Żydzi lekarze we Włoszech. Podług niemieckich źródeł
Józef Goldszmit

[Żydzi lekarze we Włoszech. Podług niemieckich źródeł[1]]

 

[Fragmenty]

 

Pozwolą szanowni czytelnicy, że w kształcie epizodu przywiodę na początek opowiadanie mego ojca, które ma związek z przedmiotem, jaki traktować zamierzam.

— Było to w roku 18. (są to słowa ojca). Na uniwersytecie lwowskim było kilkunastu Żydów, a wszyscy celowali nad innymi pilnością lub zdolnościami[2].

Pewnego wieczora, będąc razem w prosektorium, poruszyliśmy kwestię, jakie powołanie jest najodpowiedniejsze dla Żyda, który w latach dziecięcych gorliwie zajmował się Biblią i Talmudem.

Jedni utrzymywali, iż medycyna, gdyż w Biblii i Talmudzie znajduje się mnóstwo higienicznych przepisów.

Inni powiedzieli, iż Żydzi tylko biegłymi prawnikami mogliby zostać, gdyż Talmud zawiera w sobie tak bogatą kazuistykę zasad prawnych i różne przypadki tak są subtelnie rozbierane, że każden Żyd, kształcący się na wzorach talmudycznych, będzie miał zmysł prawny wysoko rozwinięty.

— Ja sądzę, rzekł przyjaciel mój Hilberg, że każde powołanie równie jest odpowiednim dla Żyda i że nauka nie zna różnic i przywilejów między ludźmi; ludzie sami odgraniczają się jakby murem chińskim, tak było od dawna i tak będzie, dopóki prawdziwa oświata nie przeniknie do najniższych warstw społeczeństwa.

— Jakkolwiekbądź, ja sądzę, odezwał się któryś z obecnych, że Żydowi zanadto zbywa na determinacji, na stanowczości, na … na … jednym słowem, na odwadze, ażeby miał być dobrym lekarzem.

— Pozwolisz kolego, zaprzeczył Hilberg, że w odpowiedzi przytoczę fakt niezbyt chwalebny skądinąd, dowodzący jednak, że i Żydowi nie zbywa na determinacji.

Wszak wiecie, iż Majmonides[3] był w swoim czasie najznakomitszym lekarzem na dworze króla Egipskiego. Wiadomo wam również, ile on wycierpieć musiał prześladowań od swych współzawodników.

Pewnego razu, chcąc go poniżyć w oczach króla, koledzy wezwali Majmonidesa do człowieka w sile wieku i zdrowia będącego, który udawał chorego.

Majmonides odgadł zasadzkę, ale spojrzał z najzimniejszą krwią na klepsydrę i dotykając pulsu rzekł:

— Ten człowiek jutro o tej godzinie już żyć nie będzie.

Słowa nadwornego lekarza sprawdziły się. Zdanie tego męża tak silnie podziałało na nerwy człowieka zupełnie zdrowego, iż wkrótce uczuł przyspieszone bicie serca, falowania krwi i uderzenia jej na mózg. Nie wyszło 24 godzin, a chory już nie żył.

— Jest to zaprawdę dowód pewnego rodzaju odwagi (jakkolwiek w istocie niezbyt szczęśliwie użytej ), ale zgodzicie się ze mną, że 1) sam fakt jest może w większej części legendą niekoniecznie prawdziwą; 2) że jeśli nawet rzecz się miała tak, jak nam opowiedział kolega Hilberg, to miała ona miejsce w czasach zamierzchłej przeszłości. Odwaga dzisiejszych Żydów wobec śmierci — nie cofam mojego zdania — jest dla mnie przynajmniej bardzo problematyczną.

Zaprzeczyłem stanowczo temu twierdzeniu i oświadczyłem, iż gotów jestem nocować sam w prosektorium, a nawet na ławce z trupem, jeśli mi co na tym zależeć będzie. Zaproponowano zakład o trzy dukaty, które miały być obrócone na wspólną biesiadę.

Proszono mię, abym wyszedł na chwilę do przyległego audytorium, a tymczasem miano mi przygotować miejsce między trupami. Gdym powrócił, dostrzegłem przelotny uśmiech na ustach moich kolegów, nie rozumiejąc wszakże jego znaczenia.

Wkrótce potem pożegnaliśmy się, a ja wszedłem do prosektorium. W pierwszej chwili oczy moje nic rozróżnić nie mogły; wnet wszakże przyzwyczaiłem się do tego półcienia pogodnej nocy, przy którym wszystkie przedmioty w fantastyczne przyoblekają się kształty.

