MARIENSZTAT (poza gettem)
Bogdan Wojdowski
F, II
Na pobliskiej Ochocie chłonął w oszołomieniu niechlujną gwarę, pełną urwanych porozumiewawczo słów i skrótów, jak poufałe mrugnięcia pijackiej powieki. Spod nasuniętych nisko na oczy oprychówek wypluwali tam zamazane pogardliwie samogłoski, seplenili z cwaniackim uśmieszkiem, raczyli go pieprzem i wyziewami machorki, oddechem knajp i zgniłym powiewem wiatru znad glinianek przedmieścia; poklepywali go dobrodusznie po ramieniu, a wszystko to wśród nieustających, zawrotnych, ciągnących się w nieskończoność klątw, zapierających dech. W Śródmieściu osłuchał się z gładkim, szarym językiem urzędników z biur i drobnych kupców zza lady, których akuratność wysłowienia ledwo przesłonięta była retoryką zdawkowej, kwaśnej uprzejmości. Na Starówce i Powiślu słyszał ten sam język postarzały o wieki całe, dosadny a ceremonialny, pełen ociężalej i archaicznej powagi, melodyjnością przypominający mu mowę wsi, jękliwe zawołania piaskarzy na rzece, pieśni kościelne – język, którym mógł się posługiwać w cieniu krętych uliczek dorożkarz w granatowej pelerynie, przekupka na Rynku, majster szewski drzemiący cale dnie u Fukiera, niepozorny, zapomniany przez czas i ludzi szlachciura. Emeryt w szarej maciejówce strząsał z siwych wąsów krople deszczu siedząc martwo na czarnej, zwęglonej ze starości ławce pod mostem Kierbedzia, mając u nóg flotyllę przycumowanych bezładnie u nabrzeża wraków i barek, do których dozorcy koszami zsypywali śmiecie, wymiatane spod skarp Mariensztatu. Kasłał i ten kaszel starca huczał rozdzierająco we mgle, raz po raz. Idąc przez Mokotów Dawid słyszał przechodniów mówiących hałaśliwą niemczyzną, bo to była dzielnica volksdeutschów i reichsdeutschów, z koszarami na rogu Rakowieckiej, skąd głośniki bezustannie wyrzucały raźne marsze, z eleganckim kinem „Olimp” przy Puławskiej, na wprost wylotu Narbutta, i biurem niemieckiej policji politycznej w pobliżu. (s. 241)
Bibliografia
– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.



