WESOŁA 13 (mieszkanie dziadków i Anatola Chariego)

Anatol Chari

JA, I B

Już w styczniu wuj Arek wybrał się na Bałuty i dostał od polskiej rodziny niewielki dom. Załadowaliśmy na wóz nieco dobytku i przeprowadziliśmy się tam. Nie wziąłem ze sobą praktycznie nic oprócz kilku koszul. (s. 8)

Nasza nowa kwatera, dom-bliźniak, znajdowała się przy ulicy Wesołej 13, tuż przy starym cmentarzu żydowskim i małej klinice dla nerwowo chorych. Po obu stronach domek miał sypialnię i kuchnię. Po naszej stronie w kuchni – niewielkim pomieszczeniu ogrzewanym węglem – spała moja matka, moi dziadkowie i ja. Dwa łóżka ustawiliśmy przy jednej ścianie, ja zaś spałem na łóżku składanym, które na dzień chowaliśmy w garderobie. Pomiędzy moim rozłożonym łóżkiem a drzwiami mieścił się jeszcze z trudem mały stolik, o wielkości mniej więcej trzech czwartych stolika karcianego. I to wszystko. Ciasnota. Znajdującą się obok małą sypialnię zajmowała siostra mojej matki Ewa, jej mąż Arek – ten, który załatwił dom – jego siostra, siostry mąż oraz ich dwójka dzieci: Mirka i Kuba. Sypialnię i kuchnię w drugiej części domu zamieszkiwała rodzina Maków: ojciec i matka, córka, dwóch synów, żona jednego z synów i chyba jedno ich dziecko. Trzeci syn tej rodziny, Felek Mak, był mężem Feli, drugiej siostry mojej matki. Wprawdzie mieszkali oni w innym żydowskim getcie, w Tomaszowie, ale w naszym rozumieniu ich małżeństwo czyniło Maków-sąsiadów naszymi krewnymi. (s. 9)

JA, I C

Z szesnastu czy siedemnastu osób, które zamieszkały stłoczone w tych czterech maleńkich pomieszczeniach, wojnę przeżyło dziewięcioro – co stanowi, jak na mieszkańców getta, całkiem niezły odsetek. I pod jednym względem byliśmy świetnie usytuowani. Nasz domek stał za wielkim płotem, dzięki czemu nie było go widać z ulicy. Mogliśmy więc udawać, że nasz domek nie istnieje. Mogliśmy udawać, że my nie istniejemy. (s. 8)

JA, IV

Wyzdrowiawszy, wyprowadziłem się od macochy i zamieszkałem znów w malutkiej kuchence u dziadków. Dzięki temu byłem bliżej centrum, tylko dziesięć minut piechotą od Wydziału Gazowniczego. (s. 16)

ONI, IV

Gdy Gestapo wysyłało starych ludzi transportami na śmierć, moi dziadkowie nie zostali zabrani. Podczas selekcji zwyczajnie nie wyszli na ulicę. Ja wyszedłem w swoim eleganckim garniturze, wyglądając raczej na dobrze odżywionego. Oni pozostali w swoim niewidocznym od ulicy domku. Niemcy nigdy nie wpadli na pomysł, żeby tam zajrzeć. Gdyby dziadkowie zostali odkryci, rozstrzelano by ich na miejscu. W domku tym zorganizowaliśmy sobie prąd elektryczny do gotowania i ogrzewania. (s. 25)

Bibliografia

– Timothy Braatz, Anatol Chari, Podczłowiek. Wspomnienia członka Sonderkomanda, Warszawa 2012.