STAWKI 24 (szop Transavia)

Bogdan Wojdowski

F, III A

Przybiegł Uri, zaczął szeptać z Naumem w kącie szopy i w pół godziny wszyscy już wiedzieli, że na Stawki poszła Ciepła, Ceglana, Krochmalna cała aż do muru i resztki niedobitków koczujących na Walicowie. Kto ma kartę meldunkową i świadectwo zatrudnienia-nie podlega czystce. Rzemieślnicy chodzą do fabryk żebrać o robotę, płacą majstrom ogromne łapówki za numerek, przemykają się ulicami z narzędziami na plecach od warsztatu do warsztatu, idą do Brauera na Gęsią, do Schillinga na Nowolipki, do „dużego” Toebbensa na Leszno i do ,,małego” Toebbensa na Prostą, do fabryki szczotek na Wałową i do Transawii, gdzie kto ma znajomych. A oni siedzieli w tej szopie słuchając krzyków z ulicy. Od samego rana Niemcy musieli mieć pełne ręce roboty, taki był wrzask. (s. 315)

Kalman przyniósł nową wiadomość. Widziano ojca w warsztatach 'Transawii. Chodzi z grupą za mur, na placówkę. Najpierw mówiono, że poszedł z transportem w pierwszych dniach sierpnia, potem mówiono nawet, że ktoś go widział pod wachą na Lesznie zastrzelonego, a potem te dwa grypsy i Kalman przyniósł nową wieść. Nie wiadomo było, komu wierzyć. (s. 358)

Niemcy węszą, swoją drogą. Ale grypsy rzuca Nahum poza plecami strażników. Gedali trafił bez przeszkód do warsztatów i tam go przyjęli z powrotem. Stąd nie grozi im nic. Tak czy owak, nie będą tkwić w tej norze przez wieczność. Uri musi dostać się na tamtą stronę i nawiązać łączność z Felkiem Piorunem, a razem z nim pójdzie za mur Jehuda. Stamtąd będzie miał okazję wrócić z Transawią do dużego getta. Ulice w dużym getcie nie będą tak prędko judenrein, zanim to nastąpi, może upłynąć parę miesięcy, zima, a w tym czasie Jehuda zdoła przygotować dla nich grunt. Bo robota w warsztatach na Prostej urwie się prędzej czy później i Gedali, gdyby przepadł w selekcji, też musi wiedzieć, że po drodze na Stawki ma dokąd uciekać. (s. 359

Mina Tomkiewicz

F, IV

Pewnego dnia przed Transavię zajeżdża popielata limuzyna z oficerami. Szalony popłoch. Ludzie chowają się do bunkrów. Pewno nowa akcja. Wychodzi major Klotz i rozmawia z oficerami. Pada nazwisko Niusi. Z polecenia majora Klotza szukają Niusi. Niusia jest częściowo przygotowana na taką eskapadę, nie wiedziała jednak dokładnie, jak to Stenia urządzi. Popielata limuzyna, zielone mundury na jej tle działają raczej nieprzyjemnie. Niusia wychodzi w cerowanym sweterku, w Naty kostiumie i Mamy pończochach, z małą torebką w ręku. Nic więcej nie ma. Niusia całuje Mamę: „Nie martw się, ciotka, zabiorę was wszystkich” i wsiada do szarego auta. Wylegają ludzie przed fabrykę, spoglądają w zamyśleniu na tuman kurzu, w którym niknie popielata maszyna.
– Czy to aby nie gestapówka ta cala Niusia – rzuca ktoś od niechcenia – taki rozmach, no, no!
Tak pojechała Niusia na aryjską stronę. Oficerowie odstawili ją na umówione miejsce, skąd okrężnymi drogami przeprowadził ją Witold do pani sędziny. (s. 306–307)

F, IV A

Po zakończeniu pierwszej akcji Goldbergowie kupili sobie za ostatnie pieniądze numerki w nowo powstałej fabryce części samolotowych Transavia, która zabrała kuźnię wraz z urządzeniem [Stawki 36]. Mama pracowała w kuchni przy obieraniu kartofli, a Ojciec był magazynierem. Mieszkali razem ze Stasiem w nieskanalizowanym pokoju w bloku Transavii. Poza dziesięcioma godzinami pracy w kuchni fabrycznej Mama szorowała deski prymitywnej izdebki, nosiła kubły wody z podwórza, prała i cerowała nieliczne lachy, które im pozostały. (s. 303)

F, IV B

Kiedyś przyszedł do Transavii inżynier Werner, z którym razem mieszkali na Zamenhofa. Werner wysłał już żonę i szuka teraz zarobku, żeby móc samemu przejść.
– Za 1500 złotych dam wam wspaniałą melinę.
Nata z miejsca zgadza się na warunki i po kilku dniach Werner podaje adres: „Aleje Jerozolimskie 43. Zwrócić się do dozorcy Nowakowskiego”. Adres jest, to przecież najważniejsze.
Goldberg nie może pojąć, jak Nata decyduje się iść do obcych ludzi, mając pieniądze ledwo na opłacenie pierwszego miesiąca. Goldberg pertraktuje w sprawie sprzedaży części domu na Lesznie i nigdy by nie przeszedł, żeby nie być „zabezpieczonym” co najmniej na rok. (s. 337)

