NOWOLIPIE 44 (Szop Schultza, tzw. Duży Schultz)
Leokadia Schmidt
JA, III A
„Tegoż dnia, stojąc na balkonie naszego mieszkania, zakłopotana i zmartwiona, zauważyłam w oknie obok naszego sąsiada Rosenberga. W jednej chwili uświadomiłam sobie, że jego żona pracuje od 15 lat w fabryce Bro-Ro (Braun i Rowiński) przy ul. Leszno 78, która obecnie produkuje, jak mi kiedyś wspomniała, dla wojska niemieckiego. Zapytałam więc, nie wierząc w rezultat, czy mógłby coś załatwić u nich dla mego męża. On zaś odpowiedział, że owszem, nawet dziś może przynieść za tysiąc złotych legitymację stwierdzającą przyjęcie do pracy męża i zaświadczenie dla mnie i dziecka. Ogarnęła mnie tak wielka niecierpliwość, że nie czekając na męża, napisałam na kartce wszelkie personalia i dała 2 fotografie męża prosząc o pośpiech. Po godzinie Rosenberg wróci z podaniem, które należało złożyć do biura dyrekcji z prośbą o przyjęcie. W tym samym czasie nadszedł mąż. Okazało się, że prosił o załatwienie pracy u tzw. Dużego Schultza na Nowolipiu [44]. Był to duży szop na terenie garbarni Blunka. Mieściły się tam fabryki pracujące dla Niemców. Bez namysłu radziła odwołać to miejsce. Tego samego dnia złożyliśmy podanie do formy Karol George Schultz, który obecnie objął fabrykę Bro-Ro. Nie ma on nic wspólnego z Dużym Schultzem.” (s. 24)
JA, III A
„Mąż mojej drugiej siostry dostał się do Dużego Schultza na Nowolipiu 44, a trzecia była również zabezpieczona. Syn jej męża z pierwszego małżeństwa był policjantem i podał ją jako swą matkę. W ciągu tych pierwszych kilku dni prawie wszyscy nasi znajomi zabezpieczyli się przed wysiedleniem. Tak nam się przynajmniej wydawało.” (s. 25)
Irena Birnbaum
JA/ONI, III A (między 2 a 5 sierpnia 1942)
„Gdy nastąpiło zamieszanie, postanowiliśmy udać się na teren Schulza na Nowolipie i czekać tam na legitymacje. Laboratorium mieściło się na poddaszu. Tu urzędował doktor Hepner, współpracownik Schulza, gdańskiego kuśnierza. Na dole całe podłoże pokryte było siecią maszyn do szycia, wokół których cisnęli się ludzie. Ogłoszono bowiem, że kto wstawi do szopu maszynę do szycia, zostanie tam przyjęty. Przesiedziałam z ojcem przez cały dzień na dusznym i ciemnym poddaszu, nie załatwiwszy nic.” (s. 74)
JA/ONI, III A (między 2 a 5 sierpnia 1942)
„Rada rodzinna uchwaliła, że bezpieczniej będzie jednak przenieść się na teren Schultza. Późnym wieczorem przynieśliśmy walizki na poddasze koło laboratorium. Na tobołkach osiedli: stryjenka Sabina ze swoimi dziećmi, Lilką i Alkiem oraz ja z rodzicami (stryjek pozostał jeszcze na Lesznie). Całość przedstawiała straszliwy obraz nędzy i rozpaczy.” (s. 75)
JA/ONI, III A (5/6 sierpnia 1942)
„Noc z piątego na szóstego sierpnia była pierwszą spędzoną w nowych warunkach. Wokół na tobołach drzemała rodzina. Na poddaszu ponowną niemożliwy zaduch. Raz po raz ktoś podchodził do małego okienka w dachu, zaczerpnąć powietrza. Wszyscy chodzili zgarbieni, zgięci w pół.
