Róg RYNKOWA / GRANICZNA

Bogdan Wojdowski

F, II

Chaskiel-stróż stal pod oknem i czekał, aż ojciec skończy i przestanie naprzykrzać się Panu Bogu. Dusza, którą mu On dal, jest czysta. Postukiwał kijem miotły o bruk. On ją zachowa. On ją odbierze, chwała Królowi świata. Już, dobra.
– Fremde, coś mam powiedzieć.
Jakow Fremde wychylił się ku niemu, zwijając długie rzemienie tefilin wokół ugiętego łokcia i odchylonego sztywno kciuka. A w ślad za zwinnym ruchem ręki, ruchem pólkolistym i płynnym – na wysokości pierwszego piętra, gdzie stał podany do przodu, trawiąc ostatnie słowa modlitwy – biegł czas i kurczył się skórzany zwój.
– Co tam? Kto tam?
Chaskiel niedbale zatoczył ręką:
– Ale nas ogrodzili, co? Jak kozy na łące!
– Nie ma na nich mocnego.
Na czubku żółtej łysiny ojca spoczywała czarna mycka. Chaskiel zniżył głos i uprzedził:
– Jakby co, to schować się za firankę, bo tragarze szykują skok i za małą chwileczkę będą tutaj.
Tupnął na dwa zasmarkane szkieleciki, swoje najmniejsze pociechy, biegające po ulicy z gilami do pasa.
– Rojzele, Surele, a sio! Już was tu nie ma. Ewentualnie, radzę odsunąć się od okna, Fremde.
Właśnie; a kiedy wołała, błagała, żeby nie wystawiał na darmo głowy pod kule, to udawał głuchego. Ojciec zatrzasnął z rozmachem okno.
– Już się zaczyna – i spojrzał niechętnie na matkę. – Murują, pilnują, szmuglują, tylko pomodlić się człowiek w spokoju nie może! Aś!
Długa drabina uniosła się wysoko, jak we śnie.
Rozkołysana zatoczyła łuk w powietrzu i zanim wsparta została o mur, już Kiepełe piął się po szczeblach do góry, za nim – Aron Jajeczny. Kiepełe szybko zdjął bluzę i przykrył uważnie ostre drzazgi szkła rozsypane u samej krawędzi, na trwale zalane cementem. Z okien pierwszego piętra widać było złamany daszek czapki, kolorowy szalik na gołej szyi, a wyżej koszulę wyłażącą ze spodni. Tymczasem wybiegać poczęli zewsząd tragarze i w pustej uliczce rozległy się ich krótkie, zduszone okrzyki. Z przeciwnej strony szli kupcy z workami mąki, soli. Wlokąc ciężary po bruku, zgięci, oglądali się z obawą na boki, porzucali towar pod murem i biegli z powrotem. Stacho Żeleźniak zaciął konia i odjechał pustym wozem. „Jazda, droga wolna! Jazda, jazda!” Rozstawione daleko wzdłuż muru grupy wyrostków „na świecy” nagliły kupców wołając, młynkując ramionami. Stojący wysoko tragarze z rąk do rąk po szczeblach drabiny podawali sobie worki żywności aż na sam dół; paru stało na chodniku, w bramie, chwytając ciężary czule i ostrożnie. Od szczytu muru miarowe postękiwanie niosło się ponad ich głowami, ramionami zastygłymi w wysiłku na niebie – i cichło, ginęło w głębi kamienicy.
Na pierwszy gwizd oddalonej „świecy” odezwały się inne, bliższe, jedna drugiej posyłając ostrzeżenie. Już tragarze rzucali sobie w ramiona ostatnie worki, już długa drabina sunęła na ich barkach w głąb podwórza. Biegł z łoskotem podkutych butów patrol, zaglądając do bram.
Wymiotło zaułek do czysta i nie wiadomo skąd, w głuchej ciszy rozległo się rozpaczliwe wołanie:
– Worek! Trzymaj, sypie się… Worek, worek!
Żandarmi ze śmiechem pociągnęli w kierunku wachy. A po pewnym czasie:
– Fremde – usłyszeli cichy okrzyk.– Fremde! – A kiedy ojciec podszedł do okna, Chaskiel-stróż stał na swoim miejscu.
– Już można. Po strachu. Z wielkiej chmury mały deszczyk. Byle chuda żydowska koza nie mogła szczypnąć sobie trawki. Tak, nikogo nie capnęli, tylko tragarze coś mówią, że jakiś niewinny łepek oberwał w czapę, kiedy akurat szedł przez wachę. Z przepustką!
Przestawił miotłę wspartą o ścianę. Zresztą nie zawadzała mu w rozmowie. Z troską śledził skrzyżowanie, które na powrót ożywiło się ruchem spieszących przechodniów. (s. 54–56)

Bibliografia

– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.