Urzędowy wóz Transavii, który wraz z opłaconym werkszucem Niemcem stanowi najbezpieczniejszy środek lokomocji, jest stale zajęty przez „elitę” fabryki wysyłającą swoje żony i dzieci i robiącą interesy z aryjską stroną. Wszystko już załatwione, zaświadczenia ze stempelkami i pieczątkami w porządku, „koszty” opłacone, Nata ma jechać jako krawcowa do filii Transavii w innym mieście.
Stale ubrana w dziesięć sukienek i swetrów Nata czeka. Wreszcie pewnego dnia przybiega Piotr, jest wóz. Rodzice przy pracy. Mama, Ojciec, pożegnać się, może ostatni raz, nie wiadomo, kto uratuje się… Nata nie pożegnała się z rodzicami. Wóz rusza, ginie za rogiem sylwetka Piotra w czarnym, skórzanym płaszczu. Partir c’est mourir un peu.
Stojąc na trzęsącym się wozie, Nata rozgląda się po pustych ulicach. Czuje się jak na scenie. W takt lutowego wiatru chwieją się ramy okien bez szyb w domach, które zostały bez ludzi. Błoto, czarny śnieg, śmiecie, pełno pierza fruwa w powietrzu. Z rzadka przemyka się jakaś ludzka postać, rozglądając się na wszystkie strony. O tej porze trzeba pracować, ludzie, którzy chodzą teraz po ulicy, nie mają prawa żyć.
Wóz podjeżdża do wachy. Rewizja, żandarm wchodzi na wóz, grzebie w słomie, ogląda torbę z rzeczami. Nata przypatruje się temu z zupełnym spokojem.
Naraz inny świat. Po ulicach chodzą panowie w paltach z futrzanymi kołnierzami i szykowne panie, starannie uczesane. Wóz zatrzymuje się w jakimś składzie siana, który w rzeczywistości jest centralą zakazanych interesów i szmuglu. (s. 338)

Nata roztkliwia się nad sobą i w takim nastroju pisze list do rodziców, przekazując go przez szmuglerów ze składu siana. Po przeczytaniu go, Mama zdecydowała, że mogą jeszcze siedzieć w Transavii, gdzie co prawda mają robotnicze mieszkanie bez prymitywnych wygód, ale za to są na własnych śmieciach.
Piotr bardzo namawia teściów, żeby wynajęli proponowany przez Dybała odseparowany pokój w archiwalnej części biura Towarzystwa Asekuracyjnego w Alejach. Przepowiada, że w getcie będzie „gorąco” i niebezpiecznie, ale rodzice nie dają przekonać się. (s. 344)

F, V

Mimo gwałtownych sprzeciwów Fredka, że do getta nie należy telefonować, Nata połączyła się z Transavią. Poprosili Ojca do telefonu. Krzyżowały się słowa z Alej ze słowami ze Stawek jak z dwóch dalekich światów, wlatywały obojętnie do czarnej skrzynki, przy której rozpaczliwie waliły serca […].
To jest ostatnia rozmowa. Nazajutrz nie ma już połączenia z Transavią. Nazajutrz Nowakowski mówi, że spalili domy na Stawkach, bo tam zaczęło się powstanie […].
„Domy, ale nie fabrykę” – pociesza się Nata. Mają przecież przejście na aryjską stronę, robotnicy na pewno siedzą w fabryce, major Klotz powiedział… Nata leży na łóżku i wsłuchuje się w strzały dochodzące stamtąd. Za każdym strzałem ściska się serce. Krążą samoloty. Bombardują getto? (s. 375–376)

F, V [VI A]

Ponieważ pierwsze strzały padły z bloków Transavii, Niemcy spalili bloki Transavii. Po zapadających się strychach, przez półspalone schody i przerzucone nad przepaścią belki, przeszli ludzie do bunkrów. Tak, rodzice też. (…Mama nie lubiła przechodzić nawet przez most, jak mogli, karkołomne…). Strzały, detonacje, strzały. Niemcy z psami do bunkrów, Niemcy palą domy, walczą, walczymy, kto nie umie strzelać, leje na Niemców wrzątek, padają cegły i kamienie zamiast kul, butelki z dynamitem na czołgi, jak nie starcza dynamitu, ludzie rzucają się pod gąsienice czołgów. Nie ma co jeść, brak wody. (s. 387)

Coraz rzadziej cmentarną ciszę przerywały odgłosy strzałów, zastąpiło je ujadanie olbrzymich psów z zakrwawionymi mordami. Z nor, ze zgliszczy wychodziły szkielety z podniesionymi rękami. Zbici w sflakowaciałą masę siedzieli ludzie Transavii na podwórcu fabryki w oczekiwaniu ostatecznego rozwiązania. Na wasze, jakieś 50 kroków od nich, ruszały się mundury, brązy, zielenie i granaty, a za nimi – rozgadany tłum Polaków obserwujących niezwykle widowisko.
„20 000 złotych za dwie osoby, biorę teraz Florę i Piotra, wrócę po resztę” – powiedział Kazimierz, nie patrząc nikomu w oczy.
Piotr nie chciał (…dlaczego, dlaczego, mógł tu być, mógł być, dlaczego nie chciał…). Z proszącym wyrazem twarzy Ojciec pchnął Stasia. Poszli w trójkę prowadzeni przez werkszuca Transavii. Za nimi kilku innych, może uda się im też. Nieczesane włosy Flory rozwiewają się wokół białej maski, z podartego palta sfruwają płatki pierza. Trzaskają dogasające płomyki zgliszcz, gonią ich apatyczne spojrzenia, przed nimi pełne sensacji twarze rozcięte ruchomymi liniami ust. Padł strzał, ktoś szarpnął Stasia do tylu. Czarne mundury, brązowe mundury, wrzask, błysk bagnetów, świadomość, że to już koniec. (s. 388–389)

Bibliografia

– Bogdan Wojdowski, Chleb rzucony umarłym, PIW, Warszawa 1978.

– Mina Tomkiewicz, Bomby i myszy. Powieść mieszczańska, Warszawa 2020.