OSTROWSKA 4

Mietek Pachter

JA, III A

„My dostajemy nowy blok na Ostrowskiej 4. Krzewin pojechał tam z niemcami i dał kilka minut czasu do opuszczenia tego bloku – byli tam ludzie bogaci, niektórzy nawet nie byli w domu. Ten człowiek jest okropny, nie lepszy od niemca. Wszystkie rzeczy bierze w naszym imieniu, bo jego robotnicy są bosi i nadzy, ale na razie to wszystko chowa dla siebie. Nałożył sobie pełne mieszkanie skóry, piwnice zabezpieczył [o]pancerzone i tam ulokował wszystko, ale nie dla obdartych, lecz dla siebie!!! Pracujemy na Ciepłej, a przychodzimy spać do naszego bloku” (s. 109-110)

„Po pracy prowadzimy nas SSman do domu [Ostrowska 4] i zamyka nas, a rano przychodzi wypuścić do pracy. Tak jak woły robocze. W budynku Krzewin zarządza straszny rygor: apele kilka razy dziennie, cóż ten człowiek z nami nie wyprawia! Jesteśmy 100 osób, 35-ciu pracuje na naszej placówce, a reszta na Żoliborzu. Każdy jest złamany psychicznie, bo większa część utraciła już rodziny i nie może się pogodzić z tym strasznym faktem, a inni, mający rodziny, nie przestają się martwić, co oni robią, czy są w domu, czy broń Boże blokady nie ma, w ogóle zmartwień nie brakuje.
A tymczasem Krzewin bawi się w wojsko i Bóg wie, co on chce od nas. Gdy ktoś chce wyjść, nie może, bo brama jest zamknięta i nasze karty pracy leżą u Krzewina, trzeba długo latać i prosić o zezwolenie wyjścia, a często zaś odmawia. Sam blok [Ostrowska 4] był czteropiętrowy, każdy z nas miał ładnie urządzony pokoik, w każdym pokoju mieszkało dwóch lub trzech chłopców. W bloku były 24 kobiety, które były zalegalizowane jako potrzebne do pracy, były to żony naszych robotników i rządców. Na święta grał nam Artur Gold i jego kompan Bokser, starali się nam urozmaicić czas.” (s. 111)

„Idziemy codziennie do pracy [z bloku Ostrowska 4], prowadzeni przez SSmana. Przechodzimy przez Nowolipie do Żelaznej, tu zbierają się inni chłopcy z różnych placówek – ci mają lepsze placówki, bo wracając z pracy, mogą przewozić chleb. To dużo znaczy, dziś jedzenie równa się z ceną złota. Jeśli ktoś nawet już miał pieniądze, to też nie zawsze mógł coś kupić, a ten, który pieniędzy nie miał, tylko coś innego, wtedy też nie zawsze mógł to spieniężyć. Ludzie bali się wyjść ze skrytki, bo mogli ich w każdej chwili złapać, więc woleli leżeć gdzieś, głodować, a nie wpaść. Przy wasze panuje ruch, to ludzie wychodzą na aryjską stronę do pracy, inni ludzie stoją, wielcy ryzykanci, stoją i skupują chleb, od kogo się da, by następnie część sprzedać, a czysty zysk im zostanie” (s. 112)

„[…] policjanci uwzięli się na nas – każdy wiedział już z nich, że na Ostrowskiej TWL było takie ordynarne, że poważyli się złapać na policjantów!!! Przyrzekli nam dozgonną wdzięczność, biada temu od tej chwili, kto wpadł w ręce policji, lub też policjantowi, który chciał coś uczynić przed naszymi oczyma. Z tego powodu w ogóle nie wychodziliśmy już, lecz gdy ktoś wyszedł i został złapany, wtedy wolał ujść raczej za dzikiego człowieka, bo wtedy albo się udało uciec, albo też z Umschlagu został wypuszczony za tą legitymacją, ale to już przez Niemców.” (s. 117-118)

