AUSCHWITZ
Anatol Chari
JA, VI B
Wyruszyliśmy z Łodzi wieczorem, do Auschwitz przybyliśmy wczesnym rankiem. Jazda, niemal prosto na południe, musiała trwać około ośmiu godzin. Tkwiliśmy w wagonach bydlęcych załadowani po mniej więcej sto osób. Był koniec lata, wagon miał otwarte okno zabezpieczone drutem kolczastym, więc dało się wytrzymać. W każdym razie nie byliśmy przykuci łańcuchami ani nic podobnego. (s. 62–63)
JA, VII
Byłem w Auschwitz. Dobry obóz, w porównaniu z innymi. Można tam było pracować – kopać rowy, rozładowywać wagony. Człowiek mógł sobie wmawiać, że robi coś pożytecznego, więc może zostawią go przy życiu. A jeśli nie zostawią, to przynajmniej miało się w perspektywie czystą śmierć: komora gazowa, krematorium, wylot przez komin, i po krzyku. (s. 4)
ONI, VII
Tym razem przeniosłem się do macochy. Jedna z zewnętrznych ścian jej pokoju miała szczelinę, przez którą wlatywało z dworu zimne powietrze. W zimowe poranki, kiedy chciałem wiedzieć, ile jest stopni poniżej zera, wystarczyło mi jedynie spojrzeć na grubość lodu, który utworzył się na szczelinie. W tym zimnym pokoju mieszkaliśmy w ośmioro: macocha, jej siostra Bronia z sześcio – albo siedmioletnim synem, druga siostra imieniem Hela, jej mąż i dwóch ich synów w wieku ośmiu i dwudziestu lat oraz ja. Młodsi chłopcy zniknęli w roku 1942 wraz z transportem dziecięcym. Mąż Heli i Bronia zmarli w getcie na gruźlicę. Hela, jej starszy syn oraz moja macocha zostali wywiezieni w roku 1944 do Auschwitz, gdzie prawdopodobnie od razu ich zagazowano. Tak było w getcie: zatłoczone pokoje, niedostatek żywności, wywózki, choroby i śmierć. Ale ja, dzięki swemu ojcu, ocalałem. (s. 11–12)
Bibliografia
– Timothy Braatz, Anatol Chari, Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkomanda, Warszawa 2012.



