FILTROWA – GRÓJECKA 95-97 (tzw. „Zieleniak”, obóz przejściowy) (poza gettem) [TRASA]

Antoni Marianowicz

JA, VI B

„Był chyba 9 sierpnia 1944 roku, gnano nas w czasie Powstania Warszawskiego z Filtrowej na tzw. Zieleniak. Długi pochód ludzi wchodzących do obozu. Zauważyłem stojącego samotnie oficera wysokiej rangi, który przyglądał się temu widowisku. Idąc w tłumie zdobyłem się na odwagę i podszedłem do niego. Cofnął się o krok i spytał, o co chodzi. Pokazałem swój dokument, że jestem pracownikiem huty pod zarządem Waffen-SS. „Proszę zwrócić się do komendantury obozu” – powiedział, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Porem dowiedziałem się, że podszedłem do Brigadeführera Mieczysława Kamińskiego, dowódcy grabieżczej brygady jeńców radzieckich. Sami Niemcy rozstrzelali go za rozboje i gwałty urągające dyscyplinie wojskowej”. (s. 40-41)

JA/ONI, VI B

„Kiedyś stanąłem przed wyborem drogi po Powstaniu: mogłem albo iść z tłumem na Zieleniak, albo uciekać w dorodne zboże. Powiedziałem matce, że być może teraz decyduje się mój los. Milczała… Wybrałem pozostanie w gromadzie. W tłumie zdołałem się ukryć, a uciekinierów Niemcy wystrzelali jak kaczki”. (s. 170)

JA/ONI, VI B

„[…] leżeliśmy pokotem na Raszyńskiej wśród wściekłej strzelaniny i dzikich ryków pijanych ronowców. Widziałem, jak z płonącymi żagwiami i butelkami benzyny biegali od domu do domu, wzniecając planowo i systematycznie pożar za pożarem. Było to doprawdy infernalne widowisko.

Poganiani przez tę hordę, trafiliśmy na Zieleniak. Był to obóz przejściowy dla wypędzonej z Ochoty ludności Warszawy, przedtem targowisko zieleniny. Koczowały tu tysiące ludzi, a wciąż spędzano nowe partie. […] Ludzie po prostu napływali i zalegali. Była niemiecka komendantura, ronowcy do pilnowania – ci od Kamińskiego, nastawieni na grabież i gwałt. Wszystko działo się pod otwartym niebem. Noce były chłodne, żadnego zaopatrzenia, brak wody, sanitariatów, szczere pole. Pamiętam jednak, że ludzie sami natychmiast zaczęli się organizować, palić ogniska, coś gotować, handlować. W błyskawicznym tempie. Ale okropne warunki to było nic w zestawieniu z grozą gwałcenia. Zwłaszcza jeśli chodzi o młode kobiety, które raz po raz wyciągano z tłumu. Pamiętam dzikie wycie tych gwałconych dziewczyn i tych Ruskich od Kamińskiego. Pijaństwa, orgie i nieprzerwane ryki trwały całą noc.

Ja byłem w trudnej sytuacji, ponieważ znaleźliśmy się tam w towarzystwie pani Borowskiej, naszej współlokatorki z Warszawy z dwojgiem dorastających dzieci. Prezentowali się niezwykle „aryjsko” i przez myśl mi nie przeszło, że mogli być Żydami. Pani Borowska miała męża w Stanach i natychmiast po zakończeniu wojny wylądowała w Ameryce. Ale na Zieleniaku przeżywała godziny grozy, bo jej szesnastoletnia córka była śliczna i przez to szczególnie narażona na gwałt. Wymyśliłem, żeby obandażować jej twarz jak trędowatej. Udało się.

Jedzenie w tym obozie kupowało się za złoto. Kilo słoniny kosztowało świnkę – pięć rubli carskich. Kręciłem się po obozie bez chwili spoczynku, węsząc, co się uda zdobyć dla moich podopiecznych. Kupiłem za złoto jedzenie, potem biłem się z jakimiś facetami o sztachety z rozbieranego płotu, żeby mieć drewno na ognisko. Co chwila coś znosiłem, jak do gniazda. Właśnie owa nadaktywność pozwalała mi tę całą sytuację przetrwać. W pewnej chwili zobaczyłem Niemca w mundurze lotnika. Snuł się po obozie z wielką bańką i widać było, że nie wie, co ze sobą zrobić. Podszedłem więc i spytałem, o co chodzi, co tam ma w tej bańce. Powiedział, że to mleko dla niemowląt, i nie wie, jak je rozdzielić. Trochę był gamoniowaty. Przystąpiłem więc bezzwłocznie do rozdawnictwa mleka. Niemiec nabrał do mnie natychmiast zaufania i powiedział, że prowadzi na Okęciu mały obóz przejściowy, Durchgangslager. Zaproponował, że przyjmie sporą grupę ludzi z Warszawy. […] Na to nowy duch we mnie wstąpił – przede wszystkim wyciągnąłem wszystkie młode i ładne kobiety (zawsze miałem do nich słabość), poza tym matki z dziećmi, jakichś poznanych przypadkiem starszych ludzi i utworzyłem z nich oddział, który zamiast normalnym szlakiem miał iść przez Okęcie. […] Tak minęły dwie doby, aż wreszcie doszło do opróżnienia obozu”. (s. 175-177)

Bibliografia

– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.