JA, III B

„Siedzimy tak przy oknie [w bloku Ostrowska 4], widać, jak ludzie się rozsiedli na ulicy, położyli tobołki, tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi czeka tak, ułożeni na ulicach, na co czekają? Na wyroki. Natychmiastowa śmierć lub może przedłużenie tego nieuniknionego wyroku. Dzieci tulą się do swych zatroskanych matek, nie widać uśmiechu na tych mizernych twarzyczkach, one też teraz wszystko rozumieją. Rozumieją, że stanie się teraz coś strasznego, siedzą więc smutne, może nawet głodne, ale one nie płaczą. Nie chcą płakać, by nie martwić rodziców, bo i tak nic nie pomoże! Nagle tłumy zafalowały, to niemcy kogoś gonią. Wychylam się przez okno, by uważniej przyjrzeć się, co się dzieje. Widzę, jak mężczyzna ucieka i dopada do naszej bramy, niestety zamknięta, leci dalej, znika mi z oczu. Leci teraz z kolei trzech, czterech SSzbirów, lecą z rewolwerami w dłoni, ludzie uciekają i tworzą im wolną przestrzeń. Nagle widzimy, jak niemcy prowadzą tego uciekiniera, chłopak około 22-24-ech, wysoki, piękny, w butach wysokich i bryczesach. Na tej pięknej twarzy nie maluje się ani odrobiny strachu, jest spokojny, gardzi śmiercią!
Niemcy stają przed naszym domem, tuż przed oknem, w którym ja siedziałem, i każą mu się schylić, podnoszą rejtpajtze [tj. szpicruty] i wali go po głowie. Wyjmuje rewolwer i dokłada mu do krtani lufę i słychać huk, chłopak pada, podnosi się jeszcze raz, opada, by już nigdy nie wstać.” (s. 128)

JA, III C

„Auto rusza, jedziemy do pracy na Twardą, Niemcy nas pilnują przez cały czas pracy, boją się, żebyśmy nie uciekli, czy co? I tak nie mamy dokąd uciekać, chyba że do nieba, ale tu jeszcze mamy czas. Kiedykolwiek tam przyjdziemy, to nas przyjmą bez wątpienia, więc nie mamy też powodu spieszyć się. Po całodziennej pracy biorą nas i autem zawożą do Żoliborza, tu dopiero dostajemy coś nie coś do jedzenia. Spać mamy w jednym garażu, pozwolili nam podłożyć trochę słomy.” (s. 130)

JA, IV A

„Jesteśmy znowu na Żoliborzu, znowu to spanie, które nas przejmuje dreszczem, już tak nas to wyczerpało, że nie jesteśmy w stanie chodzić na nogach. Kładziemy się na spoczynek z taką chęcią jak, powiedzmy, inni idą na Umschlagplatz. Cały tydzień jesteśmy na tym wygnaniu, słyszymy, że dziś wrócimy z powrotem na Ostrowską, czekamy z utęsknieniem na tą chwilę, może znajdziemy jakiś ślad o rodzicach, tak wyczekiwaliśmy tego jak zbawienia. Nareszcie kończymy pracę, biorą nas na auto, jedziemy do naszego bloku [Ostrowska 4], wszystko jest spokojnie, w ghecie nie widać żywej duszy, podobno akcja jest skończona; bardzo możliwe, bo nawet żywego człowieka nie widać.” (s. 138)

JA, IV A (18.01.1943)

„Proponuję, byśmy wlecieli na dach [blok ul. Ostrowska 4], może tam będziemy mogli znaleźć jakąś drogę. Nie, i tu jej nie ma. Patrzymy w kierunku Niskiej – gdzie rodzice mieszkali – tam stoi ustawiona duża partja ludzi, stale słychać strzelaninę. Boże, cóż się dzieje z rodzicami.” (s. 179)

JA, IV A (Akcja Styczniowa)

„Z mego okna [Ostrowska 4] widzę stale partję prowadzoną przez zbirów. Gdy ktoś nie nadąży kroku, pada, rażony śmiertelną kulą, pada, a w agonii słychać ostatnie przekleństwo skierowane do tych zbirów. Inni wzywają Boga, ale i ten milczy, on też niczego nie przeciwdziała. Słychać jedynie strzały w odpowiedzi, to Niemcy mu odpowiadają na weź [Wanie] do Boga. Oni są teraz Bogiem, naszym przeznaczeniem, ale marnym, niestety, przeznaczeniem zniszczenia. Znowu jakaś partja przechodzi, dolatuje Niemiec, wyciąga młodego chłopca i jednym naciśnięciem cyngla rewolwerowego przecina pasmo życia człowiekowi. Ten pada, krew wielkim strumieniem leci mu z ust, dostał strzał w kark, stara metoda niemiecka, ludzie idą dalej.” (s. 181)

