LUBECKIEGO 6 – GĘSIA – GĘSIA 37 – FRANCISZKAŃSKA (zawrót) – GĘSIA – ZAMENHOFA – KURZA (zawrót) – ZAMENHOFA – MURANOWSKA 38 – MURANOWSKA 40 – MURANOWSKA 42 [TRASA]
Helena Szereszewska
JA/ONI, IV A (tuż po 21 września 1942)
„Urzędnikom Gminy wyznaczone zostały bloki przy ulicy Muranowskiej 38, 40 i 42.
Kiedy wieść o tym rozporządzeniu doszła do nas, przeraziliśmy się. Zapukaliśmy do Gliksbergów, naszych sąsiadów, i odbyliśmy wspólną naradę.
„Czy musimy koniecznie mieszkać na Muranowskiej? – zapytała Stefania Gliksberg – poszukajmy mieszkania gdzie indziej!”
,,Nie ulega wątpliwości, że spychają nas coraz bliżej Umschlagu” –odpowiedział Henryk Gliksberg.
„Natychmiast, w tej chwili chodźmy szukać mieszkania! Nie czekajmy, aż wszystkie będą zajęte! Chodźmy już!” –zawołała pani Stefania.
Podeszła do szafy, wyjęła barwną chusteczkę i zawiązała ją na głowie. Włożyła płaszcz, zawołaliśmy nasze dzieci i już szliśmy Gęsią, ogarnięci gorączką mieszkaniową. Dzieci szły na przodzie – my za nimi. Była sobota, nie pracowano tego dnia.
Z niecierpliwością i niepokojem szliśmy ulicą. Żal nam było mieszkań, do których w pierwszych dniach tak trudno było się przyzwyczaić. Teraz, kiedy już przesiąkły naszym duchem, kiedy stały się n a s z e, trzeba je będzie opuścić.
Tadzik Gliksberg odwrócił się i powiedział:
„A może pójdziemy na Niską pod sześćdziesiąty pierwszy? To nowoczesny dom”.
„Na Niską? – zdziwiła się pani Stefania – to przecież jeszcze bliżej Umschlagu. A kto tam zajął mieszkanie?”
„Giterman zajął mieszkanie w tym domu i Kowalscy, i adwokat Himmelfarb”.
Zamyśliła się. Po chwili powiedziała:
,,Nie. Jak najdalej od Umschlagu. Chodźmy najpierw na Franciszkańską”.
Gdyśmy tak szli ulicą Gęsią, przed bramą domu numer trzydzieści siedem przyłączyła się do nas wysoka, tęga blondyna, uczesana w loki. Ubrana była w długi, fałdzisty, szary płaszcz z kapturem. Była to żona jednego z urzędników Związku Aptek. Nazywała się Grinbergowa.
Brama domu numer trzydzieści siedem była otwarta na oścież. Widać było przez nią zawalone rupieciami podwórze i wypalone ruiny poprzecznej oficyny. W domu tym była kuchnia, w której pracowałam. Kuchnia wraz ze swym nowym kotłem odpadła jako nieparzysta strona ulicy Gęsiej. Przestałam więc pracować. A razem ze mną przestał pracować cały „dziki” personel tej kuchni: gospodyni, magazynier z żoną, żona adwokata, który był w Anglii, śpiewaczka z Wilna i Hena, matka rudego dziecka.
Ujrzawszy nas, pani Grinberg odezwała się:
„Jak to dobrze, że ustały wysiedlenia. Można teraz spokojnie chodzić po ulicach”.
,,Idziemy szukać mieszkania” – powiedziała Stefania Gliksberg.
,,Pójdę i ja”.
Ruszyła naprzód i popłynęła jak okręt w swym wspaniałym płaszczu. Nie mogłam oderwać od niej oczu, tak dziwnie odbijała jej postać na tle szarych murów i ulicy.
Na Franciszkańskiej nie było żadnych mieszkań. Ponieważ Wydział Aprowizacji pozostał, urzędnicy pozajmowali już dawniej co lepsze mieszkania. Wchodziliśmy do bram domów – istnych ruder. Potykaliśmy się o cegły, o kamienie, o kupy sypkiego żwiru. Dokoła wywalone drzwi, potłuczone okna, wypalone futryny.
Mieszkań zresztą nie oglądaliśmy wcale. Wchodziliśmy tylko do bram i cofaliśmy się z powrotem. Śmierdziało w bramach opuszczeniem, stęchlizną i ekskrementami.
