ALEJE JEROZOLIMSKIE 43

Mina Tomkiewicz

F, IV B

Kiedyś przyszedł do Transavii inżynier Werner, z którym razem mieszkali na Zamenhofa. Werner wysłał już żonę i szuka teraz zarobku, żeby móc samemu przejść.
– Za 1500 złotych dam wam wspaniałą melinę.
Nata z miejsca zgadza się na warunki i po kilku dniach Werner podaje adres: „Aleje Jerozolimskie 43. Zwrócić się do dozorcy Nowakowskiego”. Adres jest, to przecież najważniejsze.
Goldberg nie może pojąć, jak Nata decyduje się iść do obcych ludzi, mając pieniądze ledwo na opłacenie pierwszego miesiąca. Goldberg pertraktuje w sprawie sprzedaży części domu na Lesznie i nigdy by nie przeszedł, żeby nie być „zabezpieczonym” co najmniej na rok. (s. 337)

Kiedy Nata ma wejść pod wskazany adres, przypomina sobie wszystkich czytanych w życiu Conan Doyle’ów i Wallace’ów, wobec czego przechodzi o kilka bram dalej, patrzy podejrzliwie dokoła, dla zmylenia pozorów poprawia manatki i ze świadomością własnej przebiegłości wraca do właściwej bramy.
Stróżówka. Dozorca.
– Czy pan Nowakowski?
Wysoki i chudy mężczyzna o poczciwej twarzy spojrzał na nią i nawet nie spytał o umówione hasło. Odbiera jej paczki z rąk, podsuwa krzesło.
– Niech pani trochę odpocznie. Taka pani zgrzana, jakby z Hameryki. (s. 340)

Dozorca Nowakowski zaprowadził Natę do jej przyszłej gospodyni. Na piątym piętrze pięknego domu w Alejach dwa małe pokoje. Właściwie pokój z kuchnią, ale kuchnia jest taka milutka i czysta, że śmiało można uważać ją za pokój. Stoi w niej duży tapczan z milionem ręcznie haftowanych, kolorowych poduszek. W złotej klatce świergolą cytrynowe kanarki, na oknie fikusy i pelargonie, papierowe i celofanowe kwiaty w szklanych wazonikach. Kilimy na ścianach i na podłodze. Czy kto powie, że to kuchnia? Pozakrywana firankami stoi maszynka gazowa na palenisku, garnki i talerze na półkach nad kuchenką.
Z kuchni wchodzi się do pokoju. Okrągły stół i dywan ze skrawków, szafa i pelargonie, sztuczne kwiaty i gipsowe figurki. Firanki sztywno krochmalone, ujęte w błyszczące, różowe kokardy, w fałdach szarzy się kurz. Na ścianach kilka rodzinnych fotografii, pejzaż w szerokiej ramie ze złoconego drzewa, kolorowa Matka Boska w takiejże ramie, litografowany Pan Jezus […].
Kiedy gospodyni wprowadziła Natę do jej „pokoju”, robi się Nacie mniej miło, a kiedy zaczyna omawiać warunki, robi się zupełnie niemiło. Ale nie ma rady.
„Pokój” to komórka bez okna, półtora metra na metr, ledwo mieści się w niej wąziutkie polowe łóżeczko i mikroskopijny stoliczek z taboretkiem. Komórka nie jest związana z mieszkaniem Dybałów, to rodzaj wykuszu w klatce schodowej. Na tym samym piętrze znajdują się drzwi wejściowe do mieszkania pułkownikowej Tomaszyńskiej, administratora Kwiatkowskiego i państwa Dybałów. „Ślepy” otwór w komórce wychodzi na obmurowany rodzaj komina, w którym koncentrują się wyziewy z klozetów całego domu. W sieni jest szerokie okno na podwórze, stoi wielkie, szklane akwarium ze złotymi rybkami i drugie z białymi myszkami w drewnianych domeczkach.
– To wariactwo moich chłopaków – tłumaczy pani Dybałowa, cmokając na białe myszki z czerwonymi kuleczkami oczu.
Cena za komórkę – 3 000 złotych miesięcznie. Poza tym należy jadać u pani Dybałowej obiady, za które liczy ona także bardzo słono.
– Ależ pan Werner mówił mi zupełnie co innego! Że piękny pokój i znacznie taniej.
Pani Dybałowa nie odpowiada za to, co mówił pan Werner, i likwiduje Naty słabe sprzeciwy delikatnym zwróceniem uwagi, że przecież nikt jej tu nie trzyma, jak jej się nie podoba, może szukać szczęścia gdzie indziej i tak dalej. Kończy się oczywiście na tym, że po wymianie dodatkowych grzeczności Nata zamyka się w końcu w ciemnej komórce, aby nareszcie przebrać się. Ufff!
Nata wyciąga się na polowym łóżeczku i po raz pierwszy od miesięcy czuje, że jest spokojna. Wie, że dobrze zrobiła. Byle tylko nie getto […].
Całymi dniami siedzi Nata na łóżku w swojej komórce. Przez uchylone drzwi pada słup światła i można czytać albo pisać. Tylko że co kilka chwil na schodach rozlegają się kroki i drzwi trzeba prędko zamykać. (s. 340–343)

