślą o sławie czy przynajmniej o druku, a może dla potomności, o której zwykle wiemy tak mało, że wydaje się czasem najbardziej oczekiwaną publicznością. Pisze jak Flaubert – w straszliwej męce, opracowując i niszcząc kolejne warianty tekstu? Czy raczej jak – nie przymierzając – Andrzej Brycht, który niczego nie musiał poprawiać, bo gotowe zdania pod jego piórem spływały od razu na papier.

Na wszystkie te pytania nie ma wyczerpujących odpowiedzi. Wiadomo tylko, że pisze w samotności, więc może zapala lampę albo bardziej nastrojową świecę, zasłania okna, bo pisze wieczorami i nie chce, by przeszkadzał mu jakiś niespodziewany gość.
Wiemy jedynie, ze pan Ignacy Rzecki, bo o nim oczywiście mowa, lubił rozmawiać sam ze sobą i „w największym sekrecie pisał pamiętnik”. Jak pisał? Chyba jednak łatwo, bo zawsze łatwiej rozmawia się z samym sobą niż z innymi. Nie trzeba niczego wyjaśniać, nie ma o co się sprzeczać. Chyba nie odczuwa lęku nad białą kartką papieru, bo przecież gdy musiał napisać list do Wokulskiego, zapewniał, że to „bagatela” po prostu.
Jak łatwo zauważyć, w Lalce dużo się czyta i może jeszcze więcej pisze. Zajęci smutną historią romansu, zapominamy zwykle, że piszą wszyscy główni bohaterowie, w tym Wokulski i Łęcka. Inni też chwytają za pióro, by stworzyć list, testament, sprawozdanie, reportaż, korespondencję do gazety, szaradę, aforyzm, broszurę, a w ostateczności pozostawić po sobie najbardziej praktyczny rodzaj piśmiennictwa – kwity, monity, weksle.

Na tej górze zapisanego papieru tkwi prawdziwa literacka perła, czyli pamiętnik starego subiekta. I od razu ogarnia nas wątpliwość, czy to rzeczywiście pamiętnik. Rzecki tworzy bez wątpienia dzieło, które przerasta ramy gatunku i pierwotny projekt samego autora. O czym pisze? Każdy licealista powie, że przede wszystkim o Napoleonie, co budzić może rozmaite niebezpieczne skojarzenia. Oczywiście, że pisze o Napoleonie i jego potomkach, lecz wcale o nich pisać nie chce. Wręcz przeciwnie – upomina sam siebie już na początku zapisków. „W tej bowiem pisaninie chcę mówić o sobie”. Nie o Napoleonie Bonaparte i jego krewniakach, lecz o sobie – o starym subiekcie piszącym dla przykładu innych subiektów, tworzącym coś w rodzaju Dworzanina dla subiektów. Castiglione i Górnicki nie staną się jednak przewodnikami pana Ignacego Rzeckiego. Raczej już Montaigne, który powiadał, że sam jest materią, tematem i autorem Esejów czyli Prób.
Bogatsi o wiedzę, której stary subiekt nie posiada, wiemy oczywiście, że autor pamiętnika projektuje również losy bohaterów według swojego życzenia. Tworzy fikcję, która w powieściowym świecie nigdy się nie spełni. Fikcję ponad fikcją, metafikcję, a może odrzucony wariant fabuły, a może opowieść, której autor Lalki nie odważyłby się nigdy ułożyć, bo w jego powieściach nie ma szczęśliwych epilogów, choć przecież w głębi duszy o pomyślnych zakończeniach czytanych historii wszyscy marzymy – i sto lat temu, i teraz, i zawsze.
W tym lepszym świecie pana Rzeckiego nie ma panny Łęckiej, bo nie ma tam miejsca dla kobiet, które zdradzają. Jest pani Stawska, która nie zdradza nigdy. Nie ma też dalekich podróży i niebezpiecznych wypraw, a interesy idą zawsze dobrze, co wcale nie zależy od banalnego cudu, lecz opłacone jest ciężką codzienną pracą. Jest tylko raj, jaki potrafi wymyśleć stary subiekt – nic mniej i nic więcej.

