FRANCISZKAŃSKA 27 (kolektyw Praga, komisja przewarstwowień)

 

Dawid Sierakowiak

JA/ONI, II A

18 października 1941 r.:  „Będzie chyba teraz coraz trudniej o pracę, bo codziennie przychodzą regularnie partie z Niemiec. Są już Żydzi z Wiednia i Pragi. Teraz mają przybyć z Luksemburga, Berlina i z wielu innych miast. „Bajki” [Franciszkańska 31] nam nie zabrali, bo uchodźców wpakowano do gmachu szkolnego na Franciszkańskiej 27, w byłym klasztorze Mariawitów.” (s. 212)

20 października 1941 r.:   „Byliśmy dziś u Czechów [Franciszkańska 27], są wśród nich fajni chłopcy. Luksemburczycy też. Mówi się z nimi wspaniale. Prawie wszyscy znają doskonale niemiecki. Dotychczas mieli cudownie. Dziwią się tutejszemu brudowi i obawiają się chorób. Dziś przyjechała nowa partia z Wiednia czy Berlina. Prawie wszyscy to syjoniści (przynajmniej na zewnątrz), ale wszędzie „rot”. Już szukają. pracy. Są inteligentni, czyści, sympatyczni i otwarci. Doprawdy, przyjemnie wśród nich przebywać.” (s. 213)

ONI, III A

21 kwietnia 1942 r.:   „Tymczasem na mieście zabrakło dziś ludzi do badania z wyznaczonego planem okręgu. Złapano więc partię dzieci przybyłych do Wydziału Szkolnego [tj. do komisji przewarstwowień, Franciszkańska 27 – A.S.] po ankiety i zaprowadzono ich do „stemplowania”.” (s. 235)

 

Arnold Mostowicz

ONI, II C

„Pomariawicki gmach zapchany był przesiedleńcami. Zarówno w dużych salach, jak i w pomieszczeniach mniejszych ustawiono setki dwupiętrowych prycz, zbitych z nieheblowanych desek. Prycze stały obok siebie tak blisko, że przejść między nimi można było jedynie bokiem. Wszystkie kąty, miejsca pod pryczami, między pryczami i na pryczach zajęte były przez walizy, torby, pakunki, tłumoki, pościel, suszącą się bieliznę, garnki, puszki z konserwami, talerze, garderobę. Aż dziw, że mogło tu się jeszcze znaleźć miejsce dla ludzi. Wobec tego, że musieli się przecież gdzieś pomieścić, najchętniej leżeli na pryczach, pilnując resztek swego dobytku, które władze pozwoliły im ze sobą zabrać. Od razu się zorientował, że ludzie ci nie zdawali sobie w pełni sprawy z tego, gdzie, w jakich warunkach się znaleźli. Panował tu nastrój czegoś w rodzaju pikniku, majówki, wycieczki w nieznane. Na razie nie wpuszczano tu jeszcze ludności miejscowej, a przesiedleńcom niespieszno było do zewnętrznych kontaktów. A mimo to życie towarzyskie kwitło. Odwiedzano się w różnych pomieszczeniach, zawiązywano znajomości, żartowano, ba! – urządzano nawet przyjęcia dla gości przybyłych z innego piętra czy innej sali. Walizki służyły za stoły, prycze – za krzesła. Jeszcze przesiedleńcy nie zaznali głodu. Trochę skarżyli się na warunki sanitarne, ale raczej przeważała ciekawość niż panika i zgroza.” (s. 72-73)

JA/ONI, II C

„Podczas tej pierwszej lustracji obozu przy ulicy Franciszkańskiej [27] ograniczył się do powierzchownego sprawdzenia warunków sanitarnych i zorientowania się, czy nie ma wśród przesiedlonych jakichś chorób zakaźnych. Zorganizował też punkt lekarski, co przyszło mu tym łatwiej, że wśród przesiedleńców znajdowała się wcale pokaźna grupa lekarzy. Udało mu się cudem wygospodarować jakąś izdebkę, którą sami przesiedleńcy zobowiązali się doprowadzić do odpowiedniego stanu. Tam miał stale dyżurować lekarz i tam też po kilku dniach przesłał podręczną apteczkę. (s. 73)