„Nagle słyszę kilka strzałów i świst nad uchem, cóż to, czy strzelają do mnie? Rozglądam się, widzę, że na placu Parysowskim zatrzymał się cały oddziałek niemców, a ja leżę jak na dłoni [dach Ostrowska 4] , jestem świetnym celem dla nich. Oni mnie dopiero zauważyli i teraz dopiero zaczynają strzelać regularnie. Kilku policjantów żydowskich przynosi im stoły, stoliki i inne trwałe przedmioty, oni opierają karabiny o te przedmioty, by celniej i pewniej mogli strzelać. Tak, teraz robi się naprawdę gorąco.” (s. 183)

„Ja z Wilkiem idziemy coś wyszukać, co by się nadawało na urządzenie schronu. Wchodzimy do prawej oficyny i stajemy przy sklepie. Przypominamy sobie, że tu urządzili kilka tygodni temu śmiałe włamanie i przedostali się do sklepu, a następnie do piwniczki znajdującej się pod sklepem. Wybyli otwór w ścianie wielkości takiej, że człowiek mógł wpełznąć do sąsiednich piwnic. W tych piwnicach leżały różne trofea Krzewina, które zdobył na 28-iu ludziach itd. Wyjęli mu to wszystko, ku ogólnemu zadowoleniu, a jemu aż się serce krwawiło, że go przechytrzyli… My wszyscy życzyliśmy włamywaczom mścicielom powodzenia z całego serca. To sobie teraz przypomnieliśmy i weszliśmy do tej piwniczki. Uplanowaliśmy, że tu można urządzić dość przyzwoity schron. Klapę nad sklepem trzeba zamaskować, przez otwór zrobiony podczas włamania będzie można wchodzić, zamaskowanie tego otworu też nie będzie zbyt trudne. Mamy już gotowy plan, w piwnicy leżą szczotki, będzie można ich narzucić na tę ścianę, gdzie jest otwór, i gdy wszyscy wejdziemy do środka, będzie można ręką zamaskować od środka szczotkami. Mogą nas złapać tylko w chwili, gdy odrzucą wszystkie szczotki, a tego chyba nie uczynią. Teraz trzeba pomyśleć, co zrobimy z klapą w sklepie, ta jest tuż od wystawy, czyli przy drugim końcu drzwi, otóż i tu sobie poradziliśmy. Po prostu nasypiemy kilka lub kilkanaście pierzyn i niemcy będą musieli chodzić powyżej uszu, jeśli będą chcieli dosięgnąć naszą klapę.” (s. 189-190)

JA/ONI, IV A (Akcja Styczniowa)

„Widzę w jednej ze ścian małe otwory, to są gniazda dla gołębi. Dochodzę – może tam coś zobaczę. Widzę bardzo mało: to jest Ostrowska, tam nasi chłopcy stoją w szeregu, niemcy stoją naokoło. Widzę Kępińskiego, Golda, Boksera i wielu innych, oni wszyscy nie są w ogóle zmartwieni, wiedzą, że nasi SSmani ich wyciągną z Umschlagplatzu, ufają w to święcie. Obecnie stoją i czekają jeszcze, bo Niemcy plądrują w domu, szukają jeszcze ludzi, których i tak na miejscu zastrzelą, jeśli nawet ich znajdą. Może i my będziemy między nimi, też trudno, raz się umiera! Partja rusza, koledzy nasi idą wojskowym krokiem, są pełni nadziei, któż wie, czy to nie jest wasz ostatni marsz? Giną mi z oczu za zakrętem sąsiedniej ulicy, idą na Umschlagplatz, nie domyślają się nawet, dokąd idą i po co…” (s. 187-188)

JA, IV B (Akcja Styczniowa)

„Gdy auto znikło mi z oczu, postanowiłem wysadzić głowę na dachu i obserwowałem okolicę przez dziesięć minut, miałem przecież wykonać powierzone mi zadanie. Widziałem z daleka, jak wyprowadzają ludzi z Ursus-fabryka broni i amunicji [pracownicy tej placówki mieszkali przy ul. Miłej 26] – wychodzą z tobołkami, idą więc na skoszarowanie, czyli wysiedlenie będzie się przeciągało dość długo.” (s. 213-214)

Bibliografia

– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.