„Nie sposób tutaj mieszkać – powiedział Gliksberg – idziemy dalej”.
„Chcesz powiedzieć: idziemy bliżej” – uśmiechnęła się smutnie Gliksbergowa.
Zawróciliśmy więc. Przekroczyliśmy mocno zbombardowane Nalewki, odcinek Gęsiej, potem skręciliśmy w Dziką i poszliśmy w kierunku Kurzej.
Ulica Kurza wyglądała wówczas niesamowicie. Prawa jej strona zawalona była górami poduszek, pierzyn i materaców. Niektóre poduszki były poprute i pierze wychodziło na zewnątrz. Prawie wszystkie poduszki były bez poszew. Placówkarze i placówkarki – młodzi Żydzi i Żydówki, pracujący po stronie „aryjskiej” – nie mogąc przenosić całych poduszek, zdzierali z nich poszwy i sprzedawali Polakom. Wynosili głównie garderobę i bieliznę z opuszczonych mieszkań. Nazywało się to: wynosić ciuchy.
Z początku mieszkania po wysiedlonych Żydach na ulicy Kurzej zajęły robotnice jakiegoś szopu. Teraz, po zwężeniu getta, robotnice musiały wynieść się gdzie indziej, a ich mieszkania mieli zająć pracownicy Wydziału Budowy.
W tych ciągłych zmianach była pewna logika. Po każdej przeprowadzce było się biedniejszym. Przystosowanie się do nowego otoczenia męczyło i niszczyło moralnie. Przeprowadzki należały do systemu. Tak samo jak należało do systemu strzelanie we dnie i w nocy podczas wysiedleń.
Gdyśmy skręcili z Dzikiej w rojną i szumną ulicę Kurzą, Stefania Gliksberg odezwała się:
,,Idziemy tak i idziemy, a nigdzie nie widzimy żebraków. Pomyślcie: nie widać żebraków, a takie mnóstwo było ich dawniej!”
,,Nie śpiewa teraz nikt: «Ich hob niś ka mues…» i «Di bone, di bone»” – ktoś powiedział.
W jednej chwili melodia tych pieśni podwórzowych zadźwięczała nam w uszach. Przypomniało mi się podwórze przy Waliców i śpiewaczka, którą nazywaliśmy „pięknogłosą”. Przychodzili we dwoje: mężczyzna i kobieta. On grał na skrzypcach, a ona śpiewała. Arie z „Fausta”, z „Poławiaczy pereł”, z „Carmen”. Podwórze tej pięciopiętrowej kamienicy podobne było do głębokiej studni. Głos jej odbijał się o mury i drżał na skrzydłach aniołów. Ze wszystkich okien wyglądały głowy. Rzucano jej pieniądze i kawałki chleba, owinięte w gazetę. Kiedy śpiewała, cierpienie i tęsknota nie miały granic i zdawało się, że tylko w śmierci mogły znaleźć ukojenie.
Gdyśmy tak szli, ta sama myśl nurtowała nasze serca, ale nikt z nas nie wypowiedział jej na głos.
Nie widać było również trupów, przykrytych gazetami, obok bram domów. Trupy te wyrzucano nocą z mieszkań. Leżały tak długo, aż przyjeżdżał karawan, który je zbierał i wywoził na cmentarz. Nikt nie wiedział, kto umarł. Robiono tak dlatego, ażeby nie stracić bonu – kartki żywnościowej – tego bonu z piosenki.
Przy ścianie domu numer sześć stała kobieta. Patrzyła na wylot ulicy Kurzej. Wiatr rozwiewał jej włosy. Stała opuszczona i zatroskana.
„To Lemerowa – powiedziałam – żona inżyniera Lemera z ulicy Wilczej. Dzieci nasze znają jej „córki”.
(…)
Weszliśmy do bramy pod numerem dziesiątym i piętro po piętrze oglądaliśmy mieszkania. Gdyśmy przechodzili przez puste pokoje, w jednym z nich obok łazienki zobaczyliśmy siedzącego w kucki człowieka, poprawiającego ogień w żelaznym piecyku. Podniósł głowę, spojrzał na nas i oczy błysnęły mu w uśmiechu. Znał mego męża z czasów przedwojennych. Handlował drożdżami, a mąż mój pracował w przemyśle drożdżowniczym.
,,Co pan tutaj robi?” – zapytał mój mąż.
,,Jestem «dzikim» człowiekiem – odpowiedział i roześmiał się. Po chwili dodał: – Szukacie mieszkania? Tutaj jest zimno i ciemno. I wilgoć”.