JA/ONI, II C lub III A

„Wrócił na Franciszkańską [27] po tygodniu. Oficjalnie w tym celu, by zlustrować działanie punktu lekarskiego, nieoficjalnie, by zobaczyć, co tu się zmieniło. Kierowała nim niezdrowa ciekawość, której przed sobą się wstydził, ale której nie mógł się oprzeć. Podobnego uczucia zaznał, kiedy był mały. Złapano w domu do pułapki mysz i postanowiono utopić ją w wiadrze z wodą. Musiał wtedy zobaczyć, jak to wygląda. Teraz też musiał zobaczyć, jak to wygląda.

Co? Tego sobie uzmysłowić w pełni jeszcze nie umiał. Zasygnalizowano wśród przesiedleńców kilka wypadków zatruć, a nawet jeden wypadek ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego, ale to wszystko były schorzenia, można powiedzieć, luksusowe, choroby czasów normalnych.

Pozornie nic się tu nie zmieniło. Zagęszczenie pozostało takie samo, prycze zawalone były nadal różnymi bambetlami, ale nastąpiło to, co nastąpić przecież musiało. Coś, co w normalnych warunkach miałoby, być może, wymiar historyczny i znalazłoby wyraz w kronikach czy przekazach, o czym by sobie opowiadano przez lata w tonacji bądź tragicznej, bądź anegdotycznej, jednak w warunkach niewoli niemieckiej, w głodującym getcie przybrało formę karykaturalną; coś, co w innych okolicznościach zasługiwałoby na pióro Szekspira, teraz prosiło się o kreskę Daumiera.

Obóz przesiedleńców zamienił się w jarmark, w targ, gdzie straganem była każda prycza, a przedmiotem handlu wszystko. Kiedy zaczęły wyczerpywać się skromne ostatecznie zapasy żywności, którą przesiedleńcy przywieźli z sobą, i kiedy zrozumieli, że racje żywnościowe getta nie wystarczą, by utrzymać się przy życiu, tym bardziej że przejście od jako tako normalnego odżywiania się do gettowego głodowania nastąpiło nagle, nadszedł czas handlu czy wymiany. Przybysze skupywali każde ilości chleba, kartofli czy brukwi, które zawsze pokątnie można było nabyć, po cenach zazwyczaj bardzo wygórowanych. Teraz, kiedy nagle wzrósł popyt, ceny na żywność zaczęły rosnąć w tak gwałtownym tempie, że przesiedleńcy musieli coraz szybciej wyprzedawać się z dobytku, na który istniał z kolei popyt, jeśli nie wśród wszystkich mieszkańców getta, to z pewnością wśród dużej ich części. Tylko że przesiedleńcy znaleźli się w sytuacji przymusowej, osłabiającej ich pozycję przetargową, musieli sprzedawać, aby móc kupić… Poza tym miejscowi byli bogatsi, bogatsi w doświadczenie życia za drutami, przybyszom zaś nie starczyło wyobraźni, by od razu klęskę swoją w pełni sobie uświadomić. W konsekwencji więc przesiedleńcy znaleźli się na łasce i niełasce tych, którzy mieli to niezwykłe szczęście, że wsadzono ich za druty wcześniej. Była to handlowa wiktoria miejscowych nad przybyszami.” (s. 73-74)