O wyprostowaniu się mowy nie było. Chwilami ktoś nieuważny i roztargniony zapominał o wysokości poddasza i wyprostowywał się. Momentalnie otrzymywał zasłużoną karę w postaci guza lub siniaka. Nieopodal rozlokowała się rodzina złożona z małżeństwa, siostry żony, starej matki oraz dwojga dzieci. Przywieźli tu ze sobą całe gospodarstwo: kredens i stołki, łóżka, garnki i nocniki. Przez cały czas można było usłyszeć ich hałaśliwy nawoływania, gderania i kłótnie. Wszystko odbywało się w kolejnym porządku. Z początku rozmawiali, później kłócili się między sobą. Później chłopiec wbił młodszą siostrę.” (s. 75)
JA/ONI, III A (9 sierpnia lub później 1942 r.)
„Pobiegliśmy czym prędzej zobaczyć, co stało się z matką [Natalią Birnbaum – przyp. AKR]. Szczęśliwie przetrwała blokadę. Zaraz na początku zeszła na dół z babcią i Polą. Udało im się dostać na teren kuśnierski Schultza, gdzie przesiedziały do końca.” (s. 81)
JA/ONI, III A (14 sierpnia 1942)
„Złożyłam wszystko w mieszkaniu i zeszłam na ulicę. Było tu widać wielkie podniecenie i gorączkowy ruch. Przed bramą kuśnierni stało kilku Werkschutzów, pilnujących w porządku. Zebrała się już duża grupa ludzi. Przedarłam się ten dziedziniec fabryczny, stąd do laboratorium, gdzie przycupnęłam na poddaszu. Rozmyślałam o tym co dzieje się w domu. Nagle drgnęłam. Spostrzegłam obok mnie ojca. Krzyknęłam radośnie: – Tatusiu, jesteś tu?
Ojciec odpowiedział mi, co zaszło. Okazało się, że wyszedł tak jak ja z walizkami i złożył je w nowym mieszkaniu. Widząc rosnące tłum przed kuśniernią, zrozumiał że już nie zdąży powrócić po matkę i babcię. Ludzie tratowali się po prostu. Jeden chciał ubiec drugiego i przedostać się do środka. Werkschutze bili intruzów pałkami. Ojcu udało się jakimś cudem wedrzeć na dziedziniec. Później już łatwo mnie odszukał.” (s. 83-84)
JA/ONI, III A (14 sierpnia 1942)
„ Wreszcie po trzech godzinach blokada skończyła się. Wtedy dopiero nerwy odmówiły mi posłuszeństwa. Nie miałam dość odwagi, a wypatrzeć na straszną rzeczywistość. Zejście z sześciu pięter trwało chyba cały wiek. Na każdym piętrze zatrzymywałam się, zadając sobie pytanie: „Iść czy nie iść”? (s. 84)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Młody Frydman ulokował mnie w kuśnierni. Nie mogłam z początku zorientować się w chaosie, jaki tu panował. Przydzielono mnie na razie do grupy wykańczarek. Odnalazłam tu dawną koleżankę z gimnazjum, Edzie B., przystojną brunetkę o chorobliwych rumieńcach na twarzy. Pokazała mi, jak wykonuje się pracę wykańczarską. Wkrótce jednak nadeszli żołnierze niemieccy i oświadczyli, że nocna zmiana musi opuścić fabrykę. Okazało się że jestem na tej zmianie i musiałam się usunąć. Pobiegłam do Frydmana, pytając co mam robić. Widząc moją bezradność w nowym środowisku, zaopiekował się mną i posłał na trzecie piętro, do „szkoły maszynistek” majstrowej Kleinowej. Była to zupełnie nowa instytucja, utworzona w celu wykształcenia niefachowców. […]
Szyto tu bowiem kamizelki na futrze dla żołnierzy niemieckich marznących na froncie wschodnim. Na dolnych piętrach krojczowie krajali skóry. Krawcy zszywali kawałki, a maszyniści zespajali je w całość, która przechodziła do tak zwanych „paspulatorów”. Ci – wykańczali kamizelki, obszywając szwy i brzegi taśmą jedwabną. Gotowa prawie kamizelka była przesłana do wykańczarek, które przeszywały guziki i pętelki. Reszta należała do transportowców.” (s. 85-86)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Wraz z napływem nowego, niewykwalifikowanego elementu, skończył się tu wszelki porządek. Wpadłam więc prawdziwe „piekło”. O każdą wolną maszynę trzeba było staczać istne walki. To samo było z ciągle łamiącymi się igłami, taśmami, i nićmi.
