BIAŁYSTOK – MAŁKINIA – CZEREMCHA – WARSZAWA [TRASA]
Adina Blady-Szwajger
JA/ONI, I
„To wszystko działo się w ostatnich dniach grudnia 1939 roku. Mój powrót trwał pięć dni. Mówiono, że strzelają do uciekinierów na Bugu, gdzie przebiegała granica między ziemiami zajętymi przez Rosjan i zaborem niemieckim. Lepiej iść polami, koło stacji Małkinia. Więc poszłam i od razu zostałam złapana przez rosyjski patrol. Tłumaczyłam się, że idę do Warszawy po matkę – nic to oczywiście nikogo nie obchodziło i zamknięto mnie w chlewie. Zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób uciekłam z tego pachnącego gnojem pomieszczenia, ale wiem, że następnego dnia znów znalazłam się na wolności gdzieś koło stacji Czeremcha, wciąż po tamtej stronie granicy. Byłam głodna, brudna, niewyspana i zmarznięta. Nigdy nie dowiedziałam się, kim był człowiek, który mi pomógł. Nie wiem nawet, jak się nazywał. Kazał mi udawać jego żonę i nie odzywać się po polsku, bo Białorusini (a mieszkańcy Czeremchy byli Białorusinami) Polaków nie kochają i natychmiast wydają w ręce posterunków.
Weszliśmy do jakiegoś domu. Mój towarzysz mówił biegle po białorusku. Nie wiem, co im opowiedział, dość że dostaliśmy jajecznicę, miskę wody do mycia twarzy i rąk, łóżko przykryte czerwoną, kraciastą pierzyną. W tym łóżku przespaliśmy noc oboje pod tą samą pierzyną i nawet nie wpadło mi na myśl, że leżę w łóżku (co prawda prawie ubrana – pluskwy!) z obcym mężczyzną i w ogóle z mężczyzną. Rano wypiliśmy herbatę z kawałkiem chleba i mój towarzysz odprowadził mnie do lasu, gdzie uciekinierzy czekali na zapadnięcie zmroku. Tam pożegnaliśmy się – a ja umówiłam się z grupą przemytników, że będę szła razem z nimi. Był to jedyny sposób przejścia zielonej granicy, bo oni, chodząc stale, znali drogę i orientowali się w zwyczajach straży. Ten dzień przesiedziałam na skraju lasu. Jeść mi się chciało. W pewnej chwili zobaczyłam, że ludzie gromadzą się koło okutanej w kożuch baby – sprzedawała zupę w brudnych kubkach, z których jadło się kolejno. Natychmiast po zamknięciu granicy zaczął się przemyt – żywności, samogonu, tytoniu.
Bardzo mi smakowała. Gorzej było ze znalezieniem tzw. domku z serduszkiem. Wreszcie nos zaprowadził mnie we właściwe miejsce. Niewiele brakowało, a moja podróż przez zieloną granicę skończyłaby się na utonięciu w g… Ale wyszłam z tego cało, tyle że zgubiłam rękawiczkę – trudno było po nią sięgnąć. No, ale miałam mufkę. Wreszcie zapadła noc i zaczęliśmy iść przed siebie. Oczywiście moi towarzysze podróży gnali, nie oglądając się na mnie. Zgubiłam ich dość szybko i znalazłam się sama nocą w polu. Gdzieś z boku słyszałam strzały. Bałam się diabelnie, ale uparcie szłam przed siebie. W pewnej chwili wpadłam do strumienia? Wielkiej kałuży? Nie wiem. Cienki lód chrupnął pod nogą i zapadłam się w wodę prawie po kolana. Wybrnęłam z wody, ale na nogach utworzyły mi się natychmiast dodatkowe buty – lodowe. Jak to się stało, że nie odmroziłam nóg? – chyba przez ten uparty, nieprzerwany bieg naprzód.
Kiedy słońce wzeszło, stwierdziłam, że jestem po „właściwej” stronie granicy. Niemieckie napisy – plakaty, jakieś „bekantmachung” – wreszcie i mundury – żołnierze niemieccy. Byłam w „Polsce”… Do Warszawy przyjechałam pociągiem i właściwie pierwsze, co pamiętam, to droga pieszo przez plac Zamkowy do domu.” (I więcej nic nie pamiętam, s. 24-27)
Bibliografia
– Adina Blady-Szwajger, I więcej nic nie pamiętam, Warszawa 2010.