Nata roztkliwia się nad sobą i w takim nastroju pisze list do rodziców, przekazując go przez szmuglerów ze składu siana. Po przeczytaniu go, Mama zdecydowała, że mogą jeszcze siedzieć w Transavii, gdzie co prawda mają robotnicze mieszkanie bez prymitywnych wygód, ale za to są na własnych śmieciach.
Piotr bardzo namawia teściów, żeby wynajęli proponowany przez Dybała odseparowany pokój w archiwalnej części biura Towarzystwa Asekuracyjnego w Alejach. Przepowiada, że w getcie będzie „gorąco” i niebezpiecznie, ale rodzice nie dają przekonać się. (s. 344)

Najbardziej dręczyła Niusię sprawa sprowadzenia Poldka z getta, toteż ciężar spadł jej z serca, gdy ubiła interes z Dybałem. Po kilku dniach Poldek sprowadził się do pokoju biurowego, o piętro niżej niż komórka Naty. Było z kim porozmawiać, było do kogo iść „z wizytą”. A kiedy po raz pierwszy Piotr przyszedł w Aleje, Nata była tak szczęśliwa, że prawie pogodziła się z losem. (s. 346–347)

Tak cicho wokoło. Od czasu do czasu świst lokomotywy z Dworca Głównego. To jadą pociągi z wojskiem i pociągi z rannymi, to toczy się wojna, przejeżdżając naprzeciwko okien domu w Alejach, kierując się w różne strony świata. Kiedy to się skończy?
W ciszę wpadają jakieś kroki (…kroki w ciszy, groza…). Na podwórzu? Na schodach? Kroki nabierają na sile, walą młotem w skronie, stają w gardle jak kość. Każdy krok odbija się echem w mózgu, w sercu, we krwi.
Pewno szmuglerzy… Albo dozorca Nowakowski… Na pewno. Kroki idą crescendo. (Zabili, zamordowali, powiesili…) […]
Kroki przeszły. W górę, na strych. To jednak byli szmuglerzy, którym Nowakowski daje przespać się na strychu, kiedy przyjeżdżają w nocy z towarem. (s. 352)