Robotnicy fachowi zachowywali się z wyzywającą wyższością w stosunku do nowych. Gardzili nami i nienawidzili nas, ponieważ z powodu napływu intruzów przestano im płacić.” (s. 86)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Zwierzchnikami naszymi byli majstrowie – Żydzi z Niemiec. Wśród nich kobiety, jak pani Krancowa z Lipska, osoba elegancka i światowa. Nie umiała ani jednego słowa po polsku. Nie znała się też na kuśnierstwie. Na stanowisko wyniosła ją widocznie wysoka protekcja.
Majstrowa drugiej zmiany, Fraülein Dora, była małą, brzydką i chudą kobietką. Ta miała jednak z kuśnierstwem więcej wspólnego. Obydwie ubierały się wyzywająco, a stroje ich pochodziły z podarunków, jakimi obdarzały je kobiety, usiłujący dostać się do szopu. Dora była protegowaną dyr. Klimanka, Niemca i nadzorcy nad całą kuśniernią. Był to jegomość wysoki, w średnim wieku. Nie odzywał się do nikogo ani słowem. Uchodził za byłego esesmana, zboczeńca i sadystę. Sam jego widok wzbudzał panikę.
Inny Niemiec, krawiec z Lipska, zwany również „małym porucznikiem”, przybywał często na inspekcję. Manią jego było szukanie nitek w kamizelkach. Gdy zauważył w którejś z nich zwieszającą się nitkę, napadał na nieszczęsnego robotnika, krzycząc: „Du verfluchte Hund!” Mimo to jednak nie wiadomo dlaczego zyskał on opinie „porządnego” Niemca.
Inną kategorię stanowili „dyrektorzy” żydowscy. Królował wśród nich młody kupiec z Gdyni. Ten odznaczał się gwałtownym temperamentem i takim okrucieństwem, że mogliby mu ich pozazdrościć nawet hitlerowcy.
Panem i władcą fabryki był Schultz, typowy niski i przysadkowy Prusak, poruszający się z trudnością o kulach” (s. 86-87)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Pewnego dnia poszłam do kantyny po kawę. „Kawa” – była to wodnista lura, zabarwiona czymś ciemnym. Stojąc w kolejce spostrzegłam na balkonie drugiego piętra państwa Schultz.
Pani Schultzowa łudząco przypominała swojego męża. O piętro niżej pracowali żydowscy murarze. W pewnym momencie zauważyłam, że nasz „protektor” uśmiechnął się słodko, szepnął coś do żony, po czym znikł z balkonu. Po chwili wrócił, niosąc kubeł wody.
Jeszcze sekunda i strumień wody lunął na robotników, pracujących w pocie czoła. Pan i władca śmiał się. Zanosił się po prostu piskliwym chichotem, uradowany ze swojego genialnego pomysłu.
Uśmiechnęłam się również, ale jakże gorzko.” (s. 87-88)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Praca przy maszynie nie szła mi dobrze. Ustawicznie mechanizm psuł się, a igły łamały się jedna po drugiej. I o to znowu, w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, zawędrowałam do wykańczarek. Tu wrzała praca akordowa. Przy stołach pracowały robotnice zawodowe razem z paniami z towarzystwa.
Oprócz centrali kuśnierskiej znajdowało się na terenie kilka oddziałów. W jednym z nich robiono kożuchy. Dyrektor Oddziału, Lehman, był rodowitym Niemcem. Krążyły pogłoski, jakoby był poprzednio esesmanem. Tym niemniej dla żony swej – Żydówki, wyrzekł się swego narodu, przywdział opaskę i poszedł z rodziną do getta.” (s. 89)
JA/ONI, III A (po 14 sierpnia 1942)
„Otóż pewnego dnia, gdy cała sala pogrążona była w pracy, wpadł znienacka T. i obchodząc kolejno stoły, zaczął zdawać pytania: „Jak długo pani tu pracuje? Jaki jest pani zawód” itp.. Stwierdziwszy następnie, że w wykańczalni zbyt wiele jest pracownic, wybrał około dwudziestu, aby przenieść je do wydziału Lehmana. Los padł także i na mnie. Wśród wybranych robotnic wybuchła panika. Istniał bowiem mit, że jedynie centrala jest nietykalną i robotnicy jej nie ucierpią podczas żadnej blokady.