Zacząłem macać po zimnych twarzach umarłych.

Szukałem próżnego miejsca, aby się położyć; nareszcie znalazłem je. Odsunąwszy cokolwiek na bok nieboszczyka, położyłem się koło niego i wkrótce jak najsmaczniej zasnąłem. Może w godzinę potem uczułem przez sen dotknięcie zimną dłonią. Obudziłem się, przetarłem oczy, sądząc, że śpię; mój nieboszczyk ruszał się ciągle, podniósł rękę; wytężyłem wzrok, gdyż zdawało mi się, że i sąsiad nieboszczyka też same odbywa ruchy; tymczasem mój nieboszczyk podniósł nogę. Z początku sądziłem, że to jest złudzenie, ale gdy jeden z trupów podniósł głowę, spoglądając na mnie martwymi oczyma, a ruchy innych nie ustawały ani na chwilę, nabrałem przekonania, że to jest smutna rzeczywistość. Wiedziałem, że umarli nie kąsają, a jednak zimny pot wystąpił mi na czoło. Usiadłem na ławie i przez parę minut przyglądałem się tej gimnastyce pozagrobowej. Wtem jeden z nieboszczyków uniósł się z miejsca i padł na ziemię z łoskotem. W tej chwili przestrach mój, spotęgowany do zenitu, nagle w skutek tego hałasu ochłonął. Już zamierzałem położyć się do dalszego spoczynku, kiedy z przyległej sali rozległ się homeryczny śmiech zgromadzonych kolegów, którzy wnet weszli ze światłem, winszując mi wygranego zakładu. Przy świetle dostrzegłem, że trupy sztucznie powiązane były szpagatem…

Na tym się kończy opowiadanie ojca. Pozostawiając teraz do rozstrzygnięcia czytelnikowi kwestię, czy Żydzi istotnie mają specjalne, wrodzone lub urobione talmudycznymi studiami zdolności do nauki Hippokrata, zaznaczam znany zresztą fakt, że w wiekach średnich w ich rękach głównie znajdowała się piecza nad zdrowiem i życiem ludzkim.

Tak więc społeczeństwo, nie ufając im w sprawach publicznych, wyłączając od godności i urzędów, czyli poniżając publicznie, ostentacyjnie — na drodze prywatnej wynagradzało ich za to bezwarunkową ufnością i wiarą w ich wiedzę lekarską.

Jakoż działalność naukowa (świecka) Żydów, dla której prawie wszystkie inne kierunki były szczelnie zamknięte, w tym jednym rozwinęła się szybko i świetnym zajaśniała blaskiem.

Na poparcie tego zdania znajdziemy liczne dowody w niniejszym szkicu.

 

I.

 

Jeżeli kiedy, to w wiekach średnich cierpienia Żydów doszły szczytu swej zgrozy. Były to dla Izraela dni niedoli, czasy opłakanego barbarzyństwa.

Lecz dzięki Najwyższemu, owe smutne czasy przeminęły; oświata, postęp i miłość bliźniego rozlewają także i na lud żydowski dobroczynne promienie nadziei, pokoju — zbliżają go do reszty ludzkości. Owe burze, które Żydów całkowicie wytępić miały, zwolna ucichły i tylko pojedyncze, głucho huczące gromy przypominają jeszcze o minionej walce żywiołów.

[…]

 

II.

 

Po śmierci Pawła IV nastąpił papież Pius IV, mąż łagodnego charakteru, który w znacznej części uchylił rozporządzenia swego poprzednika, nieprzyjazne Żydom. Za tego papieża handel, przemysł i nauki bujnie zakwitły. Dobrobyt znów zawitał pod strzechy zubożałych i uciemiężonych Żydów.

Wtedy także i medycyna zajaśniała w całym blasku i Włochy mogły się poszczycić żydowskimi lekarzami, którzy godnie wywiązywali się z obowiązków swego powołania.

W rzędzie imion ludzi, którzy swym życiem na pamięć potomności zasłużyli, wymienić należy Theodora de Sacerdoti, uczonego lekarza Juliusza III. Theodor de Sacerdoti, oprócz zasług na polu medycznym, upamiętnił się jeszcze tłumaczeniem mnóstwa dzieł arabskich autorów na język łaciński, przez co uchronił od zagłady wiele arcydzieł wschodniej literatury.