Zakupy pani Dybałowej stanowią powód do niepokoju na „dole”, w biurowym pokoju o piętro niżej, który dzięki staraniom Niusi zapełnił się lokatorami. Daremnie Fredek napomina Dybałową, że sąsiedzi zobaczą, że sklepikarze mogą domyślić się czegoś, a Poldek przypomina jej dydaktycznie historię o kilkudziesięciu Żydach złapanych w bunkrze pod oranżerią tylko dlatego, że ogrodnik kupował zbyt wielkie ilości chleba […].
Dół jest z tego powodu przygnębiony, ma złe przeczucia. Specjalnie przewrażliwiony jest Fredek, który przeżył po aryjskiej stronie kilkanaście z rzędu wpadunków, a nawet, złapany przez granatową policję, siedział z żoną na Daniłowiczowskiej […].
Całkiem inny jest drugi lokator, pan Radlicki. Radlicki to nazwisko z fałszywej kenkarty. Zdzisław Radlicki to Szmul Zankier, kupiec z Będzina. W pokoju na dole mieszka z synkiem: żonę i córkę stracił w jakiejś masakrze, podobno wydał je sąsiad. Radlicki jest nijaki, nigdy nie wypowiada własnych opinii, tylko powołuje się na cudze, a i te przytacza rzadko. Siedzi po różnych melinach od dwóch lat, nie wytykając nosa na ulicę, bo ma bardzo zły wygląd […].
Syn jego, pełen życia czternastoletni chłopiec, co pewien czas ucieka na kilka dni z meliny, po czym wraca przejęty i tajemniczy […].
Czwarty lokator „dołu” to Poldek, zmieniony nie do poznania. Typowo semicki wygląd uniemożliwia wszelką działalność. Poldek jest najczęściej przeraźliwie apatyczny, w rzadkich chwilach tylko wraca dawna, zrównoważona osobowość świetnie zapowiadającego się „pana mecenasa” […].
Pachnąca i elegancka przychodzi Niusia na melinę i zabawia więźniów pogawędkami, znosząc im nowinki z niedostępnego świata […]. Czasem Niusia zostaje na noc, Nata ustępuje im wtedy swoją klitkę, a sama śpi na dole […]. (s. 361–365)

Tak jak Nata siedzi cały dzień w swojej klitce bez ruchu i słowa, tak „dół” siedzi w ciasnym pokoiku w zupełnej ciszy, często w napięciu. Pokój zamknięty na klucz przez Dybała, z oknem zasłoniętym grubą szmatą, żeby nie było widać z podwórza, stanowi archiwum biura, które jest czynne do godziny piątej po południu. O niczym niewiedzący urzędnicy kręcą się cały dzień po korytarzu, często któryś próbuje otworzyć drzwi, mocuje się z klamką.
Przyczajonym na wąskich łóżkach ludziom mocno wtedy bije serce. Dławiący strach podchodzi pod gardło, burczy w trzewiach, tamuje oddech.
„Czy to znów nie wsypa?”
„Co będzie?”
„Jak się skończy?”
„Czy tylko na pieniądzach?”
„Skąd wziąć pieniądze?”
Kiedy kroki na korytarzu oddalają się, następuje odprężenie, krew zaczyna szybciej krążyć, na twarze występuje niezręczny uśmiech, kryjący wstyd za ten strach, którego nie można przezwyciężyć.
Przez cały dzień nie można wejść do ubikacji, umyć się, zjeść coś ciepłego. Nie można mówić, wszelkie próby nawet szeptu Fredek ucina groźnym „Tsss”, które zawiera jad żmii. Dopiero kiedy biuro zamyka się, następuje wyzwolenie. Wtedy wszystko staje się dopuszczalne. Co za rozkosz wyprostować kości, mówić głośno, ile się chce, przejść po ciemnych pokojach, odetchnąć świeżym powietrzem wpadającym z ulicy przez otwarte okna. (s. 365)

O tej porze [wieczorem] schodzi na dół Nata i cieszy się chwilą swobody na swój sposób: hałaśliwie i drwiąco, a na własny użytek sentymentalnie i marzycielsko. Nata wychodzi na balkon, upaja się grą świateł latarni wyglądających jak kocie główki z promienistymi wąsami, wchłania w siebie turkot pociągów, ruch przechodniów. Ogarnia ją wtedy tęsknota, żeby żyć jak ci z ulicy, odrzucić od siebie teraźniejszość jak brzydką skórę, nieukojone pragnienie, żeby wróciło to, co było, żeby jak najprędzej przyszło to, co ma być. (s. 366)