Porozumiałam się szybko z Frydmanem, który z kolei zaczął szukać protekcji u Krancowej. Tymczasem jednak musiałam udać się do oddziału, by szyć tam kożuchy.
Dopiero po kilku godzinach nadeszła kartka od Krancowej z prośbą o zwolnienie „fraülain Birnbaum”. Lehman przeczytał głośno kartkę i uśmiechnąwszy się do mnie, pozwolił mi odejść. Wróciłam pędem do centrali. Na pierwszym piętrze znajdowała się „sala jadalna”, czyli duża hala, zastawiona stołami. Tu robotnicy wszystkich działów przychodzili na obiad. Każdy z nich posiadał numer metalowy, tak zwaną „esmarkę”. Tu spotkałam się w południe z ojcem. Robotnicy przynosiły garnki, do których wlewano rzadką lurę z nielicznymi kartoflami. Czasami dawano też kartofle „w mundurkach”, kawałeczek mięsa lub jedno jajko (tygodniowo). Za trzy złote można było kupić także bochenek czarnego chleba. Żeby otrzymać obiad, trzeba było stać w kolejce godzinami, wśród hałasu i huku. W tych warunkach dziwnie raziły oczy eleganckie suknie z francuskiego jedwabiu, z noszenia których pewien odłam „robotnic” nie myślał rezygnować.” (s. 89-90)
JA/ONI, III A (3 września 1942)
„Rano, 3 września, zamknięto fabrykę i nie wypuszczono z niej nocnej zmiany. Powstała panika. Rozeszła się pogłoska, że kierownictwo będzie rozdawać tak zwane „numerki życia”, zapewne w związku z projektowaną redukcją.
Kilka godzin upłynęło na czekaniu. Wywołano po kolei wszystkich, którzy mieli otrzymać numerki. Nieotrzymanie numerka równało się zgubie. Toteż panowało w fabryce nieznośne napięcie. Los tych wszystkich ludzi leżał w rękach Klimanka. „Da czy nie da?” –myśleliśmy, wpatrując się w niezbadaną twarz dyrektora. Ten zaś wpadł nagle w furię. W grono kobiet, cisnących się do niego, wrócił z pasją ciężkim drewnianym stołkiem. Ludzie rozpierzchli się w oka mgnieniu. Po wielu godzinach zostałam wywołana i otrzymałam mój zielony „numerek życia” z rąk Krancowej. […]
Znajoma moja „ze szkoły maszynistek”, młodziutka dziewczyna z niewiadomych powodów nie dostała też numerka. Płakała teraz rozpaczliwie, błagając Klimanka o litość. Nie wskórała nic. Ludzie zaobserwowani nadchodzącą selekcją, przychodzili obojętnie wobec tragedii innych.” (s .90-91)
JA/ONI, III A (3 września 1942)
„Na ulicy rozległy się strzały – dobrze znane nam sygnał. Kazano nam zejść. Stał już tam szpaler esesmanów z pejczami w rękach. Każdy robotnik przyczepił sobie numerek, a w ręku trzymał ausweiss. Przez szpaler trzeba było przelecieć biegiem. Powolnych dosięgała szpicruta. Myślałam o moim ojcu, pozostałym w laboratorium. Obok mnie był tylko młody Frydman z żoną. Grupę, w której znajdowałam się, zapędzona daleko, aż do bramy terenu przy Karmelickiej.