Kiedy wypowiedziano już tyle pochwał pod adresem Prusa wprowadzającego drugiego narratora i tworzącego dodatkową perspektywę dla opisywanych wydarzeń, to po prostu nie ma innego wyjścia jak zdobyć się na zuchwalstwo i przeczytać zapiski Rzeckiego w oderwaniu od reszty utworu. Pamiętnik bez Lalki, wydarte kartki, osamotnione rozdziały, zagadkowe fragmenty jak z powieści Italo Calvino. No cóż, gdy czytało się arcydzieło Prusa dwanaście czy piętnaście razy, chyba w końcu wolno to zrobić? Może dowiemy się jeszcze czegoś nowego?
Pamiętnik starego subiekta tkwi gdzieś na granicy między esejem a nowoczesną powieścią, może nawet znacznie nowocześniejszą niż Lalka. Narrator nie panuje całkowicie nad czasem opowieści, nie potrafi oprzeć się dygresjom i napływającym zewsząd wspomnieniom, dzięki czemu wszystkie wydarzenia znajdują się jak gdyby obok siebie: trudne dzieciństwo, edukacja u Mincla, kampania węgierska, fascynacja panią Stawską. Chociaż padają daty – wątpię, czy dokładne – na dobrą sprawę w Pamiętniku wszystko jest „teraz” i może dojść do głosu w każdej chwili. To samo dzieje się z przestrzenią, która raz kurczy się do rozmiarów pokoju, a raz ogarnia całą bez mała planetę. Obok sklepu Minclów – sklep Wokulskiego, a za chwilę Anglia, Austria, Turcja, nawet egzotyczna Afryka. W tym chaotycznym uniwersum spotykają się bez przerwy bohaterowie z rozmaitych płaszczyzn opowieści: Ludwik Napoleon, wuj Raczek, Stanisław Wokulski, przyjaciel Katz.
Chciałoby się powiedzieć, że przypomina to eksperymentalną powieść Leopolda Buczkowskiego, gdzie Dydonę prowadzą na rozstrzelanie, a w oblężonym Przemyślu pojawia się znienacka Meluzyna. Nie ma to oczywiście wielkiego sensu, jeśli powiemy, że Ignacy Rzecki jest odważniejszy od Bolesława Prusa skrzętnie wiążącego nitki fabularnych wątków. Że bywa nieobliczalny, trochę szalony, a trochę rozgadany. Doskonałe skupienie i prawdziwe mistrzostwo osiąga w scenach batalistycznych – chciałoby się powiedzieć, że jest lepszym batalistą od… No właśnie – od kogo, od narratora, od Bolesława Prusa? Sam nie wiem, ale lepszych opisów bitwy na pewno Prus nigdy nie stworzył.

Rzecki jest również wybornym humorystą, choć przywykło się uważać, że tworzy sytuacje komiczne mimo woli. Ale przecież pewna ironia, sceptycyzm, dobroduszna akceptacja dziwactw świata mieszczą się w postawie subiekta, który wieczorami zamienia się w prawdziwego mędrca. Kiedy pełen melancholii powiada, że „ludzie są jak liście, którymi wiatr rzuca”, czyż nie demonstruje wówczas talentu nieprzeciętnego aforysty?
Może więc warto wrócić do pierwotnego pomysłu – w swym mieszaniu rzeczy ważnych i nieważnych (przypomnijmy choćby zastanawiającą skrupulatność w opisie oświetlonych okien kamienicy układających się w litery H i T) czyż nie przypomina Montaigne`a obserwującego świat z wieży swego pokoiku?
Śmierć jedynego pisarza jest może i zwyczajna i mało heroiczna, ale zazwyczaj powściągliwy Prus tym razem buduje scenerię patetyczną, odwołując się do symbolu dość wieloznacznego, ale jednak trudnego do przeoczenia. Z kieszeni ubrania zmarłego sterczy fragment listu ze słowami NON OMNIS MORIAR. To oczywiście nie jest koncept zadowalający czytelnika konesera – nazbyt może dosłowny, nazbyt wyzywający.

Jednak można to wszystko przeczytać trochę inaczej.
Na przykład tak.
Jest list, a gdzie jest pamiętnik? Co stało się z pamiętnikiem Rzeckiego? Wiem, że to nie tak efektowne pytanie jak kwestia, co stało się z Wokulskim. Ale może warto je od czasu do czasu zadać.