KALISZ (dworzec kolejowy) (poza Warszawą)

Jechiel Górny

ONI, I (16.11.1939)

Wszyscy czekają, są bardzo zdenerwowani i niecierpliwi, co chwila patrzą na zegar ścienny i przez okna wyglądają pociągu do Warszawy, rzucają spojrzenia na żandarma stojącego przy wyjściu, i chcą z jego oczu, które są schowane pod głębokim hełmem, odczytać jego nastrój. Żydzi już noszą żółte łaty, zarządzenie pojawiło się wczoraj po południu.
Ja i mój przyjaciel Winter kręcimy się wśród chrześcijan, nie nosimy żółtych łat i chociaż serce bije mocno ze strachu, żeby jakiś znajomy goj nas nie wydał, jesteśmy jednak pewni, że nam się uda.
Nasz bagaż składa się tylko z dwóch plecaków. Nie boimy się żadnej kontroli, ale na stacji jest wielu znajomych i krewnych, którzy mają duże paczki – trzeba im jakoś pomóc.
[Starając się], by nie zauważyli nas chrześcijanie, bierzemy po dwie duże walizy od mojego wujka, który jest tu z całą swoją rodziną, składającą się z dziewięciu osób. My obaj (ja i Winter) przygotowujemy się do wyjścia na peron. Przed nami stoi żydowska rodzina z dużymi paczkami, złożona z 4 osób. Żandarm każe im rozwiązać worki i kontroluje każdy kawałek, a zobaczywszy nas (dwóch gojów), uśmiecha się, odpycha Żydów z ich paczkami, a nam pozwala szybko przejść.
Chwilę później wychodzi mój wuj z rodziną, z długimi, siwymi wąsami też wygląda jak stary chłop. Żydowska rodzina, która stała przed nami, wyszła w ostatniej chwili. Za dziesięć dziesiąta nadchodzi pociąg. Pasażerskich wagonów jest tylko kilka, reszta to towarowe. Moi krewni wpychają się do takiego wagonu, pomagamy im włożyć paczki – ja i Winter zajmujemy miejsca w wygodnych wagonach pasażerskich. Nie mija jednak nawet 5 minut i proszą wszystkich, bez różnicy, by wyjść, nawet urzędników, którzy legitymują się, że jadą służbowo. Wagony są zarezerwowane dla oficerów i nic nie pomaga.
Szukamy wagonów z moją rodziną, która była przewidująca i zamknęła się tak, że musieliśmy nadawać różne sygnały, zanim nas wpuścili. Zainstalowani, z jeszcze kilkoma chrześcijanami z naszego wagonu, siedzimy i czekamy.
W Kaliszu na stacji ten pociąg stoi najwyżej 4 minuty – a tu już przeszło więcej niż 15, a my stoimy w miejscu. Nagle zamieszanie… „Alle Juden raus”, słychać rozkazy. W naszym wagonie siedzą chrześcijanie – szmuglerzy, którzy też drżą o swoją skórę. Paru z nich podsuwa się do drzwi i wykrzykuje: „Tu sami Polacy, Żydów nie ma”. Sztuczka się udaje.
Na peronie zgromadzeni Żydzi zostają zapędzeni do ostatnich wagonów towarowych, gdzie niedawno stały konie. Gubią się setki paczek z ich uratowanego majątku… Wreszcie, o wpół do jedenastej, lokomotywa gwiżdże i ruszamy z miejsca. (s. 302–303)

Bibliografia

– Jechiel Górny, Dziennik (22.05 – 22.07.1942 r.; 4.11 – 21.12.1942 r.), w: Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy – Archiwum Ringelbluma, t. 23, cz. II: „Dzienniki z getta warszawskiego”, oprac. K. Person, Z. Trębacz, M. Trębacz, Warszawa 2015, s. 274-344.