STAWKI 36

Mina Tomkiewicz

F, II

Kuźnia, którą Piotr teraz organizuje, wymaga dużo pracy i Naty nie dziwi, że Piotra całymi dniami nie ma w domu. W lokalu byłej Szkoły Rzemieślniczej na Stawkach Piotr urządza wielkie warsztaty, dostawy dla wojska. O tym, że w tych wielkich warsztatach jest mnóstwo schowków, o tym, że w tych schowkach dniami i nocami pracują podejrzani ludzie przy zupełnie innych rzeczach niż młoty dla dostaw niemieckich, Nata nie wie. (s. 218)

F, III

Po drugiej blokadzie Leszna rodzice wzięli małą walizkę, poduszkę i garnek i poszli ze Stasiem na Stawki […].
Po długich poszukiwaniach Nata zdobyła sobie jakiegoś rikszarza, przydzielonego w zasadzie do wożenia Niemców. W drogę. Z zawiniątkami i paczkami, na wyprawę do kuźni na Stawki.
Przed jadącą rikszą przesuwa się żydowska ulica. Dwóch policjantów szamoce się z mężczyzną. Półnaga kobieta śmieje się histerycznie, zatacza ze śmiechu […].
Riksza mija wóz z chudym konikiem. Wóz stoi z boku, koło trotuaru, żeby nie przeszkadzał. Nikogo koło wozu nie widać. Na wozie trzepocą się, piszczą, obijają o drabiniaste brzegi małe dzieci. Jak stado kurczaków bez kwoki. W poduszkach niemowlęta i starsze, blond, czarne, brudne i zasmarkane. Niektóre mają półtrupie twarzyczki nędzarzy, inne – pyzate buzie cherubinków, loki. Dzieci.
Z bramy wylatuje spocony policjant i dorzuca na wóz jeszcze jedno dziecko w niebieskich spodenkach. Takie małe dziecko też stanowi „łebek”, a nie trzeba przy jego zdobyciu tak naharować się i naszamotać jak z dorosłą osobą. Odpłynął wóz, został tylko krzyk bezładny, rozdygotany od płaczu, cienki jak tony skrzypiec. „Maaamo! Mame! Mamusiu! Mamoooo…” (s. 278–279)

Kiedy Nata ogląda rozbity w kuźni cygański obóz i patrzy na rodziców żyjących tym cygańskim życiem, wstyd jej mieszkania na Nowolipkach, meblowych łóżek i garnków, które można wyrzucać przez okno, tak ich jest dużo. Od sześciu tygodni na straszliwych barłogach, w brudzie i smrodzie. Okropność! Biedna Mama. (s. 279)

F, III B

Nata idzie do kuźni, po Piotra. Druty kolczaste, ludzie ustawieni do selekcji, ludzie niewiedzący co ze sobą robić. Pod nogami poniewierają się samotne, usmarkane dzieci, gorzej niż bezdomne psy. Popłakują, żebrzą […].

Długi rząd policjantów z żonami i z dziećmi. Podobno jest ich przeszło 3 000. Karłowaty Lejkin, otoczony przyboczną gwardią przyjaciół, dzieli numerki. Zachłannie wpijają się oczy w ręce, które rozdają życie. Chciałoby się te ręce zahipnotyzować, przyciągnąć je do siebie, nadać im ten, a nie inny kierunek. Podchodzi, zagląda w szeregi. Jeszcze dwa rzędy. Jeszcze rząd! Przeszedł. Nie dał numerka. Opada napięcie, zostaje pustka, którą napełnia żal, a czasem spóźniony wyrzut: „Po co to wszystko było? Dlaczego spodliłem się?”. (s. 290–291)

Bibliografia

– Mina Tomkiewicz, Bomby i myszy. Powieść mieszczańska, Warszawa 2020.