F, V

Mimo gwałtownych sprzeciwów Fredka, że do getta nie należy telefonować, Nata połączyła się z Transavią. Poprosili Ojca do telefonu. Krzyżowały się słowa z Alej ze słowami ze Stawek jak z dwóch dalekich światów, wlatywały obojętnie do czarnej skrzynki, przy której rozpaczliwie waliły serca […].
To jest ostatnia rozmowa. Nazajutrz nie ma już połączenia z Transavią. Nazajutrz Nowakowski mówi, że spalili domy na Stawkach, bo tam zaczęło się powstanie […].
„Domy, ale nie fabrykę” – pociesza się Nata. Mają przecież przejście na aryjską stronę, robotnicy na pewno siedzą w fabryce, major Klotz powiedział… Nata leży na łóżku i wsłuchuje się w strzały dochodzące stamtąd. Za każdym strzałem ściska się serce. Krążą samoloty. Bombardują getto? (s. 375–376)

Z balkonu w Alejach widać czarne kłęby dymu, podszyte rozżarzonym światłem. Nata wyłamuje sobie kurczowo palce i patrzy na czerwoną łunę, w której płonie jej dom, kamienica na Lesznie. Jej cały dotychczasowy świat. (s. 379)

F, VI A

W połowie maja przyszedł w Aleje Stasio: źdźbła słomy w rozczochranych włosach, ubranie jak ze stracha na wróble, błędne oczy w obrzękłej twarzy. Przeląkł się dozorca Nowakowski i zamknął go na noc w zepsutej windzie. Kiedy nazajutrz rano Stasio stanął w drzwiach Nacinej klitki, Nata wiedziała, że już nikt więcej… Z martwym spokojem zadaje pytania, nienawidzi Stasia, dlaczego tylko on.
Ludzie z Alej patrzą na niego jak na widmo z innego świata, słuchają jego słów wstrząśnięci, przerażeni, niedowierzający. Ze strzępów zdań, które padają z zaschniętych ust, powstaje obraz bolesny jak rana. Trudno Stasiowi mówić o rzeczach, które tkwią w ciele jak noże, bolą, Boże, jak bolą… Chaotyczne, nieskładne, toczą się słowa jak krwawe łzy. (s. 385)

Kryjąc za bardzo wymowną twarz pod daszkiem kupionego kaszkietu, Stasio wsiada do pociągu. Warszawa, Aleje numer… To inny pociąg, inne zmartwienia… nasunąć głębiej czapkę, spać, udawać że śpię… […]
Pustymi ulicami Warszawy w Aleje, czy to tylko dobry adres? Jak pusto na ulicach, prędzej, prędzej, godzina policyjna, i tak już wszystko jedno. Wysoki mężczyzna z wąsami patrzy na niego podejrzliwie: „Nata? Brat? Zobaczymy rano”. Zamknął go w windzie. (s. 391–392)

W maju było wielkie bombardowanie Warszawy. Wszyscy biegali jak szaleni, z łachami, z torbami, do schronu, nawet ci z „dołu” zeszli. Wyje syrena, padają bomby. Dybałowa wstąpiła po Natę, niech zejdzie, to przecież piąte piętro, koło dworca, ale Nata nie chciała. Dom chwieje się jak papierowa pagoda, od kapiących z nieba świetlnych lamp jasno jak w dzień.
Nata nie jest nawet ciekawa. Leży na łóżku, przy otwartych na oścież drzwiach, w transie nagiego spokoju, jakby ten łomot kruszących się domów i przenikliwy świst bomb był środkiem na uspokojenie jej roztrzęsionych nerwów. Może skończy się wszystko, to życie, którego pozornie nie chce się już. Także podczas następnych nalotów Nata leżała na łóżku, ale już w wiśniowych butach. (s. 394)

Nata śpi z Anną na wąziutkim łóżku, a Stasio i mała na podłodze. Zaroiło się w klitce od wszy, które Nata łowi bezskutecznie w niekończące się noce. Smród nie do zniesienia, bo dziewczynka, której ze względu na panią Tomaszyńską nie wolno wyjść na korytarz, załatwia się na nocniku niezliczoną ilość razy. (s. 397)

Bibliografia

– Mina Tomkiewicz, Bomby i myszy. Powieść mieszczańska, Warszawa 2020.