Godną wzmianki rodziną jest Porta Leone.

Najstarszy Benjamin de Porta Leone był leibmedykiem króla Neapolitańskiego Ferdynanda I, a następnie nadwornym lekarzem Wielkiego Księcia Galeazzo Mazia Sforza. Syn Benjamina, Eleazar podobnież odznaczał się jako lekarz praktykujący. Dawid, syn Eleazara, uzyskawszy stopień doktora w Padwie, osiadł w Mantui i tam się praktyce poświęcał.

Czwarte ogniwo w łańcuchu tej rodziny stanowił syn Dawida, Abraham de Porta Leone. W wieku młodzieńczym kształcił się w mieście rodzinnym — Mantui, następnie w Padwie. W roku 1584, na żądanie księcia Wilhelma Gonzagi, wydał Dialogi o złocie. Traktował on przedmiot ten ze stanowiska medycznego i zastanawiał się nad potrzebą złota przy leczeniu.

 

III.

 

Jakkolwiek Żydzi lekarze odznaczali się ukształceniem, inteligencją i biegłością w swej sztuce, jakkolwiek Włosi najchętniej ich pomocy i rady zasięgali, to jednak nie przeszkadzało to kościołowi i ich dotknąć promieniami klątwy, i ich pole działalności ograniczyć. Nie dość, że oczerniono ich w pismach, że rzucano na nich kalumnie poniżające ich w oczach ludu, ale i do życia publicznego zastosowano to postępowanie. Nie pozwolono żadnemu z lekarzy żydowskich zasłynąć, już to przez niechęć dla ich zdolności, już przez nienawiść dla wiary. Nie życzono im, aby byli pocieszycielami i pomocnikami cierpiącej ludzkości, nie życzono, aby zajmowali szanowane w społeczeństwie stanowisko.

Żydzi lekarze we Włoszech mieli wówczas bardzo niebezpieczną pozycję — lepsze traktowanie kilku wymienionych nie może tu być wzięte za normę; a kilka rysów, które z roczników owych czasów nakreślimy, wystarczy na przedstawienie, jak gorzkim był ich los, jak liczne i silne przeciwności.

Z annałów tych dowiadujemy się, że pierwszą iskrę nietolerancji rozniecił Rzym i jego papieże. W roku 1450 Mikołaj V, a wprzód jeszcze Eugeniusz IV, zabronił chrześcijanom używać lekarzy, chirurgów i aptekarzy żydowskich. W roku 1455 Kalikst III, jeszcze nieprzychylniejszy Żydom, przepis ten bardziej obostrzył, nakładając większą karę na nieposłusznych. W następnym czasie wystąpił przeciwko lekarzom żydowskim mnich Bernard Tomitano, który gwałtownymi kazaniami tak zdołał obudzić fanatyzm łatwowiernego ludu, że ten gotów był rzucić się na Żydów w nocy, zburzyć ich domy, splądrować mieszkania i mordować śpiących. Roznamiętniony lud byłby dokonał zamierzonego czynu, gdyby nie wdanie się w tę sprawę władzy, która rozkazała zakonnikowi opuścić miasto; następnie zabroniono mu kazać w Wenecji przeciwko tamecznym Żydom. Wypędzony z miasta mnich postanowił usiłowania swe w inny zwrócić kierunek. Przebiegał on miasteczka i wsie, siejąc wszędzie ziarno zażartej nienawiści przeciwko Żydom. Mieszkańcy Siena sprowadzili zdolnego lekarza żyda, naznaczywszy mu znaczną pensję. Tomitano wystąpił przeciwko temu; twierdził on, iż byłoby to bezbożnością w chorobie uciekać się pod opiekę żyda; powtarzał krążące u ludu baśnie o nienawiści, jaką Żydzi względem chrześcijan pałają; śmiał nawet utrzymywać, że lekarz żydowski w Awignonie na łożu śmierci z przyjemnością sobie przypominał, iż swymi receptami tysiące chrześcijan zabił[4].

Łatwo pojąć, jakie wrażenie podobne mowy na ciemnych słuchaczach wywrzeć mogły i jakie za sobą skutki pociągnęły. Wszystko złe przypisywano w owych barbarzyńskich czasach Żydom. Gdy wybuchła zaraza, to bezpośrednią przyczyną jej, w pojęciu ludu, byli Żydzi. Wobec takiego stanu umysłów, nietrudno było skłonić namiętne tłumy do wszelkich na osobie Żydów nadużyć, jakkolwiek rząd surowo takowe karcił.

