WOŁOMIN (huta Ostindustrie) (poza Warszawą)

 

Antoni Marianowicz

JA/ONI, VI A

„Przyjechałem tam pod wieczór, ubrany jak większość młodzieży zgrywającej się na AK> Było to może ryzykowne, ale należało do fasonu. […] Byłem dobrze ubrany i mówiłem biegle po niemiecku. Kazano mi przyjść następnego dnia. Poszedłem na nocleg do miejscowego hotelu, a raczej pokojów gościnnych nad knajpą Szewca i Gąsienicy, położoną naprzeciwko dworca kolejowego. […]

Następnego dnia zostałem przyjęty do pracy. Stanowisko miałem odpowiedzialne – zastępcy portiera, ordynarnego, zapitego Ukraińca-pół-analfabety. […] Praca była dzienna. Do moich funkcji należało bieganie i otwieranie bramy na każdy dźwięk klaksonu lub ryk furmana. O jakiejkolwiek mechanizacji nie było mowy. Prymityw nie do opisania. Ludzie ręcznie pchali wagony po szynach. […]

Po pewnym czasie awansowałem. Poznałem szefa huty, Oberscharfürhera Florenza Muesa, którego ranga odpowiadała stopniowi starszego sierżanta, faktycznie zaś był potężnym biznesmenem. Już przy pierwszym spotkaniu zapytał, skąd tak dobrze znam niemiecki. Powiedziałem, że od dziecka mam szczególną zdolność do języków obcych i że znam równie biegle angielski i francuski. To zrobiło wrażenie. […] Musiało to wpłynąć na mój bardzo szybki awans na placowego. Z popychadła, które musiało co pięć minut otwierać ciężką bramę, stałem się paniskiem, przy którym nędzny portier był niczym. Odpowiadałem za porządek i organizację wszystkiego, co działo się na placu huty”. (s. 121-124)

„W hucie pracował kilkuset polskich robotników – a właściwie były to przecież dwie huty, nasza duża i druga mniejsza. Tam głównym hutmistrzem był pan Brachvogel – doskonały fachowiec, inteligent. Gdy raz spacerowaliśmy po placu, zwróciłem się do niego, żeby mi objaśnił tutejsze stosunki, bo jako nowy niezbyt się orientowałem. Pocieszył mnie, że dam sobie radę, że na Niemców nie trzeba zwracać większej uwagi, bo są w naszych rękach. I dodał – «Niech pan zobaczy, ile jest tu ładnych i młodych kobiet. Każdą może pan mieć. Jest pan eleganckim, młodym chłopakiem z Warszawy, a one tylko na takich czekają. Można wybierać i przebierać»”. (s. 132)

„Pamiętam jak jesienią 1943 roku pojawił się na terenie huty wagon z nietypowym towarem: używaną garderobą do podziału między pracowników. Nie były to bynajmniej szmaty, lecz przyzwoite garnitury i kostiumy w raczej dobrym stanie, po dezynfekcji. Sporo miało skazy w postaci dziurek i rudych plam, które nie dały się usunąć. Nie ulegało wątpliwości, że plamy były z krwi, a ubrania – po pomordowanych w obozach Żydach.

Ubrania rzucono na podłogę w magazynie, robotnicy zaś w czasie przerw w pracy dobierali sobie odpowiednią garderobę. Musze powiedzieć, że unikałem tego pomieszczenia, choć niby wszystko było w porządku. Co komu szkodziło, że z ubrań nieżyjących ludzi mógł być jeszcze pożytek? Ale ta logika jakoś do mnie nie przemawiała, bo wyobraźnia nasuwała mi skojarzenia ubrań ze znanymi, a nawet bliskimi ludźmi. […] Fakt, że były to żydowskie ubrania nie budził ani współczucia dla ich byłych właścicieli, ani radości, że padli ofiarą rzezi. Stosunek do garderoby był czysto utylitarny, komentarze dotyczyły wyłącznie jej przydatności”. (s. 152)

„Był to ogromny teren z bocznicą kolejową, kilka hal, magazyny, a wszystko otoczone wąskimi szynami, po których robotnicy pchali wózki z butelkami. Wózki były zapełniane przez ładowaczki, baby, które z ogromną wprawą i hukiem wrzucały do nich butelki. Panował taki prymityw, że kiedy wprowadzono innowację, polegającą na spuszczaniu pak ze szklankami i kieliszkami z magazynu po pochylni (żeby nie znosić ich po schodach), wszyscy uważali, że to ósmy cud świata.

Na terenie huty znajdował się też budynek, w którym – do czasu – pracowali urzędnicy. Zatrudniano ich kilkunastu”. (s. 153)

Bibliografia

– Antoni Marianowicz, Życie surowo wzbronione, Warszawa 1995.