Zapanował nagle jakiś dziwny, nienaturalny spokój. Z dala słychać było tylko krzyki. Od czasu do czasu przewijał się jakiś esesman z psem. Ludzie wycieńczeni i zdenerwowani nie mogli ustać już na nogach. Siadali na kamieniach trotuaru i jezdni. Wreszcie, po kilku godzinach, dano sygnał do odwrotu. Dopiero przed bramą kuśnierni Niemcy sprawdzali numerki i ausweisy. Spostrzegłam teraz grupę ludzi, odstawionych na Umschlag. I oni usiedli na jezdni ze spuszczonymi głowami – wynędzniali, wyklęci przez los…
Jeszcze kilka kontroli i znalazłam się na dziedzińcu kuśnierni. Pobiegłam do laboratorium. Ojciec rzucił mi się z płaczem na szyję. Nerwy odmówiły mu posłuszeństwa. Okazało się, że wraz z nimi pracownikami, niemającymi numerków, schowali się za szafą w laboratorium. Gdy nadeszli Niemcy, puścili jakieś gazy łzawiące, przeznaczony do dezynfekcji. Dziwnym trafem nieproszeni goście dali się wystraszyć.
Uradowana tak szczęśliwym zakończeniem, słuchałam rewelacyjnej wiadomości. Mianowicie esesmanie przyszli z listą imienną, na której były także nazwiska żydowskich dyrektorów, T. i M. Złapali obydwu. T. zrewidowano, znajdując przy nim jak zapewniały osoby miarodajne, około miliona złotych w dolarach oraz cenną biżuterię. Podobno oskarżono ich o nadużycia, ale nikt w kuśnierni nie przejmował się ich losem.” (s. 91-92)
JA/ONI, III A (4 września 1942)
„Wreszcie w południe drzwi sali otworzyły się i zjawił się w nich T. uśmiechnięty i niezwykle uprzejmy. Wszystkich którzy go znali zachowanie to zaskoczyło. Starano się wytłumaczyć je tym, że poznał swoje błędy i nawrócił się przez ten widząc że może go spotkać ten sam los, co jego robotników. Wybaczono mu szybko dawne grzechy, a niektórzy po usunęli się tak daleko, że winszowali mu szczęśliwego powrotu.” (s.92)
JA/ONI, III A (5 września 1942)
„W nocy obudziły mi jakieś krzyki lamenty. O 5 rano ojciec wyszedł na ulicę i dowiedział się następujących nowin: ogłoszono ogólne wysiedlenie, bez względu na to, czy ktoś był, czy nie był zatrudniony. „Teraz już po wszystkim – pomyślałam. – Wszystkie nasze wysiłki były daremne…”
Stwierdziwszy to przewróciłam się na drugi bok i… zasnęłam. Uważałam bowiem, że jest to ostatnia noc w moim życiu, a w najlepszym razie – ostatnia przespana na łóżku. Warto więc ją wykorzystać. O 6 rano rozpoczął się ruch. Przybiegli młodsi Frydmanowie, bladzi i wystraszeni. Zaczęto pakować plecaki. Ja z Frydmanową usmażyłyśmy racuchy na drogę. Zużytkowałyśmy do tego cały zapas słoniny, wychodząc z założenia, że i tak wypadłaby w ręce niemieckie. O ósmej wyszliśmy z domu objuczeni jak woły i pozostawiając, według wskazówek, mieszkanie otwarte. Taka jest już bowiem mentalność ludzi, że choćby nawet przypuszczali, że idą na śmierć, będą zawsze się starali zabrać ze sobą potrzebne i niepotrzebne rzeczy.[…]” (s. 93)
JA/ONI, III A (6 września 1942 r.)