Fanatyzm Włochów, a szczególniej bigoteryjnych Włoszek, z każdym dniem wzrastał. Pewien obywatel chciał wezwać lekarza do śmiertelnie chorego syna; ale małżonka stanowczo sprzeciwiła się temu zamiarowi. Fanatyzm przytłumił jej miłość macierzyńską i zagłuszył jęki bez ratunku konającego dziecka[5]. Druga kobieta wolała przez kilka dni znosić straszne bóle i umrzeć w gorączce połogowej, aniżeli wezwać pomocy Żyda lekarza.

I inne nadużycie stolicy Apostolskiej względem Żydów dowodzi, jak nieszczęśliwym było ich położenie w połowie XVI wieku, zwłaszcza w niektórych miejscach Włoch.

Dnia 2 kwietnia 1550 roku Żydzi wypędzeni zostali z Genui, a gdy tam chciał osiąść Żyd lekarz, dominikanin miejscowy z największą zajadłością przeciwko temu wystąpił. Także w roku 1555, gdy 90-letni Paweł IV papieżem obrany został, Żydzi byli pod srogim uciskiem. Sędziwy ten papież ogłosił zaraz na wstępie bullę odnoszącą się do Żydów w państwie kościelnym, w której odnowił najsurowsze rozporządzenia koncyliów i Żydów zupełnie od chrześcijan oddzielił. Zabronione im były stosunki towarzyskie z chrześcijanami, musieli mieszkać w osobnych dzielnicach miasta, jedną tylko synagogę posiadać, brody i pejsy nosić, winni byli swoje nieruchomości chrześcijanom sprzedać, a nowych nigdy nie nabywać. Nie wolno im było prócz handlu niczym innym się zajmować, chrześcijańskich sług trzymać ani w niedzielę pracować. Oprócz tego zakazała im bulla dodawać do swego nazwiska przydomek „signore”. Ale i do lekarzy żydowskich rozciągała się ta, miłością bliźniego tchnąca bulla: zakazała im bowiem udawać się do chrześcijańskich chorych, nawet gdy wezwani zostaną. Tak wówczas pojmowano prawa człowieka. Igrano z losami tysiąca cierpiących i niewinnych ofiar, nie bacząc na ciężką odpowiedzialność, na niezliczone nieszczęścia, jakie postępowanie to za sobą pociągało. Zabroniono Żydom wypełniać najświętszy moralny obowiązek, zdeptano tak wyraźnie w religii Chrystusa postanowioną zasadę miłości bliźniego, zakazano Żydom udzielać pomocy w niedoli będącemu, jeżeli ten, który o pomoc tę błagał, był — chrześcijaninem.

 

opracował Józef Goldszmit

Przypisy

  1. Być może jest to to samo źródło, jak w przypadku Ostatnich dni pobytu Żydów w Hiszpanii tego autora, czyli miesięcznik „Monatschriften für Geschichte und Wissenschaft des Judenthums”. Zapewne dostarczył on także materiału autorowi „Jutrzenki” do pokrewnego tematycznie artykułu (Żydzi we Włoszech, 1861, nr 21). O Żydach-lekarzach mieszkających w ciągu wieków w różnych krajach i ich zmyśle racjonalności traktuje też artykuł Żydzi w historii cywilizacji europejskiej („Izraelita” 1870, nr 16). Możliwe, iż wraz z historyjką opowiedzianą przez ojca, artykuły te zmobilizowały Józefa do napisania niniejszego tekstu. U jego podstaw leży zamiar ukazania wkładu Żydów w kulturę europejską, chęć przyczynienia się do ich nobilitacji.
  2. Nie wiemy, w jakich latach ojciec autora, Hersz Goldszmit (1804-1872) studiował na uniwersytecie lwowskim. Stopień lekarza chirurga uzyskał w 1838 i od 1848 pracował w Szpitalu Starozakonnych w Hrubieszowie.
  3. Majmonides (zob. http://nplp.pl/?post_type=artykul&p=1730&preview=true, przyp. 4) był osobistym lekarzem sułtana Saladyna.
  4. [Przypis autora: Waddiny, Ann. min. Thl. VII. ad anuum 1849] — nierozszyfrowany.
  5. [Przypis autora: Depping, 1, 1, pag. 369] — nierozszyfrowany.

Bibliografia

„Izraelita” 1869 nr 28, s. 240-241; nr 29, s. 249-251; nr 30, s. 256-258.