SOLNA 12

Bogdan Wojdowski

F, II

Grudniowe niebo nad miastem wisiało ciężko jak dym. Stał bezradnie do zmierzchu przed strzeżonym wylotem ulicy i trawił swój strach, niecierpliwość, gorzką zgryzotę. Jeszcze raz Wächter wygarnął w tłum gromadzących się uparcie Żydów. Wszyscy w popłochu uciekli do najbliższej bramy, więc i Dawid pobiegł za innymi, aby skryć się, a trafiony tragarz z Solnej szedł obok i oddalał się wolno, stękając jak źle zaszlachtowany wół, chwiejąc się na miękkich nogach. Buty zostawiały za nim na chodniku mokry ślad. Odwrócił się i z daleka wyciągnął ku Niemcom wielkie, mokre, czerwone ręce. Wołał:
– Aron Jajeczny, Solna dwanaście! Żydzi, zawołajcie moją… (s. 158)

F, II

Nazajutrz, równo z upływem godziny policyjnej, znów zgromadził się przed wachą tłum. Żydzi mówili szeptem.
– Ten tragarz z Solnej, co wczoraj oberwał w czapę, już stąd zabrany?
– Zabrany, zabrany. Była jego stara i wachman w drodze wyjątku pozwolił zabrać jeszcze ciepłego z ulicy.
– Ciepłego? Jakiś litościwy wachman, ma serce. Przeważnie zabraniają. Zastrzelony, to niech leży.
– To niech leży zimny trup na postrach. Kto urodził się Żydem, ma umierać Żydem.
– Tak, tak, święta prawda… A jak go zabrała? Ta mizerna, licha kobiecina?
– O wa, wózkiem.
– Wózkiem?
– Wózkiem podjechała, wózkiem go zabrała.
– Nigdy w to nie uwierzę. Jak mogła sama jedna poradzić? Jajeczny chłop jak dąb.
– O wa, z synem była, syn poradził. Jeździ rikszą po mieście, nie wiesz czasem?
– To Jajeczny ma syna? Aron ma syna? Nie wiedziałem. (s. 160)

Bibliografia

– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, Warszawa 1978.