„Przed samym wejściem na teren Schultza oczekiwali już nas ludzie. Spostrzegłam wśród nich ojca i rzuciłam mu się w objęcia. Po raz drugi udało nam się by twojego przejść przez selekcję.” (s. 98)
JA/ONI, III B
„Powróciłam do kuśnierni i młody Frydman znalazł mi nauczyciela, który przez kilka lekcji dokazał więcej niż „szkoła” majstrowej Kleinowej w ciągu kilku tygodni.” (s. 99)
ONI, III C
„Ojciec przeniósł się do kuśnierni. Zaczął pracować na zmianie Dory jako krojczy.” (s. 101)
JA/ONI, III C
„Schulz zwołał wiec robotników, na którym powiedziano, że maszyny wstawione do fabryki przed 22 lipca są własnością szefa, natomiast wszystkie wstawione po tej dacie – własnością SS.” (s. 101)
„Personel kuchni kradł tłuszcze, przeznaczone do okresy zup. W konsekwencji dawano nam ohydną lurę i ósemkę bochenka czarnego chleba z marmoladą z brukwi oraz kilka kartofli. Od czasu do czasu (jak już wspomniałam) kawałek mięsa i jedno jajko na tydzień.
Głównym kuchmistrzem był były… dyrygent orkiestry jazzowej, Czech – Paskusz.
Gdy zwracano m uwagę na marną jakąś zupy, wyrywał garnek i krzyczał: „Jeżeli ci się to nie podoba, to nie dostaniesz nic!” (s. 106)
„Moja sytuacja w fabryce zaczęła poprawiać się znacznie od chwili, gdy zawarłam znajomość z kilkoma mechanikami, którzy przebiegali na moje skinienie, aby reperować wiecznie psującą się maszynę. miałam „honor” dzielić ją z „asem” kuśnierni, pociesznym karzełkiem, nazwiskiem Borosek, który pracował na zmianie Dory.
W owym czasie zwieziono na teren Schultza ogromną masę kartofli. Cywil niemiecki, Paul, łapał z ulicy mężczyzn do zakopywania kartofli z kopce. Pewnego dnia ogłoszono, że potrzebne są także kobiety do tej pracy. Zgłosiło się wiele ochotniczek, szczególnie młodych dziewcząt, a nawet – dzieci. Całą grupę wywieziono.” (s.107)
„Pewnego dnia, gdy byłam pogrążona we śnie, ktoś zapukał do drzwi. To ojciec. Przybiegł z fabryki, mimo że nie wolno było poruszać się po terenie bez przepustki lub w godzinach pracy. Słyszał pogłoski o nowej blokadzie. Choć bardzo senna, musiałam się chcąc nie chcąc ubrać i pójść z ojcem do fabryki. Usiadłam w kącie, aby mnie nie widziano, obecność bowiem zmiany wolnej od pracy nie była tolerowana. Kilka razy Klimanek przeszedł przez salę. Bałam się go jak ognia.” (s. 107)
JA/ONI, IV A
„Tymczasem w fabryce przeżywano znów momenty napięcia. Żandarmeria pojawiła się na terenie, obstawiła oddziały Schultza i z jednego z nich zabrała robotników. Później zwolniono ich częściowo.” (s. 108)
„Zwróciłam uwagę na młodego chłopca o cygańskiej urodzie i wspaniałych, czarnych oczach. Bywał on często z wizytą u jednego z moich sąsiadów w naszym rzędzie maszyn i starał się wszystkimi sposobami nawiązać ze mną rozmowę.” (s. 109)
JA/ONI, IV A (listopad 1942)
„Wieczorem ojciec Hanki [Trauman – przyp. AKR] wydostał skądciś wóz z końmi i odwiózł osobiście wszystkich gości do domu. […] W drodze powrotnej spotkaliśmy grupy wracające z placówek na terytorium Schulza. Ludzie maszerowali w ciemnościach, oświetlając sobie drogę pochodniami. Śpiewali przy tym: „Marysiu, moja Marysiu” oraz „Aj, aj, aj.”” (s. 110-111)
„Herr T., zapomniawszy już o swoich przejściach na Umschlagu, ujął znów w rękę laseczkę trzcinową, tak jak jego zwierzchnicy brali do ręki szpicruty. Z tą „bronią” obchodził wszystkie sale. Tu sprawdzał listę obecności, gdzie indziej pędził do pracy lub zaczepiał kobiety. Na ogół cieszył się opinią człowieka niepoczytalnego.