Kucał przez cały czas, rozmawiając z nami. Czy on się nie podniesie? Czy nie może się podnieść właśnie przez wilgoć, która weszła mu w kości?
(…)
Zeszliśmy ze schodów do ciemnej bramy i stanęliśmy na chodniku. Z sąsiedniej bramy wyszli Gliksbergowie i kobieta w szarym płaszczu z kapturem, I znów szliśmy razem – z powrotem ulicą Kurzą w stronę Dzikiej.
,,A więc idziemy na Muranowską” – powiedział Gliksberg.
Tym razem pani Stefania milczała. Miała niechęć do tej ulicy, leżącej tak blisko Umschlagu. Ale ponieważ nie było gdzie indziej mieszkania, godziła się z koniecznością.
Za Muranowską była Niska; za Niską – Stawki. A na Stawkach – Umschlag. Mieszkać na Muranowskiej – to znaczy mieszkać na krańcach getta, na ostatniej granicy.
Dom pod numerem trzydziestym ośmym, czterdziestym, czterdziestym drugim. I znów do bramy, a potem na schody. Od frontu i w oficynie znajdowały się mieszkania trzy- i czteropokojowe, ale wszystkie były już zajęte. Chodziliśmy z piętra na piętro. Wszędzie leżały szuflady z komód i z szaf, wszędzie wyrzucona na podłogę bielizna. I nie posłane łóżka.
Deptaliśmy po talerzach, lichtarzach, albumach do fotografii, lampkach chanukowych. Panował niesłychany nieład. Jak gdyby tędy przebiegła rozjuszona bestia.
W bramie stał dozorca domu. Trzymał za rękę synka, który ssał cukierka. Był to znany nam dozorca z ulicy Gęsiej. (…)
„Panie radco – powiedział – w poprzecznej oficynie na drugim piętrze są wolne dwa pięciopokojowe mieszkania. A na pierwszym – jest wolne duże sześciopokojowe po wysiedlonym Alterze, właścicielu tej kamienicy. Ta weranda, którą pan widzi, należy do mieszkania. Ta weranda jest kuczką, sufit można przesuwać”.
Wszyscy zwróciliśmy oczy na werandę, która wyglądała jak jaskółcze gniazdo.
,,Zobaczymy” – powiedział Gliksberg i już szliśmy przez podwórze, a potem wchłonęła nas brama oficyny poprzecznej. Na betonowej podłodze leżała rozwalona, czarna rozpruta kasa.
Dozorca, który szedł za nami, odezwał się:
,,To kasa Alterów, tych z pierwszego piętra. Wyrzucono ją z mieszkania i tutaj leży”.
Gdy wchodziliśmy na schody, uchyliły się drzwi w głębi. Przez wąską szparę widać było głowę starej kobiety. Patrzyła na nas z ciekawością.
Dozorca odezwał się raz jeszcze:
„Ta stara kobieta została sama jedna. To jej mieszkanie. Straciła wszystkich. Ukryła się w szafie, której nie otworzono. Małe mieszkanie – jedna stancja. Okno wychodzi na Niską”.
Kobieta cicho zamknęła drzwi. Ciekawość jej była nasycona.
Na drugim piętrze przeszliśmy szybko przez dwa obszerne pięciopokojowe mieszkania, prawie puste. Oddzielne sztuki mebli – krzesło czy serwantka – stały jeszcze przy ścianach.
„Zajmuję oba te mieszkania dla Związku Aptek” – powiedział Henryk Gliksberg.
Spojrzeliśmy wszyscy na niego. Wypowiedział te słowa głosem wnikliwym i solennym. Z pewnością w taki sam sposób mówili przed wiekami poszukiwacze przygód, gdy docierali na swych brygantynach do wysp, na których noga ludzka wcześniej nie postała.
,,Zajmuję te wyspy dla królowej Anglii”.
W końcu zeszliśmy o piętro niżej. Na podłogach poniewierały się gałgany, sprzęty kuchenne, stare obuwie. Z szafki wysypywały się wielkie księgi hebrajskie. Kroki nasze dudniły w opuszczonych pokojach i odbijały się od ścian, na których gdzieniegdzie wisiały jeszcze obrazy.
I znów odezwał się dozorca:
,,Panowie, to jest właśnie mieszkanie po wysiedlonym Alterze. Zamieszkajcie w nim razem. Dwie rodziny”. (143-148)
Bibliografia
– Helena Szereszewska, Krzyż i mezuza, Warszawa 1993.



