SMOCZA – STAWKI 24 – SZCZĘŚLIWA 9 [TRASA]

 

Mietek Pachter

JA, IV B

„Kiedyś wracam z towarem, ale bez maszyny [tj. broni]. Miałem tym razem dużo towaru, żywą kurę też trzymałem w plecaku, prosił mnie nabożny jegomość o to. Pierwszą wachę mijamy bez przygód, ale gdy zbliżaliśmy się do drugiej wachy, okazało się, że ta płonie, to Zn[aczy] że zabierają towar. Trzeba więc przeczekać, aż się zmienią, stać w miejscu nie wolno. Więc maszerujemy na[o]koło. Ja postanawiam z kolegą pójść przez dziurę w parkanie na Smoczej, chociaż już kilku chłopców padło w tym miejscu. To nas nie odstrasza, idziemy, bo już jest późno. Zapada godzina policyjna. Ja idę pierwszy i mówię do kolegi, że jeśli mają mnie kropnąć, to niech się ratuje i odda ukłony Wilkowi. Wsadzam głowę przez otwór i przechodzę, lecąc od razu do najbliższej bramy. Jeśli dopadnę ją w całości, to zn[aczy] że nic mi nie grozi. Wszystko minęło w porządku, jest już godzina policyjna, muszę iść przez gruzy, bo ulicą mogą mnie zatrzymać. Kolega mieszkał w pobliżu, ja szłem teraz sam. Już byłem w pobliżu Transavii (fabryka części lotniczych) [ul. Stawki 24], gdy nagle w ciemności słyszę przytłumiony krzyk: „Halo”. Pytam się więc, kto to? „Halo” może być w każdym języku, więc nie wiedziałem, kto to jest, ale w chwilę potem słyszę „Hier”!”
Zrozumiałem, że mam przyjemność z Niemcem. Podchodzę w tym kierunku i w mrokach nocy widzę lufę karabinu maszynowego skierowanego w moją pierś. Lufa była krótka, trochę nieswojo się poczułem, bo to jest nieprzyjemna historia. W ciemnościach widzę kwadratową twarz Blöschego, do licha, ten mnie coś za bardzo prześladuje, bardzo możliwe, że to już po raz ostatni… Pyta mnie cichaczem, skąd idę, mówię mu, że idę z placówki, pracowałem do tej chwili na Żoliborzu (TWL), ładowaliśmy wagony.
Myślałem, że tym zaspokoiłem jego ciekawość, jednak on mnie się pyta jeszcze, gdzie idę i co mam w plecaku. Powiedziałem mu, że dostaliśmy za pracę marchew i kartofle, pomyślałem sobie, że jeśli weźmie ręką za plecak, wtedy kura zacznie krzyczeć, że ją ze snu budzą, a ja będę leżał spokojnie. Jednak był na tyle solidny, że nie uczynił tego. Pokazałem mu, że tędy chcę przejść na Szczęśliwą, tzn. w kierunku na prawo, przez gruzy. Zadaje mi ostatnie pytanie. Pyta się dlaczego idę przez gruzy zamiast ulicą. Miał rację, jednak staram się i ten cios odparować, mówię, że chyba już jest późno, a samochód nasz stanął przy Ostrowskiej i tędy było mi bliżej. Ten stoi i przygląda mi się badawczo, jego oczy świecą, on się namyśla, co zrobić ze mną […] Nareszcie się zdecydował i usłyszałem: „Nu ja”, pomyślałem sobie, że wyrok zapadł i teraz bije moja ostatnia sekunda. Słyszę w ciemnościach jego chrapliwy głos, każe mi pójść na lewo, do Transavii [ul. Stawki 24], i po dziesięciu minutach mogę wrócić do domu. […] Idę w oczekiwaniu na salwę, oddalam się szybko, jednak nic nie przerywa fatalnej ciszy. Przeklinam mego prześladowcę w duchu, cóż z znęcanie się, to jest najgorsza tortura! Oczekiwanie śmierci jest stokroć gorsze niż śmierć sama. On o tym doskonale wie i dlatego to czyni. Pomyślałem sobie, że gdybym ja jego dostał w ręce, obdarłbym go ze skóry. Oddalam się coraz bardziej i dziwię się, dlaczego nie strzela, odwrócić mi się nie chce, bo to by oznaczało, że się boję, postanawiam chodzić szybciej. Jestem już przy bramie Transavii, stukam, by mi otworzyli. Niestety, nie udaje mi się, wołam więc, otwórzcie, bo „on kazał”… Wtedy jakaś pochylona postać dopada i otwiera mi bramę, znikając od razu. W jednej chwili dopadam bramy domu i tu staję zdziwiony jak cielak, nie mogę zrozumieć, dlaczego on mnie nie zastrzelił…? […] Wyszłem z bramy, obejrzałem się i widziałem, że oni tym się niezbyt przejmują, ważne dla nich jest, że ktoś idzie i toruje im drogę. Jest dość ciemno, ale oczy moje, przyzwyczajone do ciemności, teraz już rozróżniają wszystko. Mijam teraz miejsce, w którym miałem przyjemność z Blöschem, idę dalej i tu spostrzegam pięć sylwetek na ziemi. Trzy kobiety i dwaj mężczyźni. Tak więc oni mnie odkupili, on czekał na nich, to byli „szmuklerzy” – ludzie, którzy przechodzili z towarem przez parkan, więc nie chciał ich spłoszyć, dlatego też nie strzelał do mnie. Mijam nieboszczyków, którym teraz zawdzięczam moje życie, i idę w kierunku parkanu, gdzie jest mała brama, przez którą mogę się dostać na Szczęśliwą 9.
Odwracam się i widzę, że ludzie z Transavii nabrali odwagi i śpieszą teraz w moje ślady. Wychodzę teraz z bramy numer 9, przechodzę szybko do sąsiedniej bramy, stukam i otwierają się wrota. Wilek pada mi w ramiona, z krzykiem: „Mieciu, żyjesz!” (s. 253-257)

 

Bibliografia

– Mietek Pachter, Umierać też trzeba umieć…, red. naukowa i wprowadzenie B. Engelking, Warszawa 2015.