Pewnego dnia, uderzywszy laską jakiegoś robotnika, nadział się na nóż, który tamten nosił w kieszeni. Wybuchł skandal. Robotnika wyrzucono z kuśnierni i matka jego przebiegła, błagając o litość. W końcu wybaczono mu. Wybrał następnie szantaż jako swoją ulubioną działalność. Zebrał mianowicie ausweisy, rzekomo do „ostemplowania”, i nie chciał zwrócić ich właścicielom, jeżeli nie zapłacą mu wyznaczonej stawki.” (s. 112)
ONI, III
„Wśród nich [Werkschutzów – czyli strażników pracy przymusowej – przyp. AKR] wyróżniał się okrucieństwem niejaki Singer, były bokser gdański. 14 sierpnia, podczas wielkiej blokady, pełnił on służbę przed kuśniernią i zastawił w ten sposób bramę, żeby nikt (oprócz tych, którzy dostali się do środka wcześniej) nie mógł się przecisnąć. Patrzył zupełnie obojętnie, jak ludzie traktowali się wzajemnie.” (s. 113)
JA/ONI, IV
„Jedyną zmianą w naszej rutynie były alarmy lotnicze. Ponieważ zdarzały się one jedynie w nocy – zmiana nocna nie musiała oddawać produkcji. Gaszono światła i młodzież koncentrowała się w jednym z punktów hali, gdzie śpiewano i recytowano.” (s. 113)
JA/ONI, IV
„W pewnej nocy Klimanek pojawił się w naszej hali: na tle lampy wyglądał jak upiór. Za nim sunął podoficer Wehrmachtu. Rozpoczęło się wywoływanie nazwisk. Co chwilę ktoś odchodził od maszyny, by stanąć w długim szeregu. Sala pustoszała, a napięcie wzrastało.
Skończył się apel, a rozpoczął – „atak o świcie”. W owym czasie szyto w kuśnierni rękawice zamiast kamizelek. Krajano jest wielkich „płatów” futra. Krojczy wydawali je maszynistom, co było w zasadzie niedopuszczalne, ponieważ materiał należało brać z magazynu. Każdy maszynista oprócz dziesięciu par rękawic wziętych z magazynu musiał użyć jeszcze jeden „płat” z malutkich kawałków. Niezwykle żmudna była to robota; szczególnie w nocy łatwo było przy niej zasnąć. Wobec tego zaczęto „nabierać” kierownictwo. Polegało to na tym, że brano od krojczyn wielkie pasy futra, które szybko się zeszywało na „płat”. Płaty zeszyte oddawało się do magazynu na nazwisko krojczego, przy czym maszyniści liczono go za dwie pary rękawic. W ten sposób te same „płaty” wędrowały tam i z powrotem po magazynie i salach, a produkcja w ogóle się nie zwiększała.
Owej nocy Klimanek, który najwidoczniej zdał sobie sprawę z sytuacji, urządził „obławę” na „sabotażystów”, jakimi staliśmy się. […]
Klimanek więc o 3 nad ranem kazał zejść wszystkim do magazynu i przynieść kawałeczki do szycia „płatów”. Nazwisko każdego maszynisty zostało zapisane w magazynie. Wszystkim kleiły się oczy, ale musieli szyć, czując na sobie stalowy wzrok Klimanka. o 6 rano, gdy wszystko było już gotowe, kazał nam szyć nowe „płaty”. Wtedy ja już nie wytrzymałam. Głowa opadła mi po prostu ze znużenia. Na szczęście jeden z moich sąsiadów, Adaś Majewski, ulitował się nade mną i dokończył „płat”. Wreszcie o 8 rano wypuszczono nas z kuśnierni. Tymczasem zgromadziła się przed kuśniernią zmiana dzienna, której nie chciano wpuścić. Zapanowała panika i przerażenie. Krążyły pogłoski o nowej blokadzie. Odetchnęli dopiero z ulgą, gdy opuściliśmy kuśniernię zdrowi i cali.” (s. 115-116)
JA/ONI, IV A (styczeń 1943)
„Kuśniernia stała się rajem, gdzie można było włączyć grzałkę do żarówki zagotować herbatę (oczywiście po kryjomu). Jedenastogodzinna praca przy maszynie rozgrzewała nogi.” (s. 118)
JA/ONI, IV A (20 stycznia 1943)
„Podobno u Toebbensa ograniczono się do zebrania kilku osób, ale za to u Schulza nastąpił istny pogrom, w wyniku którego pognano na Umchlag aż 800 osób.” (s. 121)
„W przejściu na Nowolipie spotkałam koleżankę od maszyny.
