SKARYSZEWSKA 8
Sara Kraus-Kolkowicz
JA/ONI, IV A
Z kopertą w ręku „Świadectwo Życia”, tak przynajmniej miałam w tej chwili w myśli, dlatego w ten sposób dałam nazwę tej kopercie, zawiozła mnie pani Olesia Łupanowa na Pragę, na ul. Skaryszewską nr 8. Tam był obóz przejściowy i stamtąd wywożono do Niemiec na roboty przymusowe. Pożegnałam moją panią i weszłam do środka, brama zatrzasnęła się za mną jak w więzieniu. Było tam mnóstwo ludzi w różnym wieku. Kobiety i mężczyźni. Słychać było cały czas płacz młodych dziewcząt, które wrzeszczały z okiem do swoich krewnych, którzy przyszli coś podać: „Sprzedajcie krowy i wykupcie mnie!”, „Nie chcę być kurwą dla niemieckich oficerów”. Były to dziewczęta wiejskie, które zostały tu przywiezione z łapanek i tu doszło ich wieści, że jest segregacja, wybierają ładne i zdrowe dziewczęta dla oficerów do burdelów. Opuszczało się sznur przez okno tego piętra, a na dole przywiązywało się co do kogo należało i ciągnęło się do góry sznur z powrotem. I to było jedyna komunikacja. Moja Pani również przyszła na drugi i trzeci dzień, przynosząc mi słodycze zawinięte w karteczkę z adresem, prosząc ażebym pisywała listy. (s. 51)
Na Skaryszewskiej byłam trzy tygodnie, do wywozu. Zapędzali nas co jakiś czas do kwarantanny, zabierali ubrania do smarowania i w ten sposób zaginął mi tak drogi adres mojej pani, czego strasznie żałowałam. Nie będę miała w takim razie żadnych łączności i co sobie pomyśli o mnie pani Olesia, że nie chce do niej pisać? to jest absurd! W umywalniach były prysznice, a obsługa była przez żołnierzy w zielonych mundurach. Oni to odkręcali wodę na zmianę ciepłą i zimną i przyglądali się jak nagie kobiety się myją. Jeden z nich podszedł do mnie i zaczął mnie mydlić, głaszcząc mi piersi których jeszcze nie miałam, ale bardzo bolały. Kiedy mnie dotknął walnęłam go w rękę i szybko odszedł.
Usłyszałam jak ci żołdacy, których było tam kilku, rozmawiają między sobą w jakimś obcym języku. Nie był tu niemiecki, ale trochę podobny do polskiego – słowiańskiego, coś w rodzaju. Okazało się że to byli Ukraińcy w niemieckich mundurach nazywali się „własowcy”. Był też „Stubenfurer” rudy i piegowaty Niemiec, którego wszyscy się bali, bo chodził z pejczem ręku cały czas. Nazywał się „Rudi”. Kiedy usłyszało się, że idzie Rudi, wszyscy musieli stać na baczność. Były tam piętrowe prycze i jeżeli ktoś nie zdążył zeskoczyć, dostawał batem. Jedzenia tam nie dawali. Dobrze, że miałam jeszcze kilka ostatnich „naleśników”, prawie już popsutych. (s. 52)
Bibliografia
– Sara Kraus-Kolkowicz, Dziewczynka z ulicy Miłej albo świadectwo czasu Holokaustu, Lublin 1995.