JA/ONI, III A

„…Wtedy była wiosna i przybysze beztrosko pozbywali się ciepłej odzieży, którą wykupywali miejscowi, mając doświadczenia dwóch zim spędzonych w warunkach getta. Sale i pokoje gmachu przy Franciszkańskiej [27] rozbrzmiewały hałaśliwą wrzawą bazarowych przetargów. Stanął obok jednej z prycz i przysłuchiwał się końcowym etapom transakcji. W jej wyniku piękny wełniany pulower przechodził na własność kupującego za sumę kilkudziesięciu marek gettowych, za które trudno było kupić kilogramowy bochenek chleba. Kupujący mówił po żydowsku, sprzedający po niemiecku. Doskonale się rozumieli i doskonale ukrywali wzajemną niechęć. Przez chwilę miał ochotę wtrącić się do targu i pouczyć przybysza, że getta nie można było przeżyć zarówno bez chleba, jak i bez pulowera… Zrezygnował z tego zamiaru. Zresztą końca transakcji wówczas nie doczekał. Postanowił jak najszybciej uciec z tego obrzydliwego targowiska. Gdy zamierzał opuścić salę, został nagle popchnięty przez kilkuletniego chłopca, który omal go nie przewrócił. Chłopiec biegł wołając donośnie: – Liese! Liese!

– Uważaj, dziecko – powiedział. – To nie jest plac zabaw. Rodzice ci tego nie powiedzieli?

– Przepraszam pana, Liese to moja siostrzyczka. Mama kazała mi ją odszukać – to mówiąc chłopiec wskazał jedną z prycz pod drzwiami. Spojrzał w tym kierunku i ujrzał siedzącą na pryczy z podkurczonymi pod siebie nogami kobietę lat trzydziestu, może trzydziestu pięciu… […]

Podszedł do siedzącej na pryczy zafascynowany jej niezwykłą urodą. Gdy się do niej zbliżył, spojrzała na niego wzrokiem, w którym dziewczęca naiwność i niesprecyzowana obietnica roztapiały się w tępej obojętności. Strząsnęła z czoła pukiel jasnych włosów, a zorientowawszy się, że mężczyzna, który podszedł do niej, został przed chwilą potrącony przez jej syna, powiedziała:

– Przepraszam pana bardzo, ale trudno tu utrzymać dzieci przy sobie.

– Nic się nie stało. Czy można pani w czymś pomóc?

– Pomóc? – wydała się zdziwiona. – W czym może mi pan pomóc?

Z pryczy nad nią, niby z baldachimu, wychylił się jakiś mężczyzna i powiedział w dół:

– Męża tej pani, doktora Reisera, Gestapo aresztowało. Został wysłany do obozu.

– Mąż pani był lekarzem?

Zbyt późno spostrzegł się, że użył czasu przeszłego. Nie odpowiedziała. Odpowiedział natomiast ten z góry. Widocznie i on uznał, że czas przeszły będzie tu najodpowiedniejszy:

– Nie. Był prawnikiem.

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli. Kobieta widać nie bardzo skłonna była do rozmowy.” (s. 77-78)

JA/ONI, III A

„…zagadnął go mężczyzna z góry. Był to młody stosunkowo człowiek o bladej, prawie białej twarzy.

– Czy są tutaj jacyś neurolodzy?

– Są. Oczywiście, że są. Dlaczego pan o to pyta?

– Jestem chory. Na pewno słyszał pan o takiej chorobie. Sclerosis multiplex. Multiple Sklerose – najpierw podał nazwę łacińską, a później powtórzył ją po niemiecku. – Trudno mi chodzić. Jeszcze trudniej pracować. Powiedziano mi w Hamburgu, że jeśli będę miał odpowiednie zaświadczenie lekarskie, zostanę zwolniony z pracy, otrzymam rentę i podwójną rację żywnościową.

– Tak panu powiedzieli w Hamburgu? – starał się, by pytanie nie zabrzmiało ironicznie, ale nie bardzo mu się to udało. – Przyślę panu neurologa. Spojrzał jeszcze raz na kobietę, która tłumaczyła coś dzieciom, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, i poszedł dalej…” (s. 78)

Bibliografia

– Dawid Sierakowiak, Dziennik, oprac. A. Sitarek, E. Wiatr, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny, 2016.

– Arnold Mostowicz, Żółta gwiazda czerwony krzyż, Łódź: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, 2013.