– Ach, jak to dobrze, żeś ty się schowała! – zawołała. – Zabrano pół kuśnierni! Ja sama wracam w tej chwili z Umchlagu!” (s. 121)
„Niespodziewanie przeprowadzono selekcję. Prowadził ją dwudziestoletni esesmann. Jak i inni hitlerowcy kierował się wyłącznie kaprysem. Wybierał sam kwiat młodzieży, pozostawiając starych, chorych i kaleki. W jednej czwórce maszerował karzełek Borosek wraz z olbrzymem atletycznej budowy, Erlichem. Esesman przepuścił Boroska, olbrzyma zakwalifikował na Umschlag, skąd później uciekł. Ofiarą padły także wykańczarki. Zeszły one na selekcję ostatnie. Gdy szereg odwrócił się, znalazły się pierwsze „w ogniu.”
Klimanek stał z boku i palił nerwowo papierosy. Widząc, co się dzieje i obawiając się najwidoczniej spadku produkcji, zwrócił się do esesmana, pokazując mu swe papiery: „Ich bin Reicsdeutsch…” Tamten mu przerwał: „Das ist Dreck!”
Zabrano samą Krancową oraz żonę T. z dzieckiem. Ukryły się w magazynie, na półkach z futrem. Zresztą później obydwie z Umschlagu wyciągnięto. Tym razem uciekło stamtąd wiele osób, które powróciły ukryte w karawanach.” (s. 121-122)
JA/ONI, IV A (między 20 a 22 stycznia 1942)/IV.B
„Nastąpił teraz dziwny okres. Nikt nie chciał pracować, widząc, że praca ta nie jest już w stanie nikogo chronić. Produkcja raptowni spadła. Mówiono, że „pogrom” nastąpił wyłącznie z winy dyrekcji. W innych bowiem szopach zapłacono okup i uniknięto w ten sposób interwencji SS.
Zwołano wiec, na którym przemawiał Klimanek. Przyznał, że dyrekcja popełniła błąd. Na to wystąpił jeden z robotników i spytał doskonałą niemczyzną: „Jeżeli błąd został popełniony, czyż nie można go naprawić?” „Nie – odparł Klimanek – tego błędu naprawić się już nie da.” Wszyscy milczeli.” (s. 122)
JA/ONI, IV B
„Po tygodniu [od Akcji Styczniowej i selekcji pracowników szopu Schulza – przyp. AKR] Krancowa wygłosiła przemówienie dla uczczenia pamięci męczenników, po czym nastąpiła jednominutowa cisza.” (s. 122)
„Powoli sala przerzedzała się. Kto tylko miał jakiś możliwości, umykał na „stronę aryjską”, nie żegnając się z nikim.
Zwołano nowy wiec, na którym T. oświadczył wcześniej rozkładając ręce: „Niech każdy ratuje się, jak może ja wam nie będę przeszkadzał!” (s. 123)
„Tytelman obiecał zająć się przygotowaniem mojego wyjścia z getta z grupą udającą się do pracy na Dworzec Główny. Powierzyłam już wcześniej tajemnice kilku zaufanym osobom, które widocznie nie mogły jej utrzymać. Toteż gdy weszłam do hali, otoczyłam mnie cała grupa. Na próżno starałam się przekonać ich, że to tylko plotka. Elek pobiegł do mojego ojca i otrzymał tą samą odpowiedź. […] To był mój ostatni dzień w kuśnierni.” (s. 124)
Bibliografia
– Leokadia Schmidt, Cudem przeżyliśmy czas zagłady, przedmowa i objaśnienia Władysław Bartoszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1983.
– Irena Birnbaum, Non omnis moriar. Pamiętnik z getta warszawskiego, Warszawa 1982.



